wtorek, 25 lipca 2017

Lipiec

Choć lipiec jeszcze trwa, ja już spróbuję go trochę podsumować, bo zaległości ciągną mi się od czerwca. 

 35 lat firmy Mayones


O firmie Mayones zakładam, że wszyscy z Was słyszeli. To jedna z polskich marek, która znana i poważana na całym świecie powinna koło bociana stać się naszym symbolem narodowym, bo wszystkim się dobrze kojarzy(to taki mój prywatny pogląd, nie , nie płacą mi za niego :D ).

A 17 czerwca hucznie, a zarazem w bardzo rodzinnej atmosferze - co podkreślali wszyscy uczestnicy - świętowała swoje 35 urodziny.
Towarzyszące obchodom koncerty dadzą się zapamiętać na długo. Podzielone na dwie części: Before i After odbywały się w Starym Maneżu, miejscu, które znane jest z tego, że zaprasza nie tylko lokalne, ale światowe gwiazdy (dzień wcześniej grał tam np.Gordon Haskell, a jeszcze wcześniej Fish (ex-Marillion) z supportem Lazuli, Suzanne Vega, a jesienią zawita w ich progi Anathema).

Na scenie zagościli Veira, Mechanism (wreszcie udało mi się kupić ich płytę!!!), John Browne's Flux Conduct
, Chassis oraz DispersE.
Wszyscy dali z siebie, to co najlepsze. Największą, choć zapowiadaną wcześniej, niespodzianką był wspólny występ Chassis i ich zaproszonych gości. Jedno to poczytać, a drugie zobaczyć na jednej scenie trójmiejski zespół, który dzieli scenę z gitarzystą Within Temptation (Ruud Jolie), z Johnem Brownem (MONUMENTS) czy basistą Marty Friedmana - tak, tego co grał w MEGADETH - Or Lubianikerem.

Ruud Jolie & Mateusz Rybicki

Ruud Jolie & Mateusz Rybicki

Aleksander Ostrowski (per.), Or Lubianiker (bes), Maciej Kończak (git.)

Koncerty to był jeden z powodów, dla którego pojechałam do Manufaktury. Innym, nie mniej ważnym dla mnie, było umówione spotkanie z Aleksandrem Sokołowem. Gitarzysta, którego możecie kojarzyć z zespołu GRENOUER, to mój dobry znajomy. Dotychczas mieliśmy jednak kontakt wyłącznie przez internet. Po kilku długich latach udało nam się wreszcie spotkać w poza wirtualnej rzeczywistości :) I choć to był pierwszy, to na pewno nie ostatni raz, bo rozmawiało nam się fantastycznie. Zupełnie, jakbyśmy przerwali rozmowę kiedyś tylko na chwilę. Rozmawialiśmy po rosyjsku głównie, ale przyznam z ręką na sercu, że Aleksandr całkiem nieźle radzi sobie z polskim.



Koncert Beth Hart

A potem przyszedł lipiec...

Dla mnie stał on pod znakiem białej farby malarskiej[czyt.malowanie ścian w mieszkaniu], koncertu Beth Hart i wyjazdu do Szwecji. Ten ostatni punkt jeszcze przede mną.

Koncert Beth odbywał się w Łodzi. Nigdy jej nie zwiedzałam, więc wybrałam się dzień wcześniej, żeby pozwiedzać filmowe miasto.

Wiem, że dla większości Polaków Łódź = Piotrkowska, co ma pewne uzasadnienie. Jednak ja nigdy nie poprzestaję na wyłącznie turystycznych szlakach i przez 10 godzin w sobotę i 10 godzin w niedzielę zdeptałam sporą część głównego miasta i mogę powiedzieć, że jest tam co oglądać. Dla amatorów starych podwórek, pofabrycznych widoków to jest to miejsce konieczne do zwiedzenia.

O gorszych stronach miasta nie zamierzam wspominać, za to nie omieszkam podkreślić tego, co mnie w Łodzi mile zaskoczyło. Na pierwszym miejscu postawiłabym liczne księgarnie i antykwariaty książkowe (i to nie z tanimi romansidłami, ale nawet z nowinkami wydawniczymi z różnorakich dziedzin). Przyznam, że część czasu pochłonęły mi wędrówki między regałami. W zakupach ograniczał mnie główne bagaż. Kupiłam więc tylko jedną - lekką książkę na drogę.

Kolejną niespodzianką była ilość parkingów w centrum i ich ceny. Chociaż przyjechałam pociągiem, a wracałam Polskim Busem, to zwróciłam uwagę na to, jak tanio i bezproblemowo, w porównaniu z Trójmiastem, można zaparkować w samym środku miasta nawet jeśli się go dobrze nie zna.

Do dobrych stron wyjazdu z chęcią zaliczę też hotel Relax - czysto, cicho w samym centrum z nienarzucającą się sympatyczną obsługą. Jeśli jeszcze kiedyś los zaprowadzi mnie do Łodzi, to na sto procent będę tam nocować - świetne miejsce!
A teraz kilka słów o głównym celu mojej podróży.

Sam koncert był wspaniały. Obiecałam sobie, że nie będę psuć sobie wspomnień, więc czubka-ochroniarza klubu Wytwórnia nie wspomnę.
Beth, jak zwykle, dała z siebie wszystko. Właściwie to aż dziwne, że na koniec nikt jej nie musiał znosić ze sceny. Wokalistka ma wspaniały kontakt z publicznością i tak niespotykaną energię, że zaraża nią wszystkich słuchaczy.  Zagrała trochę starszych kawałków, trochę z najnowszej płyty "Fire on the Floor" i stworzyła w sumie wspaniały wieczór, który nie da się szybko zapomnieć.

Zawsze podkreślałam, że wolę męskie wokale (jak chce posłuchać żeńskiego, to sobie sama mogę pośpiewać ;) ), ale Beth Hart jest wyjątkowym muzykiem. Głos, dobre teksty plus charyzma i niekwestionowany urok osobisty tworzą mieszankę, której trudno się oprzeć. Zresztą posłuchajcie sami:

wtorek, 23 maja 2017

W nowej roli

Ostatnio trudno wybrać jakiś spokojny dzień dla błahej publikacji. Tyle niedobrych, złych i fatalnych wieści krąży wokół nas, że człowiek nie zdąży się jeszcze podnieść po jednej tragedii, gdy następuje kolejna.
Dni są tak niespokojne, że aż strach otwierać Internet.

Jakby ktoś miał ochotę na chwilę odetchnąć od tego młyna negatywnych informacji zapraszam na dzisiejszą dawkę wiadomości pozytywnych.
Чёрный Обелиск /Czarny Obelisk/ na dniach ujawnił świtu swój nowy teledysk. Klip zbiera tak odmienne recenzje, ze chyba warto samemu obejrzeć i ocenić. Tytuł utworu - "Художник"/"Artysta"/, a najciekawsze w całym newsie jest to, że tytułową rolę zagrał Nikołaj Wiengrżanowicz, który uważnym Czytelnikom zapewne znany jest ze współpracy z zespołem Третий Рим. Reżyser dźwięku, który zapoznał ze sobą oba wspomniane zespoły, tym razem wcielił się w postać malarza.



Odrywając się we czwartek od tragicznego newsa, miałam ogromną przyjemność spędzić wieczór w Lęborku, gdzie na zaproszenie Miejskiej Biblioteki Publicznej (a dokładniej p. Aleksandry Werenczuk-Hinc) prezentowałam zdjęcia z Kaliningradu. Przy okazji snułam opowieść o mieście Kanta, a na koniec - na prośbę słuchaczy - zaśpiewałam "Колыбельная России". Miałam przy tym okazję poznać, a właściwie tylko powierzchownie napocząć kilka bardzo ciekawych znajomości.
Muszę przyznać, że pomieszczenie, w którym odbyła się prezentacja całkiem nieźle się sprawdziło od strony akustycznej, choć jak zobaczyłam niski sufit podziemia to pomyślałam, że daleko dźwięk się nie poniesie. A było chyba całkiem nieźle.

A jeśli już przy dźwięku jesteśmy, no to nie mogę nie wspomnieć, że ostatnio, dzięki Najlepszemu z Braci na Świecie, wzbogaciłam się o wiekowe, acz wspaniałe kolumny Unitry/Tonsil. Po małym liftingu w najlepszym z możliwych w Gdańsku-Otominie serwisie kolumn - grają tak pięknie, że nie mogę się od nich oderwać.

I przy różnych dźwiękach staram się zapomnieć o tym, że świat jest wredny, że odchodzą z niego Artyści i, że Manchester przestanie mi się od dziś kojarzyć tylko z klubem piłkarskim... Tego oderwania od ponurej szarości i Wam życzę.

czwartek, 4 maja 2017

Co tu tak cicho?

Tak chyba wygląda życie każdego mojego rówieśnika: praca - pasja - pasja - pasja - praca :) Mam to szczęście, że czasem jeszcze w miejscu "praca" pojawia się u mnie wariant "praca/pasja". Lubię pracować jako tłumacz, a z czasem zostaje coraz więcej przyjemności przy mniejszym udziale wysiłku.

A co u mnie muzycznie?
Wielkie przemeblowanie! 
Dosłownie i w przenośni. 

Dosłownie, bo płyty znów przestały się mieścić na wydzielonej im przestrzeni i zaczęły po cichu anektować szafki, stół, stolik... Ostatnio płyną do mnie stałe dostawy nowych dźwięków i ten radosny potok powoli wylewa się poza ustalone ramy (nie to, żebym rozmawiała z płytami, gdzie im wolno leżeć, a gdzie nie, ale to taka niepisana i niezwerbalizowana umowa między nami...).
Aby trochę je ogarnąć i zapanować nad nimi musiałam oddać im większy regał. Teraz grzecznie stoją, choć muszę im od razu dorobić trzy półki na zapas, bo to się tak prosto nie skończy.

Fot. 1*

Robię też przemeblowanie w przenośni - przy okazji przekładania płyt zastanawiam się czego jeszcze będę słuchać, co oddać w dobre ręce, czego mam za dużo(bo czasem posiadam podwójne wydania, nie dlatego, by się czymś różniły, ale pierwszy kompakt kupowałam zazwyczaj sama, a drugi dostałam np. w paczce-prezencie od danego zespołu).
Rzecz jasna nie obchodzi się przy takich manewrach bez planowania - co kupić jako kolejne? I to jest u mnie bardzo niebezpieczne pytanie. Bo o ile potrafię tylko teoretyzować na temat czego by się tu pozbyć, to w kwestii nabytków - moje myśli są błyskawicznie wprowadzane w czyn.
A nie daj Bóg zorientuję się, iż o istnieniu jakiejś płyty przez kilka lat nie miałam pojęcia. Trzy kliknięcia później nagranie jest już moją własnością.
Taki nałóg.

Fot.2**

A jeśli już przy nałogu jesteśmy, to znalazłam ostatnio kapitalną książkę. Co prawda opowiada ona o manii czytania, ale opis niepohamowanej pasji spokojnie można przełożyć na inne zainteresowania (choć i ten bukinistyczny szał nie jest mi obcy). 

Parafrazując wspomnianą lekturę, wypadało by o mnie napisać tak: Istotą jej życia była muzyka. Słuchała jej ciągle. Słuchała po południu w fotelu, wieczorem w łóżku.
Najważniejsze obowiązki życiowe odwalała - można by powiedzieć - szybko, uczciwie i precyzyjnie, ażeby kupić sobie prawo do zatracania się muzyce podczas godzin należących do niej.

I tak właściwie mogłabym, sparafrazować całą książkę. Czytając ją dziś w autobusie uśmiechałam się, a czasami powstrzymywałam od głośnego śmiechu - to wszystko tak bardzo do mnie pasowało. (Pewnie dlatego jeden mężczyzna tak na mnie cały czas patrzył....)
To racja, że mania - jaka by ona nie była - zbliża do siebie maniaków. Rozmawiamy z tym samym żarem i iskrach geniuszu/szaleństwa w oczach :)

Z tą to radosną myślą zostawiam Was, bo sama idę poszukać czegoś do posłuchania. 
Ostatnio wracam do muzyki, której nie słuchałam BARDZO dawno, a stara miłość nie rdzewieje, tylko troszkę posiwiała...czy tam nabrała patyny.
___________________________
*Fot. 1 przedstawia część mojej kolekcji płyt - została zrobiona 17. lutego br
** Fot. 2 przedstawia o ile się wzbogaciłam od tego czasu (cztery płyty są jeszcze w drodze)

piątek, 24 lutego 2017

Jak NIE nauczysz się grać na gitarze

Ostatnio temat gitary nawet nie tyle co powraca do mnie, a stanowi clue moich muzycznych poszukiwań. Jak to zwykle z Internetem bywa - szukasz jednego, a znajdujesz drugie. A potem nawet nie pamiętasz jaki alogiczny splot linków przywiódł cię do miejsca, gdzie Internet ma swój koniec.

Tak i ja znalazłam muzyczne antygadżety, które mają w teorii pomóc zaczynającym swoją przygodę z gitarą adeptom sześciu strun. Część z nich może w jakimś marginalnym stopniu komuś pomogła przyswoić sobie pierwsze kroki w grze na gitarze, ale nie wierzę, aby którakolwiek z tych osób stała się dzięki nim choćby dobrym gitarzystą, nie wspominając już o wirtuozerii.

№ 1 

Naklejki na gryf z nazwami chwytów...
Brzmi nieźle. Ma to pewnie tak działać jak naklejki na klawiaturę do komputera. Jednak, o ile przystosowana w taki sposób do pracy klawiatura ma sens, bo każdej literze alfabetu łacińskiego odpowiada np. jeden znak cyrylicy, to na gryfie nie ma przecież ścisłego podziału na strefy dźwięków. 

Druga sprawa, że po naklejeniu takiego "cuda" dostajemy totalnego oczopląsu!!!

Źródło: myguitarsite.ca

Oznaczenia, jak widać na zaczerpniętym przeze mnie obrazku, są wydrukowane na paskach przezroczystej folii, którą przylepia się na kolejne progi. 

Powiem jedno - nie wierzę, że ktoś się w tym połapie i pomoże mu to zapamiętać chwyty. Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, a nie obklejać gryf!!!

№ 2

To właściwie powinien być chyba jednak № 1... gitarzystom o słabych nerwach radzę odejść od monitorów....

Oto przed państwem silikonowe kapturki na palce! Ta-dam!
Po co?
Żeby chronić delikatną skórę waszych dłoni i za długie paznokcie. No to jest nawet trudne do skomentowania...jeśli bolą cię palce przy grze na gitarze i dlatego rzucasz instrument, to znaczy, że dobrze zrobiłeś/zrobiłaś, bo i tak żaden muzyk z ciebie by nie wyszedł.

Co do paznokci się nie wypowiadam - gitarzysta, obojętnie jakiej płci, palce musi mieć zadbane, a pazury krótkie. Tipsy albo gitara: wybór należy do ciebie ;)

A tego, że palce pocą się w kapturkach, które jednocześnie pozbawiają czucia struny(zrób w tym czymś dobre vibrato) oraz uniemożliwiają płynną zmianę akordów, przez litość nie wypomnę...


Znalazłam jedno zastosowanie dla tych kolorowych ochraniaczy (zaznaczam, że czysto teoretyczne, bo w rękach ich nie miałam). Może warto w nich ćwiczyć aby, tak jak polscy siatkarze, którzy na treningach mieli założone obciążenie na nogi, móc potem swobodniej grać? Ale to teoria mocno naciągana i wymyślona naprędce, żeby tak do końca nie mieszać produktu z błotem.

Jakby nie było - jak mówi stare porzekadło: kiepskiej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy. Jeśli naukę gry na gitarze zaczynasz od poszukiwań odpowiedzi na pytanie: jakby tu pójść na skróty i ominąć lata praktyki?, to nie licz na sukces. Nie znam gitarzysty, którego płynnej gry na instrumencie nie poprzedziłyby godziny prześlęczone nad gryfem. 

I tak znajdując coraz to nowsze i bardziej absurdalne, wyręczające we wszystkim antygadżety, dochodzę do smutnego wniosku. Banalne stwierdzenie, że żyjemy coraz szybciej i dążymy, by żyć wygodniej, niestety dotyka też sfery gitary. Po to wynaleziono te "cuda", by szybciej poczuć zadowolenie z nowo nabytej umiejętności. Na szczęście nie wszystko da się przyspieszyć, ale pociągnie to za sobą pewne konsekwencje na przyszłość. Wydaje mi się, że będzie co raz miej pasjonatów gry, którzy będą chcieli poświęcić swój wolny czas na ćwiczenia. A w rezultacie będzie mniej muzyki do słuchania.

Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie, podzielę się z Wami takim gadżetem, który ostatnio bardzo mnie ubawił. 
Na pewno słyszeliście o szalonej dyscyplinie jak gra na wyimaginowanej gitarze "air guitar". Otóż ostatnio pojawiły się w sprzedaży...struny do tego niewidzialnego instrumentu :) To się nazywa kreatywność! Jak znajdę - to koniecznie kupię, zwłaszcza, że ten zestaw firmuje sobą zespół KISS :D


czwartek, 16 lutego 2017

Luke Zecchin - gitarowy ekspert

Dziś o książce, która bardzo wpisuje się w moje zainteresowania muzyczne, co myślę stałych Czytelników nie dziwi. 

Otóż, wpadł mi ostatnio w ręce wydany w 2016 roku podręcznik dla gitarzystów, którego autor Luke Zecchin jest nie tylko teoretykiem, ale ma za sobą występy na żywo, godziny pracy w studiu i ponad dwadzieścia lat praktyki gry na gitarze. Play Guitar Better: The Quick-Start Guide to Great Technique - to podręcznik stworzony po to, aby pomóc gitarzystom grać komfortowo, dokładniej, bardziej efektywnie (nie mylić z efektownie!) i swobodnie.

Zawarte w książce porady może nie będą przydatne dla muzyków z wieloletnią praktyką, ale zapewne mogą pomóc tym, którzy nabrali już pewnej wprawy, ale ich złe przyzwyczajenia nie pozwalają im ruszyć dalej.
Jak podkreśla sam autor o  - ze złych przyzwyczajeń nie trzeba niszczyć, ale zastąpić je dobrymi nawykami.


Podręcznik jest napisany niezwykle klarownie, z poczuciem humoru i znawstwem tematu. Zecchin nie tylko wylicza podstawowe błędy gitarzystów, ale podaje konkretne ćwiczenia (do których znajdziemy w ebookach bezpośrednie linki), aby pomóc muzykom. 

"Play Guitar Better" to lektura obowiązkowa, odpowiadająca na podstawowe pytania, które chcieliście zadać, ale było Wam wstyd, ze tyle gracie i takich rzeczy nie wiecie, lub nie jesteście ich pewni. 

Książkę, w formie bardzo poręcznego ebooka znajdziecie na Amazonie obecnie w promocji jest bezpłatna do ściągnięcie, a prócz niej pięć innych podręczników:


Zapraszam również na stronę Autora: http://www.guitariq.com/, gdzie znajdziecie jego artykuły oraz materiały pomocne w nauce/poprawie swojej techniki.

sobota, 11 lutego 2017

W mrok

Dziś będzie trochę nietypowo. Od mojego muzycznego znajomego Yana Dissectora otrzymałam dwie płyty - projekty Anna Vashchilo vel Anny Dust.

Płyty z autografami mają jednak coś w sobie :)

Nie nastawiałam się entuzjastycznie. Nie przepadam za gotykiem i niezbyt lubię żeńskie wokale, sądziłam więc, że słuchanie The Lust i Decadence Dust będzie krótkim epizodem.
I... cóż za zaskoczenie!
Jeśli szukacie muzyki pasującej do obecnej mrocznej, zimnej i ponurej aury to "Black Dahlia Poem" jest strzałem w dziesiątkę. Wysoki, hipnotyzujący wokal Anny, mocne klawisze i gitarowe tła(autorstwa wspomnianego Yana) wciągają, oplatają nas gęstą siecią wrażeń i nie puszczają aż do końca płyty. 
Album jest bardzo spójny, jednocześnie mocny i delikatny; wystarczająco melodyjny i odpowiednio ciężki. Gdyby nie fakt, że całość brzmi bardzo naturalnie, można by pomyśleć, że mamy do czynienia z efektem pracy perfekcyjnego producenckiego algorytmu. Nie, to nie komputerowa sztuczka - to rezultat muzycznej pasji i zaangażowania.

Z kolei "S.T.R.N." pokazuje nam nieco inne oblicze wokalistki. EP-ka zawiera dużo większą dawkę elektroniki, podczas pierwszych odsłuchań od razu skojarzyła mi się z kasetą Clan of Xymox słuchaną na walkmanie w zatłoczonym tramwaju. Jest agresywna, pełna gniewu i złości. To tylko cztery utwory, ale zawierające w sobie dawkę emocji pełnoprawnego albumu. Po jego przesłuchaniu człowiek czuje się jak po wypiciu podwójnego espresso na pusty żołądek - pełen energii i z ogromną potrzebą odpoczynku.

Mam świadomość, że znów promuję głęboką niszę, ale kiedyś usłyszałam, że jestem "niszą nisz" i jakoś mocno się z tym identyfikuję.


wtorek, 10 stycznia 2017

Andriej Tropiłło - trop po latach odnaleziony!!!

Nie umiem opisać tego wrażenia, które mnie od wczoraj trzyma. To jest coś takiego, jakbyś ułożył całą układankę, ale zapodział ci się jeden kawałek. Szukałeś go po całym domu - i nie było, a teraz trafia niespodziewanie do twych rąk i możesz skończyć układanie obrazka.

Niebieski (blue) fragment w tej historii będzie rozwiązaniem zagadki...

A było to tak...
Trzy lata temu pisałam o bardzo ważnym dla radzieckiego rynku muzycznego producencie Andrieju Tropille. Jak sami możecie zobaczyć we wpisie wspomniałam tam o krótkiej, acz ciekawej współpracy Andrieja z Polakami. Bardzo mnie intrygowało kto to konkretnie był. Kim był tajemniczy polski Współpracownik. Starym indiańskim sposobem napisałam email z nadzieją na odpowiedź, a nawet jakiś większy wywiad. 
Niestety, nie znalazłam bezpośredniego kontaktu do Andrieja Tropiłły i rozbiłam się o mur niezainteresowania jego młodego współpracownika. 

Mówiąc szczerze - było mi żal. Bardzo rzadko spotykam się z odmową, kiedy proszę o rozmowę, czy konkretne informacje. A co gorsza, moja informacyjna układanka była nie pełna.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy czytając wczoraj "Blues z kapustą" autorstwa Pana Jana Chojnackiego natknęłam się na wiadomość, że to właśnie ON współpracował z rosyjskim producentem!!! 


Jak to dokładnie było - odsyłam Was do książki. Możecie nie przepadać z bluesem (choć tu się wtedy z Wami nie zgodzę), ale powyższą lekturę powinniście przeczytać obowiązkowo! Czyta się ją jednym tchem i naprawdę trudno się od niej oderwać. Zawarta w niej historia jest wielowymiarowa i niezmiernie ciekawa: z ręką na sercu polecam każdemu z Was, bo dawno, a nawet bardzo dawno, nie czytałam tak dobrej publikacji! Tyle smaczków, ile mieści "Blues z kapustą" na każdej stronie, wprawiło mnie w niepomierny zachwyt i euforię! 

Bardzo dziękuję Panie Chojnacki - spodziewam się, że Pan nigdy tego nie przeczyta, ale jestem niezmiernie Panu wdzięczna za wspaniałą książkę i odnalezienie ostatniej części mojej układanki.