piątek, 12 czerwca 2015

Muzyka "na żebrach"

Temat płyt na zdjęciach rentgenowskich był przeze mnie już nie raz poruszany, jednak ten fenomen nadal mnie frapuje, ponieważ nadal widzę w nim nie tylko wiele niedopowiedzeń i miejsca do poszukiwań.

Pokrótce przypomnę na czym cała rzecz polega: w Związku Radzieckim nie sprzedawano płyt winylowych z zagraniczną muzyką, którą traktowano jako złowrogą propagandę zgniłego Zachodu. Niewielka ilość starej zachodniej muzyki trafiła do radzieckiej Rosji poprzez wracających z frontu po II wojnie światowej żołnierzy, którzy wśród wojennych łupów wieźli przez długie kilometry - płyty i gramofony. 
Modny w powojennej rzeczywistości swing, jazz, a później rock'n'roll trafiał pod strzechy dzięki marynarzom, jednak ilość przywożonych krążków nie mogła zaspokoić głodu tysięcy melomanów. Stąd też pojawiły się nielegalne przegrywalnie płyt.



Początki tego procederu sięgają 1946 roku, kiedy to w ówczesnym Leningradzie na Newskim Prospekcie w wielkiej kamiennicy pod numerem 75 powstało studio nagrań. Inicjatorem przedsięwzięcia był Stanisław Kazimierowicz Fiłon, który przywiózł z Polski niemiecki sprzęt firmy Telefunken.
Firma zajmowała się nie tylko kopiowaniem płyt, ale także ich bezpośrednim nagrywaniem. Zakład oferował popularne wówczas, także w Polsce, usługi polegające na nagrywaniu przez klientów krótkiego testu (np.życzeń urodzinowych) i dogrywaniu gotowego przeboju, lub piosenki w wykonaniu własnym klienta. Wszystko to zgrywano razem na pocztówkę dźwiękową.

Cała ta działalność była jednak wyłącznie przykrywką dla pracy, którą wykonywano po godzinach. Kiedy studio zamykano dla klientów, często do białego rana maszyny pracowały, przegrywając modną wówczas muzykę jazzową wykonywaną przez zagraniczne orkiestry, tanga, fokstroty, rosyjskie romanse.

Rankiem, o określonej z góry godzinie, przychodzili przez drzwi od podwórza, pośrednicy, którzy zabierali nocny "urobek", na który zapotrzebowanie wciąż rosło.
Niestety często zdarzało się że w szeregi pośredników wkradali się pracownicy służb specjalnych, którzy rozpracowywali sieć powiązań. Wtedy sprawa kończyła się konfiskatą towaru, sprzętu nagrywającego, oryginałów nagrań, a nawet pieczołowicie zbieranych przez lata wycinków z zachodnich gazet zawierających informacje o muzyce.
Wyroki rzadko zostawiano "w zawieszeniu", aresztowani zazwyczaj  dostawali po trzy do pięciu lat karceru. Po tak długiej odsiadce z powodu, który dziś wydawałby się zupełnie błahym, szeregi przegrywających muzyczne perły z Zachodu na jakiś czas przerzedzały się, lecz po jakimś czasie naturalnie uzupełniały się o nowych pasjonatów.

Co ciekawe, nie raz i ci, którzy odsiedzieli za szerzenie idei zgniłego kapitalizmu, wracali po wyjściu na wolność do tych samych firm fonograficznych. Rekordzistą w tej materii był Rusłan Bogusławski, o którym kiedyś napiszę szerzej, bo warto poznać jego historię.
Teraz tylko nadmienię, że kolekcjoner był w więzieniu nie raz, swoją kolekcję i sprzęt musiał za każdym wyrokiem budować od nowa, a mimo to nie stracił zapału i do końca życia był oddany muzyce.

Wracając do nagrań "rentgenowskich" - te okazy sprzedawano wprost z rękawa płaszcza, czy palta na ulicy. Sprzedawca wyłapywał wzrokiem młodych ludzi i konspiracyjnym szeptem proponował im kupno płyt.


Skąd wziął się pomysł na takie wykorzystanie niepotrzebnych klisz?
Otóż, aby obniżyć koszty nagrań, a także by uniezależnić się od dostaw ebonitu (po tym gdzie był dostarczany ebonit z fabryk, można było w końcu dociec kto i gdzie zajmuje się zabronionym procederem) - sięgnięto po tańszy i bardziej dostępny materiał. Niepotrzebne zdjęcia rentgenowskie zaczęły znikać ze szpitali, co cieszyło zarówno personel medyczny, który pozbył się problemu z utylizacją sterty niepotrzebnych celuloidów, jak i muzyczną "partyzantkę".

Na zdjęciach nie było żadnych etykiet, zapisu nie można było odsłuchać na miejscu, stąd zakup był równy inwestycji w kota w worku. (Dopiero po jakimś czasie zaczęto płyty opisywać, naklejać na nie papierowe etykiety, a nawet odbarwiać, żeby zniknął z nich rysunek kości.)
Oczywiście, że wśród handlarzy była masa oszustów, bo przecież nikt na milicję nie doniósłby na takiego delikwenta, a ci ze swojej strony i tak byli nieuchwytni, bo zaraz po dokończonej transakcji ulatniali się jak dym w tłumie przechodniów.

Jak opowiadał mi mój Przyjaciel z Rygi, sam też kupił kiedyś taką płytę - do domu leciał jak na skrzydłach.  Jednak, kiedy włączył adapter, okazało się, że został oszukany. Zamiast muzyki, słychać było wyłącznie szumy i trzaski. Ze złości zniszczył ją, choć, kiedy o tym mi opowiadał to z perspektywy czasu żałował, że nie zostawił jej sobie choćby na pamiątkę. Ja natomiast rozumiem jego poryw sprzed kilku dekad - też chyba nie potrafiłabym oszczędzić trefnego zakupu.

Polecam filmik umieszczony poniżej - ciekawie streszcza historię nietrwałych, ale jakże pięknych nośników.




Dziś płyty analogowe, choć wytwarzane w dużo lepszych warunkach, nadal są dużo bardziej pracochłonne w produkcji niż płyty kompaktowe. Dobrą ilustracją będzie poniższy filmik, który uświadomił mi, że po zwiedzeniu parę lat temu fabryki gitar Warwick i Framus, powinnam trafić do fabryki winyli! Jeśli ktoś miałby pomysł jak tam trafić - dajcie znać!