sobota, 9 maja 2015

Dissector - o dwóch dekadach na scenie, taśmach magnetofonowych i melodii, bez której nie ma muzyki

Cześć Jan! Jest mi bardzo miło, że możemy porozmawiać. Od razu zaznaczę, że o Waszym zespole (choć istnieje on od ponad 20 lat) usłyszałam po raz pierwszy całkiem niedawno, jednak nie jest ze mnie Andriej Burłaka, który zna wszystkie petersburskie grupy.

- Na początku przedstaw proszę skład grupy i opowiedz o muzykach. Jakimi są ludźmi?

Jan: Cześć Kseniu! Akurat z petersburską sceną jesteśmy historycznie najmniej związani, a i to pośrednio. Tak, że tam nas mało kto na oczy widział (śmiech). Najważniejsze co tam zrobiliśmy, to mieszkaliśmy i nagrywaliśmy. Zespół Dissector istnieje teraz w systemie studyjnym i składa się z trzech ludzi: basista Oleg Alioszyn, perkusista Andriej Głuchow i ja -  gitarzysta/wokalista Jan Fiediajew. Wszyscy mieszkamy w różnych miastach i z wielu przyczyn póki co tylko tak możemy istnieć, równolegle zajmując się swoim życiem i głównymi zajęciami. Oczywiście, podtrzymujemy wzajemny kontakt, spotykamy się kiedy możemy razem, mijamy się w studiach lub nagrywamy w warunkach domowych. Jesteśmy różnymi ludźmi, zarówno pod względem charakterów, spojrzenia na życie i muzycznych gustów, nie zawsze i nie we wszystkim zgadzamy się ze sobą. Jednak muzyka metalowa kiedyś nas połączyła i mam nadzieję jeszcze długo będzie nas łączyć. Nasz obecny album „Grey Anguish” jest chyba najważniejszym świadectwem tego.



- O tak długim istnieniu na scenie trudno opowiedzieć w kilku zdaniach, ale czy mógłbyś wyróżnić najważniejsze momenty z życia Dissector?

Jan: Wszystkie mniej lub bardziej znaczące momenty w życiu Dissector są związane z ciągłymi zmianami w historii zespołu. Pierwszy ważny moment - to okres od jesieni 1992 do marca 1995 roku: to czas nagrania naszych pierwszych demo i pierwsze koncerty w Magadanie. Dzięki nim usłyszano o nas w mieście, a kasety z pierwszymi nagraniami zaczęły pomału rozchodzić się po Rosji. Drugi etap przypadł na wiosnę 1997 roku, kiedy Dissector zebrał się od nowa, lecz nie w pełnym składzie, a troszkę później połączył się z lokalnym death metalowym zespołem Vivarium. W takiej postaci, z pewnymi zmianami w składzie, Dissector/Vivarium grały w Magadanie do wiosny 2002 roku, dały w mieście mnóstwo koncertów i nagrały w tym czasie pięć DIY albumów, parę ep-ek na kasetach, a ja sam jeszcze nagrałem jednocześnie cztery solowe albumy. Z tego czasu zostało, moim zdaniem, niemało dobrych utworów, które potrzebowałyby realizacji w lepszej jakości. Być może kiedyś przyjdzie na nie pora.
Następny ważny moment był kiedy zdecydowałem znów wskrzesić imię Dissector i nagrałem w 2007 roku z gościnnym udziałem muzyków minialbum „Cry For Me”. W rzeczywistości to był pierwszy profesjonalny zapis Dissector, z zagranicznym nagraniem i dobrą produkcją. I, na koniec, okres od 2009 po dzień dzisiejszy, gdy zespół zebrał się w starym składzie i zaczął, choć też z przerwami, jednak spotykać się i nagrywać nowe materiały. Każdy moment był na swój sposób ważny.

- Na jakiej muzyce wyrosłeś, co pociągało cię we wcześniejszej młodości?

Jan: Jeśli nie wspominać „Tańca z szablami” z głębokiego dzieciństwa i nie brać pod uwagę włoskiej piosenki estradowej oraz innej muzyki disco końca lat 70. i początku 80. to wyrastałem na AC/DC i wszelkim możliwym heavy. Na samym początku lat 90., już kiedy sam chciałem grać i tworzyć muzykę, słuchałem nawet oldschoolowego trashu, a od niego poszło już dalej.

- Co z tego zostawiło swój ślad w Waszej muzyce?

Jan: Najwidoczniej wszystko po trochu. Od tradycyjnego heavy zapewne została melodyka, prosta struktura, klasyczne i niestarzejące się chwyty. W większym stopniu na wykonanie thrash, death metalu natchnęły nas pierwsze usłyszane nagrania Slayer, Sepultura, Exodus, nie obeszło się bez Metalliki i Megadeth, spory wpływ wywarły na as również popularne wówczas magadańskie grupy metalowe Поли-Гон i Чёрная Месса. Potem poleciały już Carcass i Napalm Death, co dodało pierwszym naszym nagraniom znaczącej agresji. No, a kiedy w krąg zainteresowań wpadł szwedzki melodic death w duchu Entombed, Edge Of Sanity, In Flames, At The Gates, Dismember i Grave, to to także widocznie wpłynęło i na riffy, i na melodię. Od tego czasu nigdy wystrzegaliśmy się melodii i zawsze staraliśmy się połączyć agresję z melodyjnością, nieważne do jakiego gatunku czy podgatunku ciągnęliśmy. Uważam, że w pierwszych lata istnienia Dissector bardzo szybko rozwijał się i zmieniał stylistycznie, dlatego ani jedno nasze demo z najwcześniejszego okresu nie jest podobne jedno do drugiego. A wszystkie wyżej wspomniane zespoły – i zapewne wiele innych – wpływają na nas do dziś. I mnie osobiście to przywiązanie do prostego i dostępnego oldschoolu całkowicie pasuje. To jest solidna baza dla stworzenia świetnych metalowych utworów. Prawdę mówiąc, to wszystko co się ukazało i było rewolucyjne, od tamtych czasów w muzyce metalowej nic się nowego nie pojawiło. Ale to tylko moje zdanie, wszak wielu muzyków czerpie natchnienie i z dużo późniejszych okresów w historii rocka. I nie będę się spierał z tego powodu.

- Wasz ostatni album „Grey Anguish” zebrał już kilka recenzji, a jak Ty sam być scharakteryzował go na tle Waszych pozostałych albumów.

Jan: No tak, recenzje już się pojawiły i w większości są pozytywne. Oczywiście, cieszy to nas, zwłaszcza ze względu na ilość włożonych sił i środków w tę płytę. Po pierwsze, jest to całkowicie i zupełnie praca zespołowa, z minimum kompromisów. Mnie to najbardziej cieszy i myślę, że bez moich wspólników - Olega i Andrieja, ten album ułożyłby się w takiej postaci. Po drugie, na dzień dzisiejszy, jest to obiektywnie najbardziej trafione i najwyższej jakości nagranie Dissector, nie patrząc na długość przygotowań i trudną logistykę całego przedsięwzięcia. Nie staraliśmy się zadziwić wszystkich czymś nowym, wręcz na odwrót: dobieraliśmy na album utwory, które łączył pewien tradycyjny dla nas duch. To samo mogę powiedzieć o grafice Paszy Antonowa, który dodał albumowi jeszcze więcej tradycyjnego klimatu; a przy masteringu zdecydowaliśmy się pracować ze sprawdzonym Aleksiejem Bołotowem, który dobrze zna i Dissector i to, skąd wyrasta dzisiejsza muzyka metalowa. A może ona już nie rośnie?

- Według mnie, choć Wasza muzyka jest ciężka, kładziecie bardzo duży nacisk na melodię. Czy to tylko moje wrażenie?

Jan: Masz rację. Melodia jest chyba najważniejszym i niezmiennym składnikiem muzyki Dissector. Z pozostałymi: szybkością, groovem czy ciężkością bywa różnie. Sam wolę w ramach tego projektu szybkie utwory, ale tu zawsze zderzamy się z nierozwiązywalnym dylematem: czy powinien album brzmieć maksymalnie różnorodnie, czy jednak jednorodnie. Dlatego też teksty wielu recenzji mocno zależą od tego, do jakiego typu ludzi zalicza się recenzent: czy woli różnorodność, czy też oczekuje usłyszeć wszystkie utwory w jednym kluczu. Różnorodną muzykę jest trudniej ludziom przyjmować, większa część publiczności przywykła myśleć wąsko, w granicach jakiegoś jednego kierunku muzyki. Przy tworzeniu utworów nie stawiam sobie żadnych warunków, po prostu tworzę wszystko pod rząd, i ballady, i szybkie utwory. Czasami wychodzi więcej szybkich rzeczy, czasem więcej w średnim tempie. Jednak przy końcowym zestawieniu tracklisty albumu wybór pada na korzyść różnorodnej dynamiki. Przy czym, jeśli nagle wyjdzie cały album zabójczo sprinterskiego materiału nie będę żałował, wręcz na odwrót: to będzie ten sam materiał Dissector od którego zaczynaliśmy.


źródło: materiały zespołu Dissector

- Ciekawe jest, że „Grey Anguish” ukazał się nie tylko na CD. Jest także dostępny na kasecie. Opowiedz proszę, skąd taki pomysł.

Jan: Pomysł pojawił się przypadkowo. Gdzieś w internecie natknąłem się na artykuł, który opowiadał o entuzjastach z Sankt Petersburga, którzy założyli firmę GoTape i odrodzili przemysł kasetowy. Znaleźli odpowiedni sprzęt, coś tam poprawili, popróbowali i ruszyli. Underground i wykonawcy alternatywni szybko się do tego podłączyli. Firma GoTape oferuje wydanie kaset niewielkim nakładem i chyba to w pierwszej kolejności mnie zaintrygowało. No, a potem nostalgia, drive, underground, analogowa miękkość brzmienia taśmy, taniocha, potencjalna unikalność i wszystko pozostałe, z czym może teraz kojarzyć się ten zapomniany format. A ponieważ sam lubię różne ciekawe formaty, single i inny kolekcjonerski materiał, przecież żyłem trochę w czasach, kiedy w obiegu były płyty, kasety i winyle z singlami i B-side'ami, to nie mogłem przejść obok takiej prostej i dostępnej możliwości. Zwłaszcza, jeśli zauważyć, że sami sobie jesteśmy panami i możemy wypuszczać naszą muzykę w każdej postaci w jakiej zechcemy. Tak więc, to coś więcej niż dogadzanie swojemu ego. Oddanie szacunku nostalgii. Pokolenie kradzionych mp3, mobilnych gadżetów i pozostałych szybko starzejących się multimedialnych pierdół, rzecz jasna, nawet nie zrozumie gdzie tą kasetę włożyć. Przecież u niego w mózgu już wszystko jest włożone, więc zaglądać do przeszłości i myśleć o przyszłości jest zupełnie niekonieczne. Ale ja nie próbuję być zrozumianym i przyjętym przez wszystkich.

- A sam masz magnetofon i słuchasz jeszcze muzyki z kaset?

Jan: Tak, mam magnetofon w domu. Słuchanie na nim własnych kaset jest odlotowe. Pewne rzeczy, które zachowały się na kasetach, w archiwum, też czasami przesłuchuję: nasze stare demo, jakieś tam koncertowe nagrania, zapomniane zespoły. Oczywiście, 20-25 lat temu nasz album na CD lub kasecie wywołałby więcej szumu (śmiech), ale przyjemność z tego, że to twoja własna muzyka i że wyszła na światło dzienne w fabrycznej jakości do dzisiaj mnie cieszy. Zwłaszcza, że muzykę gramy w pierwszej kolejności dla własnej przyjemności.

- Chcę jeszcze zapytać – skąd, w tak długo grających zespołach jak Dissector, biorą się siły, żeby kontynuować swoją działalność?Oczywiste, że pierwsze miesiące-lata grupa może trzymać się choćby na samej euforii, ale potem zazwyczaj jej nie starcza i muzycy przestają grać.
Odkryjesz nam sekret Waszej długowieczności?

Jan: Jeśli mam być szczery, to nie mam czego odkrywać (śmiech). W każdym oddzielnym przypadku na długość życia tego czy innego zespołu wpływają różne rzeczy. Osobiście, po prostu zawsze mam ochotę tworzyć i nagrywać swoje własne utwory i melodie. Gdzie leży przyczyna – pojęcia nie mam, ale ta ochota nie opuszcza mnie już ładne dwie dekady. Natchnienie to ulotny stan, czasami zupełnie go nie ma, ale jak tylko przepadnie - jak plan B pojawia się chęć by znów je zdobyć. I w podsumowaniu, tak czy siak natykasz się na coś co każe ci znów wziąć gitarę. To może być co tylko chcesz: czyjaś muzyka, film, człowiek, miejscowość, przeżycie, dramaty, złe doświadczenie... to jest taka ciągła duchowa potrzeba, która może bezpowrotnie ulotnić się wyłącznie sama. Od niej nie ma sensu próbować wyzwolić się lub zamienić ją na coś innego. Bliskim ludziom zostaje tylko ją przyjąć, co nie zawsze ma miejsce (śmiech) i decyzje nie zawsze bywają kompromisowe. Ale mówię tylko za siebie w danym przypadku. Moi koledzy zapewne mają inne zdanie na ten temat i swoje wyjaśnienie twórczej długowieczności. Sam nie mam żadnych materialnych powodów, by kontynuować zajmowanie się muzyką i nie mam tam żadnej euforii, niespełnionej ambicji czy iluzji. Zapewne Dissector (nieważne w jakiej postaci) istnieje dotychczas tylko dlatego, że nigdy nie był związany z komercyjnym sukcesem, czy też kontraktowymi zobowiązaniami. To jest wyłącznie niezależna muzyka dla duszy, pieniądze wpływają wyłącznie na szybkość pojawiania się nowych utworów; wszak chce się, żeby brzmiały dobrze. Jeśli będzie wewnętrzna potrzeba, to będę się tym zajmował. Za pieniądze także można kontynuować granie, póki nie zapętlisz się wprost na scenie lub w studiu, jak robią to zawodowi muzycy. Ale to nie mój przypadek, więc sądzić ich nie mogę. Jak pokazuje praktyka pożegnalnych albumów/tournee wielkich zespołów w ostatnim czasie, większości wyliniałych i czasem będących natchnieniem dla setek muzycznych naśladowców, zależy głównie na „zielonych”; bo ich dzieci dorosły i, patrząc na odnoszącego sukcesy w przeszłości tatuśka-rockera lub króla popu, nie chcą pracować (śmiech), A karmić dzieci jest niby rodzicielską powinnością. Źle to wygląda, kiedy odchodzą, a potem wracają robiąc wrażenie, że nic się nie stało. Jasne, że można to zrozumieć – ale jako fan czegoś takiego nie toleruję.

- Dziękuję za rozmowę! Życzę Wam jeszcze wielu, wielu lat na scenie, żebyśmy mogli cieszyć się Waszą muzyką!

Jan: Kseniu, i ja Ci dziękuję: za pytania i zainteresowanie naszą muzyką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz