czwartek, 28 maja 2015

Gods Tower - wywiad z białoruską legendą metalu!



Gods Tower to bez wątpienia gwiazda największego formatu na białoruskiej scenie metalowej. Istnieją od 1989 roku, mieliśmy okazję ich dwukrotnie usłyszeć w Polsce. Ja zaś miałam przyjemność rozmawiać z wokalistą i menedżerem. Lesley Knife i Wiktor Łapickij przedstawili ciekawą historię zespołu, swoją wizję muzyki i ciekawych czasów, w których przyszło nam żyć.

Witam! Wasz zespół na białoruskiej scenie jest, bez żadnej przesady, legendarny. Macie za sobą długie lata , w których, wydaje się, było już wszystko: upadki i wzloty, zastój i sukcesy. 
W jakim punkcie zespół znajduje się dziś?

Lesley Knife: Na daną chwilę, powiedziałbym, że zespół znajduje się w stadium teoretyzowania. Nie mamy możliwości zebrać się, żeby zdecydować o powszednich problemach lub podsumować pośrednie wyniki; nie możemy zbierać się na próby tak często,na ile to jest potrzebne, ponieważ kontakt ogranicza się do aktywnej korespondencji w sieci. Rozumie się samo przez się, że to nie wystarcza do tego, aby zajmować się twórczością. Jednak możemy wypracowywać koncepcje dla przyszłych prac. Czym właśnie się zajmujemy.

Zaznaczę, że ograniczenia w żywym kontakcie wypływają z bardzo ważnych przyczyn.

Mamy, w pewnym sensie, precedensową sytuację. Kiedy nie było ograniczenia w żywym kontakcie, mogliśmy tworzyć masę materiału, który, jak się mówi, wystarczy złożyć jak części układanki. Należy także podkreślić to, że od tego czasu świat poważnie się zmienił, i ta koncepcja, którą wyznaczyliśmy na temat albumu, na dany moment nie wygląda na aktualną. Nie możemy sobie pozwolić na stworzenie albumu, który będzie przepowiadać eskapizm. Jednocześnie agitacją czystej wody też nie będziemy się zajmować. To tyle, jeśli chodzi o ideologiczną stronę utworów.

W muzycznym planie również zauważalne są niewielkie zmiany. Zamierzamy trochę dociążyć nasz materiał kosztem szybkości. W ostatnim czasie bardzo mocno się nią fascynowaliśmy, to dawało naszej muzyce posmak heavy metalu, ale po przemyśleniu, zdecydowaliśmy, że nie można przeginać pałki, dlatego to, co będziemy robić, będzie bliższe naszym najbardziej początkowym dokonaniom.

Póki co nie jesteśmy w niezwrotnym punkcie na drodze do nowego materiału, ale nieubłaganie się do niej zbliżamy. Chociaż i bardzo powoli.


A jakie są Wasze bieżące problemy?

Lesley Knife: Obecnie rozwiązujemy własne problemy. Rodzinne, zawodowe. Dużo czytamy. Oglądamy wiadomości. Czekamy na zmian na lepsze w naszej części Wspólnoty. Nasze bieżące problemy są zupełnie zwyczajne...Co zaś tyczy się muzyki - to, jak już mówiłem, myślimy. Dużo myślimy.

Prócz albumów, macie na swoim koncie klipy i występy w telewizji. Czy czujecie wsparcie rodzimych środków masowego przekazu?  Jak ono zmieniało się z czasem?

Lesley Knife: No tak, w latach 90. wsparcie było znaczące, a to z tego prostego powodu, że istniała jakaś tam taka prasa niezależna. Teraz takiej nie ma już 15 lat i "wsparcie środków masowego przekazu" - brzmi jak gorzka ironia. O ile wiem, środki masowego przekazu mają zbyt wiele  państwowych zakazów dotyczących przypodwórkowych trubadurów.

Na Białorusi są wszak dwa rodzaje prasy - państwowa i opozycyjna. Co tyczy się sztuki, to te opozycyjne środki masowego przekazu, które widziałem - to kult snobizmu, i tam nie ma dla nas miejsca nawet przy najlepszych chęciach. Nas nie mogą postawić na tęczowym tle. Za to państwowe środki masowego przekazu mówiące o tej samej tematyce wciąż przedrukowują jedne i te same imiona, czasami tylko słowa miejscami pozamieniają. Taka sytuacja wynikła z powodu całkowitego braku wolności słowa. Nami interesują się wyłącznie specjalizowane w metalu środki masowego przekazu. To jest z jednej strony zupełnie normalne, ale z drugiej strony mówi o niezdrowym stanie sfery informacji w naszym kraju.

Wiktor Łapickij: Tym nie mniej po odrodzeniu się zespołu, o tym fakcie wspomniało wiele źródeł, a państwowa telewizja nakręciła i pokazał w eterze już trzy koncerty zespoły! I mam nadzieję, że to nie był wyjątek.

W 2013 roku pojawił się fantastyczny boks set z czterech płyt winylowych z waszych albumów. Opowiedzcie, proszę, jak wcielał się ten pomysł w życie i do kogo należał.

Lesley Knife: Ten pomysł, żeby wydać nasze płyty na winylach, był z nami od dawna. Mieliśmy nawet kilka propozycji różnego charakteru z tym związanych. Jednak po rozmowach z chłopakami z Possession Productions, zdecydowaliśmy się im oddać palmę pierwszeństwa w tym niełatwym przedsięwzięciu. Oni już wydali nasz siedmiocalowy singiel "Heroes Die Young" rok wcześniej i wspaniale poradzili sobie z tym zadaniem. Zrobili ogromną robotę i wydali na światło dzienne rzeczywiście wstrząsający projekt. Wszystko wygląda bardzo poważnie i waży niemało! My z kolei oddaliśmy wszystkie możliwe archiwalne materiały z naszego wieloletniego bagażu. Dla tego trzeba było przeryć wszystkie nasze zakamarki i wyjąć kilka szkieletów z szafy. Za to teraz teraz bardzo jesteśmy dumni z rezultatu tej współpracy! W boks set wchodzą cztery podwójne płyty, plakat zespołu, książeczka z historią i masą zdjęć. Dodatkowo była wypuszczona super limitowana wersja, do której dołączono jeszcze ekskluzywną koszulkę i dodatkowo kilka drobnych pamiątek.


Kiedy już zaczęliśmy mówić o albumach - kiedy możemy oczekiwać pojawienia się waszego następnego?

Lesley Knife: Nie byłbym taki pewien, że będzie to album pełnowymiarowy. Zastanawiamy się nad wariantem wypuszczenia serii singli, tak, iż całkowicie jest możliwe, że album rozciągnie się na serię. Przy czym i tu nie dawałbym szczególnej gwarancji - póki co wszystko stoi pod znakiem zapytania, dokładnie nie można powiedzieć, kiedy cały materiał zostanie zebrany w formie, która nas zadowoli. Teraz, jak to się mówi, są to notatki na marginesach.

Wiesz, sytuacja w dwóch słowach jest taka - materiału jest dużo, ale nie przedstawia sobą jednej całości, ponieważ ta forma, w którą powinien się przyoblec parę lat temu, jak nam się wówczas wydawało, teraz wygląda niepoprawnie, nieaktualnie. Do tego wiele rzeczy wymagało przeglądu w sensie treści - nie chcemy robić rzeczy, których sens jest zrozumiały wyłącznie dla tych, którzy żyli w przeszłości. W zbyt ciekawych czasach żyjemy, żeby tracić możliwość być ich kronikarzem, choćby w alegorycznej formie. I jest jeszcze taki termin, jak pozycja obywatelska. Już podjęliśmy co do niej decyzję, warto też o niej wspomnieć.

Tak więc pytanie "kiedy" zostaje otwarte. Spieszyć się nie będziemy.

A czy planujecie w jakim formacie pojawi się nowa muzyka? Czy pojawi się również na winylu?

Lesley Knife: Tak, to jest zupełnie możliwe, że wyjdzie właśnie na winylu. Już niejednokrotnie mówiłem, że winyl posiada szczególne przyciąganie. I podrobić go, w odróżnieniu od kompaktu, jest trudniej i w ogóle sam sobie jest fenomenem i kultem. O ile teraz na sprzedaży własnej produkcji nie zarobisz, to wypuszczenie winylu jest usprawiedliwione co najmniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze jest to wspaniała pamiątka, po drugie brzmienie posiada swoje zalety. Ciepłe, lampowe winylowe brzmienie. Płyty analogowe są bez dwóch zdań bardziej przyjemne niż kompakty. Winyl można kupić lub dostać w prezencie, wszystko inne bez problemu ściągniemy z Internetu, a co za tym idzie, staje się dla nas czymś bliskim. 


W 2013 byliście w Polsce na KrushFest w Jaśle i  FolkDoomNight w Krakowie, jak wam się tam podobało? Czy chcielibyście wystąpić jeszcze raz przed polską publicznością?

Lesley Knife: Polska była zawsze dla nas kierunkiem priorytetowym. Zawsze chcieliśmy zagrać w waszym kraju. Przy czym tak się złożyło, że KrushFest w Jaśle i FolkDoomNight w Krakowie były pierwszymi naszymi koncertami w Polsce - pierwszymi przez prawie 20 lat istnienia zespołu.

Dla nas te koncerty były długo oczekiwanym wydarzeniem. Zostały nam po nich wyłącznie pozytywne wrażenia. Było nam tak dobrze, że szczerze mówiąc, nie chcieliśmy wracać do domu. W Polsce jest wolność i dobrzy ludzie, jak by to patetycznie nie zabrzmiało. U nas czegoś takiego nie ma od czasów Rzeczy Pospolitej.

Czy chcielibyśmy wystąpić przed polską publicznością? Do diabła! Chcielibyśmy występować u was tak często, jak to tylko możliwe. Jesteśmy otwarci na propozycje - przyjedziemy przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Dziękuję bardzo za wywiad - powodzenia i do zobaczenia na waszych koncertach!

Lesley Knife: Mamy nadzieję, że już niedługo ucieszymy was wystąpieniami na żywo!


Хочу поблагодарить Виктора Лапицкого за помощь в организации интервью и предоставленный фото-материала. Спасибо! Ксения Пшибысь 

poniedziałek, 18 maja 2015

Nowy klip ARII !!!!

Aria nie należy do zespołów, które rozpieszczają swoich fanów klipami - wypuszczają je rzadko, za to każdy z nich jest dopracowany i pojawia się z wewnętrznej potrzeby, a nie na zamówienie publiczności. 

Dziś Aria uraczyła nas klipem do utworu "Точка невозврата" ze swojego ostatniego albumu "Через все времена", na którym to krążku pojawiła się w dwóch wersjach - tej, która służy za podkład do nowego teledysku i symfonicznej.

W zależności od nastroju - obstawiam raz jedną, raz drugą wersję, jako bliższą mojemu gustowi. Zawsze jednak trafia ona w samo sedno, tekst Margarity Puszkiny do muzyki wokalisty - Michaiła Żytniakowa oraz basisty - Witalija Dubinina, poruszają słuchacza w każdym wieku (przetestowane na Rodzinie). 

Wracając do klipu - został on nagrany w marcu tego roku w legendarnym petersburskim studiu Lenfilm. Nie ma on charakteru typowego metalowego teledysku, jest o wiele bardziej liryczny i dopracowany w szczegółach - nie dość, że zapada w pamięć, to ma się go ochotę oglądać ponownie. Jest jedną z interpretacji tekstu, choć pewnie każdy ma swoją, która wydaje mu się bardziej prawidłowa ;) ja też! :)
Jednak wersja, pod którą podpisał się reżyser, - Aleksandr Makow - jest bardzo frapująca i nie oszukujmy się - niezwykle ładna! Wielkie ukłony panie Makow!

Ta, znowu Aria i znowu "ochy" i "achy", ale co ja mogę na to, że Panowie są jak król Midas - wszystko, czego się tkną pokrywa się szlachetną warstwą złota, albo magicznego pyłu...



PS. Jeśli ktoś jeszcze płyty nie nabył - wszystkie potrzebne linki znajdzie poniżej:

Dla kolekcjonerów fizycznych nośników:



wtorek, 12 maja 2015

Płockie spotkanie z zespołem Grenouer



fot.K.Przybyś

Wywiad, który udzielił mi Andriej 'Ind' - wokalista i lider zespołu Grenouer, jest jednym z najchętniej przez Was czytanym wpisem na tym blogu. Bardzo mnie to cieszy, bo dla mnie ten temat jest ciągle aktualny.

W ostatnią niedzielę pojechałam do Płocka na szóstą odsłonę festiwalu Rock Tower. Dzięki staraniom Marka Kurnatowskiego, jednym z gości tegorocznej edycji był właśnie zespół Grenouer z Sankt Petersburga! Marek jest organizatorem Rock&Rose Fest Kutno, który odbędzie się 6 czerwca - a na który, przy okazji, serdecznie zapraszam!

Będzie się działo!!!


Poprosiłam Marka, żeby opowiedział, jak to się wszystko zadziało:

Koncert Grenouer w Polsce na „Rock Tower” w Płocku to mój pomysł i realizacja przedsięwzięcia z przed 10 lat bo to wtedy podczas festiwalu na Ukrainie w Eupatorii „Metal Heads Mission” poznałem się z zespołem. Grenouer wtedy grał zupełnie inną muzykę, metalową ale to ten z zespołów, które szukają i nie boją się nowych wyzwań. Kiedy nawiązałem współpracę z Ryszardem Charzyńskim, któremu tutaj chciałem bardzo podziękować i znany już był headliner „Rock Tower” zespół Turbo, nasunął mi się pomysł aby zainteresować organizatorów imprezy jakimś zagranicznym zespołem. Padło kilka nazw i po wyeliminowaniu zespołów, które nie mogą zagrać podjęliśmy decyzję, że zespół z Rosji Grenouer będzie dobrą propozycją. Szybko się dogadaliśmy i tak o to Grenouer po ponad 1400 km podróży z St. Petersburga przybył do Płocka. Uwielbiam muzykę Grenouer ale uważam, że najlepszym miejscem na ich występ będzie klub i wierzę, że zespół ten przyjedzie jeszcze do Polski bo ich muzyka wyprzedza czas i niech tego się trzymają!
 Od lewej: Andriej 'Ind", Marek Kurnatowski, moja skromna osoba  i gitarzysta Grenouer, który zasłania basistę skutecznie :)



Koncert, choć krótki - dla mnie był bardzo ważny! I tu wielkie ukłony dla Marka i pozostałych Organizatorów, dla Akustyka, który dał nam odczuć siłę rocka, ale nie zniszczył przy tym naszych uszu. БОЛЬШОЕ СПАСИБО!

Sam festiwal był na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie zaproszone zespoły, choć grały różne odmiany rocka-metalu, z przyjemnością się słuchało. Dobór kapel na płocki Rock Tower VI był trafiony w 10!


Po koncercie mogłam prywatnie porozmawiać z Muzykami - i to, jak zwykle, jest najlepsza część spotkania. Niestety czas gonił: przede mną były zaledwie 3h jazdy powrotnej, zespół miał przed sobą 12h drogi (nie licząc koniecznych postojów). Przyjechali na jeden koncert i bardzo się cieszę, że im się chciało! Dla mnie spotkanie miało niezwykły klimat i choć krótko trwało - będzie co wspominać!


sobota, 9 maja 2015

Dissector - o dwóch dekadach na scenie, taśmach magnetofonowych i melodii, bez której nie ma muzyki

Cześć Jan! Jest mi bardzo miło, że możemy porozmawiać. Od razu zaznaczę, że o Waszym zespole (choć istnieje on od ponad 20 lat) usłyszałam po raz pierwszy całkiem niedawno, jednak nie jest ze mnie Andriej Burłaka, który zna wszystkie petersburskie grupy.

- Na początku przedstaw proszę skład grupy i opowiedz o muzykach. Jakimi są ludźmi?

Jan: Cześć Kseniu! Akurat z petersburską sceną jesteśmy historycznie najmniej związani, a i to pośrednio. Tak, że tam nas mało kto na oczy widział (śmiech). Najważniejsze co tam zrobiliśmy, to mieszkaliśmy i nagrywaliśmy. Zespół Dissector istnieje teraz w systemie studyjnym i składa się z trzech ludzi: basista Oleg Alioszyn, perkusista Andriej Głuchow i ja -  gitarzysta/wokalista Jan Fiediajew. Wszyscy mieszkamy w różnych miastach i z wielu przyczyn póki co tylko tak możemy istnieć, równolegle zajmując się swoim życiem i głównymi zajęciami. Oczywiście, podtrzymujemy wzajemny kontakt, spotykamy się kiedy możemy razem, mijamy się w studiach lub nagrywamy w warunkach domowych. Jesteśmy różnymi ludźmi, zarówno pod względem charakterów, spojrzenia na życie i muzycznych gustów, nie zawsze i nie we wszystkim zgadzamy się ze sobą. Jednak muzyka metalowa kiedyś nas połączyła i mam nadzieję jeszcze długo będzie nas łączyć. Nasz obecny album „Grey Anguish” jest chyba najważniejszym świadectwem tego.



- O tak długim istnieniu na scenie trudno opowiedzieć w kilku zdaniach, ale czy mógłbyś wyróżnić najważniejsze momenty z życia Dissector?

Jan: Wszystkie mniej lub bardziej znaczące momenty w życiu Dissector są związane z ciągłymi zmianami w historii zespołu. Pierwszy ważny moment - to okres od jesieni 1992 do marca 1995 roku: to czas nagrania naszych pierwszych demo i pierwsze koncerty w Magadanie. Dzięki nim usłyszano o nas w mieście, a kasety z pierwszymi nagraniami zaczęły pomału rozchodzić się po Rosji. Drugi etap przypadł na wiosnę 1997 roku, kiedy Dissector zebrał się od nowa, lecz nie w pełnym składzie, a troszkę później połączył się z lokalnym death metalowym zespołem Vivarium. W takiej postaci, z pewnymi zmianami w składzie, Dissector/Vivarium grały w Magadanie do wiosny 2002 roku, dały w mieście mnóstwo koncertów i nagrały w tym czasie pięć DIY albumów, parę ep-ek na kasetach, a ja sam jeszcze nagrałem jednocześnie cztery solowe albumy. Z tego czasu zostało, moim zdaniem, niemało dobrych utworów, które potrzebowałyby realizacji w lepszej jakości. Być może kiedyś przyjdzie na nie pora.
Następny ważny moment był kiedy zdecydowałem znów wskrzesić imię Dissector i nagrałem w 2007 roku z gościnnym udziałem muzyków minialbum „Cry For Me”. W rzeczywistości to był pierwszy profesjonalny zapis Dissector, z zagranicznym nagraniem i dobrą produkcją. I, na koniec, okres od 2009 po dzień dzisiejszy, gdy zespół zebrał się w starym składzie i zaczął, choć też z przerwami, jednak spotykać się i nagrywać nowe materiały. Każdy moment był na swój sposób ważny.

- Na jakiej muzyce wyrosłeś, co pociągało cię we wcześniejszej młodości?

Jan: Jeśli nie wspominać „Tańca z szablami” z głębokiego dzieciństwa i nie brać pod uwagę włoskiej piosenki estradowej oraz innej muzyki disco końca lat 70. i początku 80. to wyrastałem na AC/DC i wszelkim możliwym heavy. Na samym początku lat 90., już kiedy sam chciałem grać i tworzyć muzykę, słuchałem nawet oldschoolowego trashu, a od niego poszło już dalej.

- Co z tego zostawiło swój ślad w Waszej muzyce?

Jan: Najwidoczniej wszystko po trochu. Od tradycyjnego heavy zapewne została melodyka, prosta struktura, klasyczne i niestarzejące się chwyty. W większym stopniu na wykonanie thrash, death metalu natchnęły nas pierwsze usłyszane nagrania Slayer, Sepultura, Exodus, nie obeszło się bez Metalliki i Megadeth, spory wpływ wywarły na as również popularne wówczas magadańskie grupy metalowe Поли-Гон i Чёрная Месса. Potem poleciały już Carcass i Napalm Death, co dodało pierwszym naszym nagraniom znaczącej agresji. No, a kiedy w krąg zainteresowań wpadł szwedzki melodic death w duchu Entombed, Edge Of Sanity, In Flames, At The Gates, Dismember i Grave, to to także widocznie wpłynęło i na riffy, i na melodię. Od tego czasu nigdy wystrzegaliśmy się melodii i zawsze staraliśmy się połączyć agresję z melodyjnością, nieważne do jakiego gatunku czy podgatunku ciągnęliśmy. Uważam, że w pierwszych lata istnienia Dissector bardzo szybko rozwijał się i zmieniał stylistycznie, dlatego ani jedno nasze demo z najwcześniejszego okresu nie jest podobne jedno do drugiego. A wszystkie wyżej wspomniane zespoły – i zapewne wiele innych – wpływają na nas do dziś. I mnie osobiście to przywiązanie do prostego i dostępnego oldschoolu całkowicie pasuje. To jest solidna baza dla stworzenia świetnych metalowych utworów. Prawdę mówiąc, to wszystko co się ukazało i było rewolucyjne, od tamtych czasów w muzyce metalowej nic się nowego nie pojawiło. Ale to tylko moje zdanie, wszak wielu muzyków czerpie natchnienie i z dużo późniejszych okresów w historii rocka. I nie będę się spierał z tego powodu.

- Wasz ostatni album „Grey Anguish” zebrał już kilka recenzji, a jak Ty sam być scharakteryzował go na tle Waszych pozostałych albumów.

Jan: No tak, recenzje już się pojawiły i w większości są pozytywne. Oczywiście, cieszy to nas, zwłaszcza ze względu na ilość włożonych sił i środków w tę płytę. Po pierwsze, jest to całkowicie i zupełnie praca zespołowa, z minimum kompromisów. Mnie to najbardziej cieszy i myślę, że bez moich wspólników - Olega i Andrieja, ten album ułożyłby się w takiej postaci. Po drugie, na dzień dzisiejszy, jest to obiektywnie najbardziej trafione i najwyższej jakości nagranie Dissector, nie patrząc na długość przygotowań i trudną logistykę całego przedsięwzięcia. Nie staraliśmy się zadziwić wszystkich czymś nowym, wręcz na odwrót: dobieraliśmy na album utwory, które łączył pewien tradycyjny dla nas duch. To samo mogę powiedzieć o grafice Paszy Antonowa, który dodał albumowi jeszcze więcej tradycyjnego klimatu; a przy masteringu zdecydowaliśmy się pracować ze sprawdzonym Aleksiejem Bołotowem, który dobrze zna i Dissector i to, skąd wyrasta dzisiejsza muzyka metalowa. A może ona już nie rośnie?

- Według mnie, choć Wasza muzyka jest ciężka, kładziecie bardzo duży nacisk na melodię. Czy to tylko moje wrażenie?

Jan: Masz rację. Melodia jest chyba najważniejszym i niezmiennym składnikiem muzyki Dissector. Z pozostałymi: szybkością, groovem czy ciężkością bywa różnie. Sam wolę w ramach tego projektu szybkie utwory, ale tu zawsze zderzamy się z nierozwiązywalnym dylematem: czy powinien album brzmieć maksymalnie różnorodnie, czy jednak jednorodnie. Dlatego też teksty wielu recenzji mocno zależą od tego, do jakiego typu ludzi zalicza się recenzent: czy woli różnorodność, czy też oczekuje usłyszeć wszystkie utwory w jednym kluczu. Różnorodną muzykę jest trudniej ludziom przyjmować, większa część publiczności przywykła myśleć wąsko, w granicach jakiegoś jednego kierunku muzyki. Przy tworzeniu utworów nie stawiam sobie żadnych warunków, po prostu tworzę wszystko pod rząd, i ballady, i szybkie utwory. Czasami wychodzi więcej szybkich rzeczy, czasem więcej w średnim tempie. Jednak przy końcowym zestawieniu tracklisty albumu wybór pada na korzyść różnorodnej dynamiki. Przy czym, jeśli nagle wyjdzie cały album zabójczo sprinterskiego materiału nie będę żałował, wręcz na odwrót: to będzie ten sam materiał Dissector od którego zaczynaliśmy.


źródło: materiały zespołu Dissector

- Ciekawe jest, że „Grey Anguish” ukazał się nie tylko na CD. Jest także dostępny na kasecie. Opowiedz proszę, skąd taki pomysł.

Jan: Pomysł pojawił się przypadkowo. Gdzieś w internecie natknąłem się na artykuł, który opowiadał o entuzjastach z Sankt Petersburga, którzy założyli firmę GoTape i odrodzili przemysł kasetowy. Znaleźli odpowiedni sprzęt, coś tam poprawili, popróbowali i ruszyli. Underground i wykonawcy alternatywni szybko się do tego podłączyli. Firma GoTape oferuje wydanie kaset niewielkim nakładem i chyba to w pierwszej kolejności mnie zaintrygowało. No, a potem nostalgia, drive, underground, analogowa miękkość brzmienia taśmy, taniocha, potencjalna unikalność i wszystko pozostałe, z czym może teraz kojarzyć się ten zapomniany format. A ponieważ sam lubię różne ciekawe formaty, single i inny kolekcjonerski materiał, przecież żyłem trochę w czasach, kiedy w obiegu były płyty, kasety i winyle z singlami i B-side'ami, to nie mogłem przejść obok takiej prostej i dostępnej możliwości. Zwłaszcza, jeśli zauważyć, że sami sobie jesteśmy panami i możemy wypuszczać naszą muzykę w każdej postaci w jakiej zechcemy. Tak więc, to coś więcej niż dogadzanie swojemu ego. Oddanie szacunku nostalgii. Pokolenie kradzionych mp3, mobilnych gadżetów i pozostałych szybko starzejących się multimedialnych pierdół, rzecz jasna, nawet nie zrozumie gdzie tą kasetę włożyć. Przecież u niego w mózgu już wszystko jest włożone, więc zaglądać do przeszłości i myśleć o przyszłości jest zupełnie niekonieczne. Ale ja nie próbuję być zrozumianym i przyjętym przez wszystkich.

- A sam masz magnetofon i słuchasz jeszcze muzyki z kaset?

Jan: Tak, mam magnetofon w domu. Słuchanie na nim własnych kaset jest odlotowe. Pewne rzeczy, które zachowały się na kasetach, w archiwum, też czasami przesłuchuję: nasze stare demo, jakieś tam koncertowe nagrania, zapomniane zespoły. Oczywiście, 20-25 lat temu nasz album na CD lub kasecie wywołałby więcej szumu (śmiech), ale przyjemność z tego, że to twoja własna muzyka i że wyszła na światło dzienne w fabrycznej jakości do dzisiaj mnie cieszy. Zwłaszcza, że muzykę gramy w pierwszej kolejności dla własnej przyjemności.

- Chcę jeszcze zapytać – skąd, w tak długo grających zespołach jak Dissector, biorą się siły, żeby kontynuować swoją działalność?Oczywiste, że pierwsze miesiące-lata grupa może trzymać się choćby na samej euforii, ale potem zazwyczaj jej nie starcza i muzycy przestają grać.
Odkryjesz nam sekret Waszej długowieczności?

Jan: Jeśli mam być szczery, to nie mam czego odkrywać (śmiech). W każdym oddzielnym przypadku na długość życia tego czy innego zespołu wpływają różne rzeczy. Osobiście, po prostu zawsze mam ochotę tworzyć i nagrywać swoje własne utwory i melodie. Gdzie leży przyczyna – pojęcia nie mam, ale ta ochota nie opuszcza mnie już ładne dwie dekady. Natchnienie to ulotny stan, czasami zupełnie go nie ma, ale jak tylko przepadnie - jak plan B pojawia się chęć by znów je zdobyć. I w podsumowaniu, tak czy siak natykasz się na coś co każe ci znów wziąć gitarę. To może być co tylko chcesz: czyjaś muzyka, film, człowiek, miejscowość, przeżycie, dramaty, złe doświadczenie... to jest taka ciągła duchowa potrzeba, która może bezpowrotnie ulotnić się wyłącznie sama. Od niej nie ma sensu próbować wyzwolić się lub zamienić ją na coś innego. Bliskim ludziom zostaje tylko ją przyjąć, co nie zawsze ma miejsce (śmiech) i decyzje nie zawsze bywają kompromisowe. Ale mówię tylko za siebie w danym przypadku. Moi koledzy zapewne mają inne zdanie na ten temat i swoje wyjaśnienie twórczej długowieczności. Sam nie mam żadnych materialnych powodów, by kontynuować zajmowanie się muzyką i nie mam tam żadnej euforii, niespełnionej ambicji czy iluzji. Zapewne Dissector (nieważne w jakiej postaci) istnieje dotychczas tylko dlatego, że nigdy nie był związany z komercyjnym sukcesem, czy też kontraktowymi zobowiązaniami. To jest wyłącznie niezależna muzyka dla duszy, pieniądze wpływają wyłącznie na szybkość pojawiania się nowych utworów; wszak chce się, żeby brzmiały dobrze. Jeśli będzie wewnętrzna potrzeba, to będę się tym zajmował. Za pieniądze także można kontynuować granie, póki nie zapętlisz się wprost na scenie lub w studiu, jak robią to zawodowi muzycy. Ale to nie mój przypadek, więc sądzić ich nie mogę. Jak pokazuje praktyka pożegnalnych albumów/tournee wielkich zespołów w ostatnim czasie, większości wyliniałych i czasem będących natchnieniem dla setek muzycznych naśladowców, zależy głównie na „zielonych”; bo ich dzieci dorosły i, patrząc na odnoszącego sukcesy w przeszłości tatuśka-rockera lub króla popu, nie chcą pracować (śmiech), A karmić dzieci jest niby rodzicielską powinnością. Źle to wygląda, kiedy odchodzą, a potem wracają robiąc wrażenie, że nic się nie stało. Jasne, że można to zrozumieć – ale jako fan czegoś takiego nie toleruję.

- Dziękuję za rozmowę! Życzę Wam jeszcze wielu, wielu lat na scenie, żebyśmy mogli cieszyć się Waszą muzyką!

Jan: Kseniu, i ja Ci dziękuję: za pytania i zainteresowanie naszą muzyką.

piątek, 1 maja 2015

Michaił Kryżanowski - człowiek, którego warto znać (5)

W tym cyklu pisałam już o dwóch kolekcjonerach (o jednym z Ukrainy i jednym z Rosji) - ich wspólną pasją jest The Beatles. Tym razem opowiem Wam o człowieku, na którego natknęłam się w czasie lektury książki o płytach na zdjęciach rentgenowskich. Temat płyt "na żebrach" jeszcze powróci, a dziś przedstawię Wam Michaiła Kryżanowskiego.

Nasz kolekcjoner urodził się w 1943 roku, ukończył Leningradzki Uniwersytet Państwowy na kierunku geofizyki. Wsławił się jednak nie swoja profesją, a tym, że zajmował się nielegalnym nagrywaniem muzyki na taśmy magnetofonowe i ich kopiowaniem.

źródło: http://anamgaladze.narod.ru/

Muzykę radzieckich bardów Michaił Kryżanowski nagrywał osobiście, chodząc z koncertu na koncert, a także we własnym mieszkaniu, gdzie dokonał nagrań m.in. Władimira Wysockiego, Aleksandra Galicza, Aleksandra Rozenbauma. Także w klubie "Wostok", gdzie zbierali się amatorzy piosenki  autorskiej, nie mogło zabraknąć naszego kolekcjonera. 

Na co nagrywał?

Na ówcześnie najlepszy amatorski stereofoniczny magnetofon szpulowy firmy Grundig. Nagrania Kryżanowskiego można podobno nawet odróżnić od innych zapisów: jak przekonują fani twórczości Władimira Wysockiego - nagrania te zawsze miały dodany pogłos. Efekt, który dodawał nieprestiżowym pomieszczeniom, w których odbywały się nagrania, więcej przestrzeni stał się znakiem rozpoznawczym Michaiła. Niestety w tej kwestii, póki co (!), pozostaje mi wierzyć relacjom innych ludzi, ale jak kiedyś wpadnie takie nagranie w moje ręce - to dam Wam znać :)

Kolekcja Kryżanowskiego liczy ponad 300 godzin unikalnych nagrań audio, a także ponad 30 godzin zapisów video. W jego zbiorach były wyłącznie jego "własnoręczne" nagrania, co wymagało od Michaiła, aby poznał każdego z wykonawców osobiście.


Nagrane taśmy-oryginały Misza chował w oddzielnym pomieszczeniu, gdzie utrzymywał stałą temperaturę i wilgotność powietrza. Jego taśmy były szczytem jakości nagrań bardów. Misza utrzymywał stały kontakt ze wszystkimi moskiewskimi bardami, jeździł ze swoim magnetofonem do Moskwy ich nagrywać (...). Głównym celem jego wojaży były nowe utwory Aleksandra Galicza. (...)
Życie Michaiła Kryżanowskiego skończyło się tragicznie: spłonął żywcem we własnym domu z resztkami swojej bezcennej fonoteki na początku lat 90. zeszłego wieku.* - takie informacje podaje jedno źródło.

Inne zapewnia, że po śmierci Kryżanowskiego ocalałą część kolekcji chciała odkupić Tatiana Nikitina - bard i ówczesny zastępca ministra kultury RF, jednak spadkobiercy nie wyrazili na to zgody. 

Jaki był naprawdę los kolekcjonera i jego fonoteki na razie nie ustaliłam. Jedno jest pewne, Kryżanowski był bardzo barwną postacią, a znany bard - Walentin Wichoriew poświęcił mu nawet jeden ze swych utworów:

М. Крыжановскому

                  Валентин Вихорев

Сколько лет по закоулкам
Нашей песенной души
Музыкальную шкатулку
Собирал он для души.
Ветром в поле уносило
Неизвестной песни нить.
У него хватало силы
Все собрать и сохранить.

Мастер долгими часами
Над шкатулкой колдовал.
Тех, кого уже нет с нами,
Голоса он воскрешал.
Сохранял любую малость
Наш душевный камертон.
Годы шли. И все менялось.
Не менялся только он.

Скоротечна наша жизнь
Среди песен и дорог.
Говорил он нам: "Держись!",
А себя не уберег.
Нет надежного плеча,
И все пошло наперекос.
От шкатулки нет ключа,
Он с собой его унес.

Как же так? У этой двери
Я совсем недавно был.
Я в уход его не верю,
Ну как же это, Михаил?
Может, вышел куда срочно,
Задержался во дворе...
В телеграмме одна строчка —
"Погиб Миша в январе".

1994


* Рудольф Фукс, Песни на ребрах: Высоцкий, Северный, Пресли и другие. Нижний Новгород, 2010. (tłum. Ksenia Przybyś)