czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie 2015 roku

Każdy robi swoje rozrachunki - to wypada, żebym i ja podsumowała rok 2016 w rosyjskiej muzyce z ciasnej, ale własnej perspektywy.
Jak we wszystkich praktycznie branżach - tak i w tej, ten rok do najłatwiejszych nie należał. Trudno się dziwić - wystarczy spojrzeć na kurs rubla, ropy naftowej i inflację. Delikatnie mówiąc: szału nie ma. Na szczęście są tacy, którym nawet tak poważny kryzys nie przeszkadza i tworzą dalej. Tym bardziej, moim zdaniem, należy im się podziw. Zespołów, które zarabiają wyłącznie muzyką na życie można w rosyjskim rocku i metalu policzyć na palcach jednej - dwóch rąk. Co oznacza, że gros muzyków tworzy poświęcając prywatny czas i środki nagrywają co im w duszy gra, bez większej nadziei, że przebiją się z tym do masowego odbiorcy.

Dla mnie ten rok pod względem muzycznym to przede wszystkim spotkanie z zespołem Grenouer w Płocku - nic nie przebije spotkania "na żywo" z muzykami.

Choć nie mniej ważne były nowe odkrycia: Республика Марс, Dissector, Gods Tower(i jeszcze kilka innych, o których w najbliższych postach napiszę), jak i przekonanie się, że dawni znajomi nadal świetnie sobie radzą.


Już zapowiedzią na wiosnę 2016 roku Третий Рим ucieszył mnie niezmiernie, bo jak już chyba gdzieś wspomniałam, wszystkie ich albumy są świetne, a ostatnie dwa na zmianę lądują w moim odtwarzaczu. Czekam z niecierpliwością na ich nową płytę i zapowiadany maksi singiel zespołu Чёрный Обелиск, gdzie obie grupy w jednym utworze połączyły swoje siły. Jakbym miała robić postanowienia noworoczne, to chciałabym zobaczyć ich na żywo, ale póki co zostaje to raczej w kwestii marzeń.

Prócz płyt - warte odnotowania jest zamknięcie największych torrentów - Rutracker. Czy to się jednak przyczyni do zmniejszenia piractwa? Nie sądzę. W Rosji nie tylko jest ono powszechne, ale wręcz uznane za zwyczajne źródło muzyki. Prócz samych zainteresowanych, nikt nie piętnuje nielegalnego rozdawnictwa. A przestworza rosyjskiego Internetu są tak rozległe, że właściwie nie jest możliwe, aby go w pełni kontrolować.

Wszystkim Czytelnikom życzę dobrej sylwestrowej zabawy i żeby 2016 rok nie był gorszy od poprzedniego!

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Byłam grzeczna! :)

A jednak, wbrew moim wyliczeniom, byłam w tym roku bardzo grzeczna :)

Mikołaj zostawił dla mnie pod choinką dwie brakujące mi do pełnej dyskografii zespołu Третий Рим płyty. Miałam je w wersjach cyfrowych co prawda, ale co krążek, to krążek.  Zwłaszcza, że na "О другой стороне" prócz muzyki znajdują się zdjęcia i teledysk(a klipy tego zespołu to kolejny materiał na opowieść). No i powiedzmy sobie szczerze - świadomość, że jako jedyna osoba w Polsce posiadam ich wszystkie albumy też wpływa na mnie dodatnio (a moje ego ma dziś ucztę ;) ). 

Tak...każdy ma takiego znajomego co się wciska na zdjęcia, jak ten renifer :)

Już niedługo zapraszam na podsumowanie roku. A teraz wracam do stołu, bo ciasta same się nie zjedzą, a herbata sama nie wypije - a taki muzyczny zestaw do jej parzenia przyniósł mi Mikołaj. Muszę przyznać, że zna mnie naprawdę nieźle - wszystkie prezenty były bardzo trafione!

To jest genialny podarek dla ludzi z taką sklerozą jak ja - zrobię sobie herbatę i po 20 minutach o niej sobie przypominam - a tu nadal ciepła :)

czwartek, 17 grudnia 2015

Wersja de luxe, czyli jak to robią w Rosji

O tym, jak zmienia się rynek nabywających fizyczne nośniki muzyczne, napisano już wiele. Wiemy, że coraz częściej prócz muzyki, interesuje nas to w jaki sposób ktoś nam ją poda, zapakuje, skusi do kupna rozszerzonej wersji.

Bonusowe nagrania już nie wystarczą, oczekujemy, że całość wraz pudełkiem będzie sprawiało wrażenie czego unikalnego.

Przykładów na zły design znam kilka. Choćby wykonanie etui do 11 książek wraz z dodanymi płytami zawierającymi większość twórczości Władimira Wysockiego. Po pierwsze płyty włożono do bardzo cienkich folii, a dodatkowo przyklejono je na klej, który zostawił tłuste plamy.
Samo przyciasne etui zrobiono z bardzo cienkiej tekturki, która po złożeniu traci sens....Bo zakładam, że mam futerał po to, żeby nie niszczyć książek, przy ich częstym wyciąganiu (co u mnie faktycznie dość regularnie ma miejsce). A zaprojektowano je tak, że albo niszczysz przy tym pudełko, albo książkę....wybór należy do ciebie!


I choć samo wydawnictwo jest niezwykle ciekawe, to ten małe potknięcia obierają trochę radości. Wiem, mogłam kupić taniej każdą książkę osobno. Jednak powstawało wtedy pytanie, czy uda mi się zebrać wszystkie i druga sprawa - natknęłam się w rosyjskim internecie na wiadomość, że i tam popełniono pewien błąd. Mianowicie do jakiejś partii przez przypadek dodano złą płytę. W rezultacie nagarnia mogłyby się zdublować, a jakiejś części nagrań byłabym pozbawiona. Wersja z etui była poza podejrzeniem posiadania takiej wady, a i tak z głośnym biciem serca sprawdzałam przesyłkę...

Inny przykład na to jak pięknie mogło być, ale nie wyszło, to projekt drewnianego pudełka albumu Power Tale "Урфин Джюс и его оловянные солдаты"*, który widzicie poniżej. Piękny prawda? Tylko, że w ostatnim słowie солдаты brakuje litery "л". Takie tam...może się czepiam....


Czyli wersje ładne i dopracowane w Rosji nie istnieją? Istnieją! Są zarówno pięknie wydawane płyty jak i książki.

Do tych pierwszych bezsprzecznie trzeba zaliczyć pomysłowo wydaną w 2010 roku płytę Дети Picasso (szerzej o niej przeczytacie na stronie RockMagazyn.pl). Również ostatnio zespół zaskoczył fanów limitowaną edycją ostatniego albumu "Motherland". Otóż bardzo ograniczonej liczby nabywców grupa przygotowała drewniane pudełka przystrojone techniką decoupage. 

Zdjęcie pochodzi z profilu Fb zespołu Дети Picasso

Tak zapakowana płyta rzeczywiście jest wyjątkowa. 

Od jakiegoś czasu oprawę swoich albumów bardzo dba zespół Чёрный Обелиск. Już opisywany przeze mnie "Зелёный альбом" był dopracowany, a co dopiero wspomnieć o następnych płytach! Piękny "Мёртвый сезон"  i zachwycająca "Революция" są przykładami na to, że można.


Obecnie, zwłaszcza w Rosji, płyty kompaktowe kupują już tylko narwańcy (rzecz jasna, w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Dlatego tym bardziej warto nad nimi się pochylić i wymyślić coś co ich nie tylko przyciągnie, ale w pewnym sensie wynagrodzi fakt, że nagrania kupili, a nie ściągnęli piracką wersję z sieci.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

* Jeśli interesuje Cię kim jest Urfin Jus - spieszę z tłumaczeniem. Aleksander Wołkow stworzył w 1963 roku postać Urfina - złodzieja, który nienawidzi ludzi, taki mroczny typ ogarnięty żądzą. Urfin Jus zamieszkiwał znaną ze starszej powieści L.Franka Bauma - Krainę Oz. Wołkow napisał sześć książek, ale sam cykl rozwijali dalej inni autorzy. Wśród rosyjskich zespołów znajdziecie również Урфин Джюс z ówczesnego Swierdłowska(Jekaterynburg), która powstała w 1980 roku i stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup rockowych swojego miasta.

środa, 9 grudnia 2015

Gdzie kupować rosyjskie płyty? (cz.II)

Ponad cztery lata temu pisałam o tym gdzie najlepiej kupować rosyjskie płyty. Od tego czasu zmieniło się bardzo dużo w tym temacie, niestety po kilkunastu miesiącach łatwiejszego dostępu do nagrań - wróciliśmy praktycznie do punktu wyjścia.

Najlepsze i najbardziej niezawodne źródło płyt, czyli rosyjscy znajomi, przestało być tak bezproblemowe. Jedną z przesyłek, która do mnie szła - celnicy z Moskwy trzy razy cofali do nadawcy. Dzięki temu cena z wysyłkę wzrosła trzykrotnie i skutecznie wybiła mi z głowy bezpośrednie przesyłki z Rosji. 

Jednak należę do osób upartych i sposób znalazłam - mój dobry znajomy z Łotwy robi zakup, a potem wysyła mi rzeczy do Polski. Oczywiście jest to kombinowanie, ale póki co się sprawdza. Łotwa oraz pozostałe kraje, które wchodziły kiedyś w skład Związku Radzieckiego, jest bowiem bardziej zaufanym miejscem w oczach Rosji i rosyjscy celnicy nie robią przy tych przesyłkach takich ceregieli.


Natomiast zakładając, że nie mamy znajomych we Wschodniej Europie pozostają nam sklepy internetowe. 

Rosyjskie sklepy internetowe po krótkim przebudzeniu, znów stały się dla nas niedostępne ze względu na problem z przekazem zapłaty. Karty kredytowe nie są często akceptowane, a jeśli nawet - to okazuje się, że wysyłka z bliżej nieokreślonych powodów jest niemożliwa. 

Sama obchodziłam taki problem pisząc bezpośrednio do zespołu (zawsze jakiś mail na stronie czy Vkontaktie - rosyjskim odpowiedniku Facebooka - można znaleźć). Jednak wspomniana wyżej "przygoda" zniechęciła mnie. Nie chcę narażać żadnej ze stron na dodatkowe koszty.

Rosyjski brat Allegro, czyli Molotok  przez długi czas służył mi za źródło zakupów, choć i tam nie było różowo. Mało kto chciał wysyłać płyty za granicę. Teraz tego problemu już nie ma, bo od końca sierpnia tego roku Molotok przestał istnieć.

Polskie sklepy internetowe odwiedzam rzadko, bo ich oferta nadal jest dla mnie zbyt wąska. Żeby było jasne - nie krytykuję tego stanu rzeczy, bo zdaję sobie sprawę z tego jak ciężki i niewdzięczny jest to interes. Podziwiam tych nielicznych zapaleńców, którym nadal się chce sprowadzać nagrania.

Zagraniczne strony jak www.discogs.com, czy ebay (z rozwinięciem o różne krajowe domeny) proponują szeroki asortyment. Oczywiście i ceny są tam "zachodnie", a najgorzej, kiedy cena wysyłki przewyższa cenę płyty - wtedy mnie krew zalewa. Ale i tam można znaleźć coś po okazyjnej cenie. Tylko trzeba już znać konkretnego wykonawcę.

http://letmeroll.sstore.pl/

Co się w takim razie zmieniło in plus?

W poście sprzed czterech lat marzyłam, żeby powstał sklep, gdzie nie tylko można kupić, ale i porozmawiać o muzyce, poradzić się sprzedawcy.

Takie miejsca powstają i bardzo cieszą. Jednym z nich jest sklep Let Me Roll, w którym znajdziecie najprawdopodobniej najciekawszą w Polsce ofertę płyt m.in. z Węgier, Rumunii, byłej Jugosławii, ale także i Rosji! A co najważniejsze - Właściciel wie co sprzedaje, o czym mogliście poczytać tu.

Wszystkim fanom winyli polecam Ivintage (w Gdańsku na ulicy Hynka 23). Bo to nie tylko i wyłącznie sklep - to miejsce spotkań, rozmów, poznawania nowej muzyki i nie koniecznie rosyjskiej.

http://www.ivintage/

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Trzy dekady - dwie rocznice

30-letnia „Energia”

Debiutancki album zespołu, będąc ledwie co próbą umiejętności grupy, często nie stanowi dokonania w sensie muzycznym. Muzycy dopiero się docierają, szukają swojego stylu i potem z pewnym przekąsem, choć i dobrotliwym uśmiechem wspominają swój pierwszy album.

Inaczej było w przypadku zespołu Алиса — nie dość, że samo nagranie było ważne, to jeszcze towarzyszyło mu kilka wydarzeń, które zapisały się w historii nie tylko radzieckiego rocka, ale całej kultury masowej.


Na album weszło dziesięć utworów, a otwierała je, dziś już kultowa piosenka «Мы вместе». Autorem wszystkich tekstów był wokalista zespołu – Konstantin Kinczew. Osoba o tyleż barwna, co kontrowersyjna. Dziś uważany za niekwestionowanego lidera Alicji, wówczas dopiero wpasowywał się w istniejący skład zespołu. Co ciekawe, grupa w tym czasie była na muzycznych rozstajach. Muzycy podzielili się i każdy ciągnął w stronę swojego pobocznego projektu. Sytuacja była na tyle poważna, że dogrywaniem albumu był zainteresowany jedynie producent – najbardziej znany rockowy mistrz nagrań – Andriej Tropiłło.

"Energia" była pierwszą rockową płytą, która ukazała się pod szyldem firmy Мелодия/Melodia, która tym samym dawała znak, że odmładza swój wizerunek i idzie z duchem czasu.

30-lecie wydania płyty odbiło się szerokim echem nie tylko w branżowej prasie - Kinczew zawitał nawet w najbardziej popularnym telewizyjnym show - Вечерний Ургант. (Jeśli macie za dużo wolnego czasu i chcecie popatrzyć co w trawie piszczy - to polecam program Iwana Urganta, bo to niespotykani błyskotliwy człowiek).

Dziś, jeśli ktoś chciałby zaczynać swoją muzyczną przygodę z zespołem, to między nami mówiąc - nie polecam słuchać Alicji chronologicznie. "Energia" to bardzo ważny album, jednak kiedy wyrwie się go z kontekstu czasu i przestrzeni traci on połowę swojej siły.  

Co ciekawe - swój winylowy egzemplarz kupiłam na Jarmarku Dominikańskim za 5 złotych...



Druga - nie mniej ważna rocznica - to trzy dekady istnienia zespołu ARIA

Zwieńczeniem jubileuszu był dwudniowy festiwal AriaFest, na potrzeby którego specjalnie przywrócono do życia projekt klasyczna Aria. Pomysł zagrania wspólnie z orkiestrą utworów Arii po raz pierwszy zrealizowano w 2002 roku (jeszcze gdy wokalistą zespołu był Walerij Kipiełow). Wraz z orkiestrą Globalis pod batutą, dziś już świętej pamięci, charyzmatycznego Konstantina Krimca grupa wystąpiła w Zielonym Teatrze w Parku Gorkiego.

Tym razem orkiestrą Globalis dyrygował szwedzki mistrz batuty - Ulf Wadenbrandt, który na swoim koncie ma już niejeden koncert rockowy. 


Prócz orkiestry nie zabrakło na scenie byłych muzyków i tekściarzy Arii (Margarita Puszkina i Aleksander Jelin). Między innymi wystąpił wspomniany Walerij Kipiełow i Siergiej Mawrin. Ten ostatni - już za parę dni będzie prezentował światu swój kolejny instrumentalny album pt.: "Echoes". Wśród trzynastu gitarowych utworów znajdą się nowe interpretacje znanych utworów zespołu Маврин i zupełnie nowe kompozycje. W sumie, jak zapowiada muzyk - dostaniemy 70 minut najlepszych jego utworów w analogowym brzmieniu dzięki nagrywaniu materiału na taśmę magnetofonową. 

Wracając do Arii - jeśli ktoś jest ciekaw historii z trzech dekad, które nie były dotychczas znane w szerokich kręgach - zapraszam do oglądania kroniki filmowej, która składa się z krótkich odcinków.

Całość można obejrzeć na kanale YouTube, a tu znajdziecie pierwszy odcinek.

środa, 11 listopada 2015

Święto Niepodległości - czyli jestem WOLNA!

W Polsce świętujemy dziś przede wszystkim Święto Niepodległości. Nie idę na pochód, nie wywieszam flagi (nie posiadam), ale świętuję. Nie zapominam, że dziś swoje święto mają Marciny - wszystkim Marcinom życzę przy okazji dużo zdrowia i żeby znajomi nie zapomnieli o Waszych imieninach w ferworze niepodległościowych obchodów.

Mam dziś jeszcze dwa święta. Na jedno właśnie wybieram sukienkę, czyli to jeszcze trochę potrwa zanim trafię na imprezę. Drugie od rana cieszy samą myślą i o nim dziś napiszę.

Pięć lat temu wydawało mi się (o ironio!), że przeżywam jeden z lepszych dni mojego życia. Decyzję podjęłam kilka tygodni wcześniej ważąc wszystkie "za" i "przeciw". Teraz trzymałam w rękach podpisaną umowę z wydawnictwem na publikację drukiem mojej książki. Radość trwała krótko. Współpraca z korektorem to tak zwany śmiech na sali. Kobieta wytknęła mi kilkanaście "błędów" (do dziś pamiętam batalię o to, żeby nazwę gitar Fender zostawiła napisaną z wielkiej litery...), a kilkanaście faktycznych potknięć zostawiła.

O usunięciu kilku informacji właściwie nie wspomnę, ale bibliografię mogli zostawić...cóż wydawnictwu droga była każda strona, więc cięli równo z trawą. A potem ja się tłumaczyłam z tego, a potem było już mi wszystko jedno.

Wynikające z umowy materiały dostałam po serii maili, wysłane w końcu nie dotarły na czas prezentacji książki.

Najbardziej bolesne było to, kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo pieniądze za moje książki owszem zgarnia, ale żeby już wysłać ludziom zamówiony egzemplarz to już nie. Co mnie tak w tym zabolało? A to, że spodziewam się ile złych myśli poleciało przy okazji w moją stronę.

Zrodziło to też niedomówienia, jak to gdy wysłałam swój ostatni egzemplarz - tak z czystego serca i bezpłatnie pewnemu Panu z Kielc, a nawet informacji zwrotnej, o tym, że przesyłka doszła nie dostałam, o "dziękuję" nie wspomnę...

Bywa i tak.

Jednak od dziś jestem WOLNA!!! Umowa właśnie wygasła, tekst wraca do mnie. Mogę nad nim popracować, poprawić go, uzupełnić i wrzucić w postaci ebooka do sieci. Choć wątpię, czy znajdą się chętni, aby to przeczytać. Nie wliczając garstki malkontentów, którzy czytają, żeby wytknąć literówkę. 

Staram się uczyć na błędach - najważniejsza lekcja jaką odebrałam to ta, że od tej pory wszystkie większe publikacje niszczę zanim je wydam. I tak do kosza powędrowała biografia zespołów Мастер i Чёрный Обелиск, mini leksykon rosyjskiej muzyki rockowej i metalowej oraz opracowanie historii radzieckiego rocka i metalu. 

Na nasuwające się pytanie: po co w ogóle piszę? odpowiem: tak już mam. Siedzę i gryzmolę, piszę właściwie każdego dnia, a potem powstaje z tego masa makulatury i malutka karteczka dobrego tekstu. Ostatnio faktycznie więcej tekstów pod melodię, niż artykułów/felietonów. 

Jakby nie było - jestem szczęśliwa i WOLNA. Czego i Państwu z okazji Święta Niepodległości życzę. A czym jest ta wolność? A proszę sobie posłuchać - ja się pod tym obiema rękami, długopisem i klawiaturą podpisuję.


poniedziałek, 26 października 2015

Pragnienie, aby wyskoczyć poza czas - rozmowa z Siergiejem Smoljaninowem

od lewej: Jurij Łankin, Michaił Znamienski, Dmitrij Pirożenko i Siergiej Smoljaninow (źródło: archiwum Zespołu)

Третий Рим to zespół, który w sposób niekonwencjonalny wyłamuje się z muzycznych ram. Rzecz w tym, że ich niestandardowość nie polega na jakimś programowym buncie, czy ideowym przeciwstawieniu się zastanym formom. Zespół po prostu ucieka od tego, co miałkie, zarówno w warstwie melodycznej, jak i - a może zwłaszcza! - tekstowej, a swoje utwory nasyca atmosferą własnego miasta.

Jakie jest Ożerelje? 
Jest cichym spokojnym miastem leżącym 118 km na południe od Moskwy. Dla Polaków taka odległość może wydawać się ogromna, dla Rosjan to naprawdę niewiele. Ludzie mieszkając w takim oddaleniu od stolicy przeważnie mówią, że mieszkają w Moskwie, bo w porównaniu z np.Irukckiem, Omskiem czy Magadanem, to faktycznie znajdują się w stołecznym mieście.

Dworzec kolejowy w Ożerelje (źródło: Wikipedia)

Jednak nie wszyscy mieszkańcy mają "parcia na Moskwę", część z nich wręcz odwrotnie - chce podkreślić swoje pochodzenie z mniejszego miasta. Lokalny patriotyzm jest jak najbardziej po linii naszych dzisiejszych bohaterów. Muzycy tworzący Третий Рим są bardzo skromni, choć jednocześnie znają swoją wartość i są pozbawieni kompleksów. 

Większość twórców jakich znam, twierdzi, iż spokojnie może grać nawet do pustej sali. Jednak, kiedy nie czują poparcia tysięcy fanów nie są w stanie tworzyć dalej. Третий Рим  istnieje od ponad 10 lat i bez ciśnienia tworzy, nagrywa, koncertuje. Są konsekwentni i nie zrażają się niczym. 

Trzy lata temu miałam przyjemność rozmawiać z Siergiejem Smoljaninowem - niezmiennym liderem, wokalistą, kompozytorem, mózgiem i sercem zespołu oraz z Pawłem Frołowem - ówczesnym basistą.


Dziś przedstawiam Wam rozmowę z Siergiejem, który opowiedział mi o tych trzech latach. Trudno je zamknąć w półgodzinnej rozmowie, ale mama nadzieję, że następny wywiad będziemy tworzyć z mniejszą przerwą .

- Skład waszego zespołu zmienił się - kiedy ostatnio rozmawialiśmy skład był w połowie inny. Czy możesz nam przedstawić Michaiła i Dmitrija oraz powiedzieć czym kierowałeś się przy ich wyborze? Domyślam się, że szukałeś nie tylko dobrych instrumentalistów. Jakich ludzi szukałeś?

Siergiej Smoljaninow: Dobrych muzyków nie jest tak wielu, a ludzi tym bardziej, dlatego zapraszasz po prostu tych, którzy chcą grać. Dmitrij Pirożenko to nasz stary dobry znajomy, który nagrywał partie klawiszów na poprzednich albumach. Michaił Znamienski nieźle władał instrumentem i bardzo szybko wpisał się w zespół.

- Третий Рим ma już na swoim koncie 4 albumy i chociaż ostatni nie zdążył się jeszcze "zestarzeć", a już pojawił się u was mnóstwo nowych utworów. Wydaje mi się, czy w ostatnich latach przyspieszyliście i nowy materiał pojawia się szybciej niż kiedyś?

Siergiej Smoljaninow: Trudno zajmować się analizą własnej drogi twórczej, jednak ostatnie dwa albumy pojawiły się w krótszym odstępie czasu. Niczego nie przyspieszaliśmy, żadnymi ramami nie ograniczaliśmy się, po prostu tak wyszło.

- Wasze nowe utwory słyszałam w programie "Живые". Powiedz proszę jak trafiliście na do radiostacji Своё Радио.

Siergiej Smoljaninow: Na falach radia pojawiła się grupa Чёрный Обелиск. Dmitrij Borisienkow (wokalista zespołu Чёрный Обелиск - przyp.K.P.) gorąco polecał nas posłuchać. Tak też trafiliśmy.

Siergiej Smoljaninow (źródło: archiwum Zespołu)

- W tym programie powiedziałeś, że prócz tekstów piosenek piszesz też wiersze. Czy możemy mieć nadzieję, że choćby w bardzo limitowanym nakładzie ujrzą kiedyś światło dzienne?

Siergiej Smoljaninow: Może kiedyś się tym zajmę.

- Kiedy mówiliśmy już o słowach - oddajmy głos muzyce. Jest oczywiste, że gdy pojawiają się nowe  teksty łatwo można je utrwalić na jakiejkolwiek kartce, a jak zatrzymujesz melodię, gdy przyjdzie znienacka? 

Siergiej Smoljaninow: To całkiem proste, kiedy melodia jest dobra, to trudno ją zapomnieć. 

- Nie mogę nie zapytać o utwór "Гость", którą wykonał razem z wami Dmitrij Borisienkow (istnieje też wersja, gdzie partię wokalu wykonuje Siergiej). Bardzo mnie ciekawi - na ile wokalista zespołu Чёрный Обелиск ingerował w piosenkę? Zaśpiewał kropka w kropkę, tak jak go poprosiliście, czy sam coś od siebie dołożył?

Siergiej Smoljaninow: Zaśpiewał na swój sposób, jak było mu wygodnie. To był normalny proces twórczy. 



- Zagraliście kiedyś koncert z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. A całkiem niedawno zaprezentowaliście swój utwór "Эпилог" z orkiestrą symfoniczną. To jest jedyna piosenka nagrana w nowej aranżacji, czy jest to część jakiegoś większego projektu?

Siergiej Smoljaninow: To jedyny taki utwór. Ale pomysł, żeby to kontynuować istnieje.

- Opowiedziałeś nam o muszyce, słowach, muzykach. Pozwól, że teraz zadam Ci prywatne pytanie. Jeśli się nie mylę, to twoje podejście do muzyki różni się od większości wykonawców. Dla Ciebie faktycznie jest aż tak ważne ilu ludzi będzie Cię słuchało, nie uganiasz się za sławą, a takie podejście było bardziej właściwe ludziom, którzy są o pokolenie od Ciebie starsi. Oczywiście, nie wszyscy tacy byli, ale spotykało się takich ludzi częściej niż teraz. Wydaje mi się czy jesteś człowiekiem nienowoczesnym, idziesz w sprzeczności z czasem, znasz jego zalety, ale odpychają Cię jego wady? (co nie jest w żadnym stopniu negatywne)

Siergiej Smoljaninow: Nowocześni to ci, którzy przyzwyczaili się żyć z prądem płynącego czasu, wtedy nie muszą nic robić. Wszystko co współczesne - jest jednodniowe. Na przykład - podążanie za modą, to bycie jednodniowym. Właściwością silnej osobowości jest pragnienie, aby wyskoczyć poza czas. Wszystko co jest prawdziwie twórcze w człowieku jest niedostępne dla jemu współczesnych.

- Dziękuję za rozmowę i życzę wam powodzenia!

piątek, 9 października 2015

6 Stron Wcześniej i Benzyna, czyli młodzi atakują

Dzisiaj trochę o młodych zespołach, bo spośród nich wyjdą kiedyś muzyczne legendy. Warto więc przyglądać się temu co reprezentuje sobą młoda scena. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że młoda grupa choć ma w sobie masę energii, może nie przetrwać zmian personalnych czy bardziej przyziemnych - ekonomicznych. Jednak z ogromnej masy ostają się jednostki i już dziś warto ich szukać.

6 Stron Wcześniej
No to się nazywa pomysł na nazwę zespołu! 6 Страниц Назад, czyli 6 Stron Wcześniej to młody, dobrze zapowiadający się zespół.  Grupa powstała w 2008 roku, a w tym roku ukazał się jej debiutancki album "Мой Рок", który można przetłumaczyć jednocześnie jako mój rock lub moje przeznaczenie. 

Jeśli chciałabym pójść na skróty, żeby opisać ich muzykę, to napisałabym, że 6 Страниц Назад przypomina mi trochę СЛОТ, ale na szczęście ma swój własny styl i nie jest kopią Kesza i Spółki.
Jednak, jak się okazało, moje pierwsze skojarzenie nie było tak dalekie od prawdy. Lider zespołu SLOT pojawił się gościnnie na albumie oraz koncertach i odnoszę wrażenie, że jego maniera wokalna dość mocno wpłynęła na solistę 6 Страниц Назад.

Jakby nie było - zespół cieszy się coraz większą popularnością i jeśli nie wystrzelał się ze wszystkich pomysłów na pierwszej płycie, to jest nadzieja, że zaproponują coś dobrego.
A propos jeszcze grupy SLOT. Rok temu, jak 
pewnie część z Was pamięta, Daria Stawrowicz - wokalistka zespołu СЛОТ została w Petersburgu napadnięta przez jakiegoś niepoczytalnego człowieka, który zaatakował ją nożem. Historia skoczyła się dobrze, bo po operacji oraz rehabilitacji szyi i krtani (na pokrycie ich kosztów zrzucili się fani zespołu), Daria wróciła do formy wokalnej i nadal śpiewa. Jej głos na szczęście nic stracił ze swojej zadziorności, a struny głosowe są nadal mocne i nie zawodzą nawet na długich koncertach.

Daria, prócz oczywiście udziału w zespole SLOT, nagrała w tym roku swój drugi solowy album. Jej styl, zarówno muzyczny, jak i sceniczny entourage ciągle ewoluują oraz zaskakują. 

Benzyna

Kolejnym młodym zespołem, który znalazłam w odmętach internetu jest Нефть, czyli Benzyna. Grupa pochodzi z Jekaterynburga. To jedna z tych formacji, w które włożono naprawdę solidne pieniądze licząc na jej zagraniczny sukces. Póki co wielkiego oddźwięku za granicą nie ma, a szkoda. Bo jest to dobrej jakości alternatywny rock, który mógłby znaleźć wielu odbiorców. 

Póki co mamy kilka teledysków na niezłym poziomie i muzykę, która się broni. Debiutancki album "Мелодрама" zebrał średnie recenzje, tym jednak bym się nie sugerowała. Koledzy/koleżanki po piórze na całym świecie wolą krytykować młode zespoły niż chwalić. Młodej grupie trudno się przebić i najczęściej przepada - i takim sposobem możemy podbudować swoje ego, mówiąc, iż "myśmy to wcześniej wiedzieli, że nic z tego nie będzie".

A ja, może naiwnie, ale wierzę, że im się uda, bo odnoszę wrażenie,iż dla tego typu rocka wciąż jest miejsce. Melodyjny, przyjemny, trochę naiwny, ale dobry rock też jest wart posłuchania. Natomiast, co do zarzutów dotyczących braku duszy, a nadmiaru zimnej kalkulacji w piosenkach Нефть - cóż, też wolę, jak twórczość płynie nie tylko kalkulatora. Zespół jest jednak młody i zdał się na doświadczenie starszych, co dało niezły rezultat. Ważne, żeby potem umieli i chcieli stanąć na własnych nogach, a wówczas możemy porozmawiać o tym na ile ich twórczość jest szczera. 

piątek, 2 października 2015

Kaseta - historia odkurzona

Parę dni temu dostałam bardzo miły prezent od zespołu Республика Марс - w paczuszce trafiła do mnie opisywana wcześniej płyta "Музыка Подвалов" i składanka niezależnych wykonawców Охота. O pierwszym wydawnictwie już pisałam, więc wspomnę tu w kilku słowach o drugim, gdzie wśród osiemnastu wykonawców pojawiła się Республика Марс z utworem "Твой папа-рок музыкант". Składanka zawiera bardzo ciekawy przekrój muzyczny - będzie czego słuchać i poszukiwać, zwłaszcza, że dla ułatwienia poszukiwań każdy z zespołów zostawił swoje namiary. 


Oba wspomniane albumy zostały wydane na płytach kompaktowych, natomiast trzeci prezent - debiutanckie nagrania Республика Марс przyszły do mnie nagrane na kasecie. Przekładam ją z ręki do ręki i ciągle się zastanawiam, jaka była moja pierwsza oryginalna kaseta? Nie pamiętam, ale przypomniałam sobie ostatni zakup - były to dwie kasety, na których zapisano album "Reunion" Black Sabbath z genialnym utworem "Psycho Man", na stronie D.

I tak jakoś nostalgicznie natchnęło mnie na wspomnienia.

Pierwszy odtwarzacz kasetowy pojawił się w moim domu, gdy miałam 5 czy 6 lat. Był to walkman Kajtek koloru krwistoczerwonego ze słuchawkami, które miały pomarańczowe gąbeczki. Długo nam służył, ale miał tą wadę, że można było słuchać nagrań wyłącznie samemu.

Drugi sprzęt, to była czarna Emilia RM 407 firmy Unitra Eltra z jedną kieszenią, możliwością nagrywania i radiem! Skok technologiczny był zauważalny.

Kolejny magnetofon pojawił się jako prezent na moją I komunię świętą. Moja Mama Chrzestna z Rodziną podarowali mi dwukasetowego jamnika firmy SONY. To był szał w trampkach!
Nie dość, że miał radio, to te dwie kieszenie na kasety, dawały możliwość przegrywania z taśmy na taśmę. Zawsze towarzyszył temu strach, czy dobrze umieściło się taśmy, bo jak pomyliłeś kieszonki, to nie dość, że nie nagrało się, to jeszcze mogłeś skasować oryginał. 

Po jakimś czasie doszło do nas, że magiczne otwory na dole kasety pozwalały na utrwalenie zapisu, a jak się je zakleiło taśmą, to znów można było nagrywać. Eureka!

Niestety z czasem magnetofon odmówił posłuszeństwa - zaczął wciągać taśmy, przestał nagrywać, zbyt wolno ciągnął kasety i wszystko brzmiało jak jakieś opowieści z krypty ;)

Ostatni dotychczasowy magnetofon kupiłam już za własne zarobione w sezonie letnim pieniądze (szłam do pierwszej klasy liceum). Mini wieża Philips miała znów jedną kieszeń magnetofonu, a najszybciej zepsuł się przycisk record. Wina leżała po mojej stronie, bo niezliczoną ilość razy wpadałam wręcz na ten guzik, kiedy usłyszałam w radiu coś, co koniecznie musiałam zapisać. I zawsze towarzyszyła temu spóźniona myśl: zaraz, zaraz, ale co ja tam kasuję? na co ja to nagrywam?

Wieża, przy przeprowadzce na swoje, została w domu rodzinnym. Po pierwsze dostałam w prezencie nową, lepszą wieżę, a po drugie większość kaset była albo rozmagnesowana, albo tyle razy użyta, że na nagrania składały się pocięte kawałki i takiego miksu już nie dało się słuchać.

Szczerze mówiąc, byłam przekonana, że moja przygoda z kasetami magnetofonowymi się skończyła. A choć w moim muzycznym życiu kasety zajęły sporo miejsca, jakoś nie wspominam ich z taką nostalgią, jak taśmy i magnetofony szpulowe. Jednak kaseta zespołu Республика Марс dała mi do myślenia i chyba wrócę do magnetofonu. 

poniedziałek, 7 września 2015

Republika Mars - good new rock!

Są takie zespoły i tacy wykonawcy, z którymi niejednokrotnie gdzieś się spotykam, a, jak mówią Rosjanie, "ręce do nich nie dochodzą". I nawet gdzieś tam podskórnie czuję, że coś się święci, że warto na chwilę zwolnić i się przypatrzeć, ale jakoś z bliżej nieokreślonych przyczyn odsuwam słuchanie i poznanie nowej muzyki na później.

Tak też było z zespołem Республика Марс /Republika Mars/. Najpierw przyciągnęła mnie okładka ich albumu, ale odłożyłam słuchanie na później, potem o nich czytałam i znów na świętego Potem odłożyłam. Sam zespół do mnie napisał, ale mail wpadł w spam i już mi się gdzieś to pogubiło, wreszcie robiłam porządek w skrzynce, odnalazłam materiał i spodobał mi się od pierwszego przesłuchania, choć nie jest taki prosty.

Drugi album zespołu "Музыка подвалов" - którego okładka tak przyciągnęła moją uwagę (jakoś tak dobrze mi się z lekturą serii Metro 2033 skojarzyło :) ) - zapełniają w całości covery. Jednak, gdybym tego z góry nie wiedziała to śmiało przypisałabym utwory jednemu zespołowi. Wszystkie piosenki są bardzo dobrze opracowane, wszystkie nabrały jednego czytelnego charakteru i bardzo rockowego pazura. 


Oczywiście koncepcja takiego albumu, gdzie znalazły się covery mniej znanych utworów, nie jest nowa. Jednak sami muzycy nie tylko nie ukrywają, a wręcz podkreślają, że powołują się na pomysł, który wykorzystał m.in. zespół Guns N' Roses. Także na motto albumu wybrali tę samą myśl, co ich amerykańscy koledzy po fachu: “Great song can be found anywhere…”.  

Krążek jest bardzo ciekawy, bo prawdziwie rockowy, mocny, ale też melodyjny, z fajnym wokalem, a do tego ze smakiem wkomponowanym saksofonem w dwóch utworach (!). Wybór obcych utworów okazał się w pełni usprawiedliwiony, bo muzycy z  grupy Republika Mars dali nie swojemu repertuarowi nowe życie i zachęcili mnie do przesłuchania całego ich debiutanckiego albumu "Кто-то ушёл...". 
Póki co słyszałam z niego kilka utworów, a "Релакса" - podbiła basem moje serce! 

Muzycy Республика Марс, jak to ostatnio co raz częściej bywa, mieszkają w różnych miastach i tworzą swój materiał na odległość. I choć przeważnie patrzę na taką współpracę artystyczną dość sceptycznie, to tym razem naprawdę nie ma się do czego przyczepić, Республика Марс brzmią autentycznie i spójnie. 

Ich brzmienie zarazem nawiązujące do korzeni, jak i za pan brat z nowoczesnym soundem, jest bardzo dobrze wyważone i słucha się ich z dużą przyjemnością.

Gorąco polecam!

Debiutancki album zespołu możecie posłuchać  m.in. na profilu zespołu na MySpace: https://myspace.com/respublicamars/music/albums
Natomiast drugą płytą znajdziecie tu: https://itunes.apple.com/ru/album/muzyka-podvalov/id999193179 i tu: https://respublicamars.bandcamp.com/album/--2

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Chassis w Rosji, czyli Polacy na Wschodzie robią wrażenie!


W ostatni weekend sierpnia w Kaliningradzie już po raz piętnasty odbył się międzynarodowy festiwal Kaliningrad InRock pod hasłem "Za pokój w rosyjskim świecie". Zwany potocznie -  K!nRock - jest najważniejszym rockowym wydarzeniem w całym Obwodzie Kaliningradzkim i jednym z największych w całej Rosji. Co roku organizatorzy zapraszają na scenę nie tylko lokalne czy ogólnorosyjskie gwiazdy, ale też zagraniczne zespoły. Wśród grup znajdują się zarówno debiutujące oraz te, które mają za sobą już duże doświadczenie, a także legendy. Jak mówi jeden z głównych organizatorów przedsięwzięcia - Aleksandr Feoktistov: "Nie wartych wpuszczenia na scenę zespołów nie zapraszamy, one wszystkie są interesujące".

Aby stało się zadość temu, że wszystkie zespoły mają być traktowane jednakowo poważnie, w tym roku organizatorzy wdrożyli nowe rozwiązanie i na afiszach nie umieścili godzin występów poszczególnych zespołów. Bardzo ciekawe posunięcie (zwłaszcza, że wejście na festiwal było bezpłatne) sprawdziło się, bo widownia przyszła posłuchać po prostu dobrej muzyki, a nie tylko konkretnego wykonawcy.

A jednym z nich był w tym roku polski zespół Chassis. O tym jak zostali przyjęci i z jakimi wrażeniami wrócili do domów rozmawiałam z gitarzystą - Mateuszem Rybickim.

Fot. Ivan Voroshen

- Jak trafiliście na jubileuszową edycję najważniejszego rockowego festiwalu w Obwodzie Kaliningradzkim?
Mateusz: To pytanie jest raczej do Michała [wokalisty - przyp.K.P.], wedle mej wiedzy zaproszenie dostaliśmy przez FB. Internet generalnie pozwala działać "ponad podziałami granic". Sprawa była dogrywana jakiś czas. Wyjazd do Kaliningradu oczywiście wymagał dopełnienia stosownych formalności i dużo dokładniejszego przygotowania niż w przypadku krajów z Unii Europejskiej. szczęśliwie wszyscy mieszkamy w strefie przygranicznej i udało się wyjechać na podstawie Małego Ruchu Granicznego.

 - Jakie wrażenia zostawiła na was po sobie organizacja całego przedsięwzięcia od strony technicznej? 
Mateusz: W skrócie - bardzo dobre. Na prawdę duża impreza zorganizowana bezproblemowo. Zarówno od strony logistycznej jak i technicznej. Standard sceny i nagłośnienia nie odbiegał od tego, do czego przyzwyczaiły nas polskie imprezy. Dobre nagłośnienie frontalne, klasowy "backline", bardzo sprawna obsługa techniczna - mówiąca po angielsku, mili ludzie - generalnie wszystko OK. Również zaplecze hotelowe bez zastrzeżeń, ale co najważniejsze - baardzo gościnni organizatorzy. Przed wyjazdem nie byliśmy pewni jak będzie i czego możemy się spodziewać, tym bardziej muszę przyznać, ze InRock znacząco przerósł nasze oczekiwania.

Fot. Ivan Voroshen

 - Już z kilku źródeł słyszałam, że zostaliście bardzo dobrze odebrani przez publiczność - pochwal się tym proszę.
Mateusz: Tak, rzeczywiście udało się i wypadliśmy nieźle. Myślę że zebrało się na to kilka czynników. Na bank brzmieliśmy inaczej niż zespoły rosyjskie. Nieco bardziej anglosasko i ciężej. Zdaje się, że przytup naszej sekcji przypadł publiczności do gustu. Kolejnym kluczowym czynnikiem był fakt, że Michał zna rosyjski na tyle dobrze, żeby porwać tamtejszą publiczność do zabawy po rosyjsku. Myślę, że dzięki temu "wkupiliśmy" się trochę w ich łaski ;) na tyle, że pomimo braku takiej możliwości w sensie czasu występu, publiczność domagała się bisów! (ponoć pierwszy raz w historii InRock'a od zagranicznego zespołu). Po graniu poszliśmy "do ludzi" i muszę przyznać, że przyjęli nas cudnie. Usłyszeliśmy baaardzo dużo ciepłych słów, zrobiliśmy z ludźmi masę zdjęć. Zostaliśmy ugoszczeni po królewsku przez publiczność jak i organizatorów - z tego miejsca pragniemy wszystkim jeszcze raz serdecznie podziękować.

- A jak wyglądały relacje za sceną między muzykami? Mieliście okazję porozmawiać dłużej z pozostałymi uczestnikami Festiwalu?


Mateusz: Na "backstage'u" było bardzo miło, choć muszę przyznać, że w przypadku większości naszego zespołu (w tym moim) bariera językowa nie do końca pozwoliła na pełną "integrację". Nie zmienia to faktu, że czuliśmy się otoczeni pozytywna energią i ten kontakt który mieliśmy z współwykonawcami był mega przyjazny.

Fot. Ivan Voroshen

- Nie mogę nie spytać o samo miasto - udało się wam coś zwiedzić? Pytam bo sama jestem autentycznie zafascynowana tym miastem, jego historią i przede wszystkim ludźmi i panującą tam atmosferą.
Mateusz: Miasto jest rzeczywiście ciekawe. Fakt faktem czasu na zwiedzanie nie było, zrobiliśmy jedynie krótki spacer po centrum, wizytę "w magazynie" itp. Moim zdaniem Kaliningrad to takie nietypowe zderzenie rzeczy pięknych i brzydkich. Cudna architektura miesza się tam z betonem blokowisk. Ma to swój niepowtarzalny wymiar i jestem w stanie zrozumieć twoją fascynację. Na pewno warto byłoby spędzić w tym miejscu więcej czasu i trochę mocniej tam pooddychać. Mamy wszyscy nadzieje na rychły powrót.

Fot. Ivan Voroshen

- Ok, to na koniec powiedz jeszcze gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli was usłyszeć?
Mateusz: Dopinamy daty jesiennych koncertów w Polsce. Na razie mogę powiedzieć, że 27.09 zagramy w Sopocie. Więcej konkretów będziemy znali "na dniach". Szykuje się granie w październiku ;)

- Dzięki za poświęcony czas!
Mateusz: Pozdrawiam!

Aha, jakby ktoś przez przypadek nie słyszał jeszcze Chassis, to KONIECZNIE musicie to nadrobić. Mała próbka możliwości zespołu poniżej, ale to co oni robią na koncertach przechodzi o głowę nagranie z płyty czy teledysku, czyli jak ktoś chce ich naprawdę usłyszeć to musi wpaść na ich koncert. 




Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć z koncertu Chassis autorstwa Iwana Woroszena pod tym linkiem.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dissector - niespodzianka od zespołu :)

W tym tygodniu dostałam bardzo miłą przesyłkę od Jana Fiediajewa - lidera, gitarzysty i wokalisty zespołu Dissector. W paczuszce dostałam trzy płyty grupy - dwa ostatnie albumy i najnowszą EPkę, która zawiera w sumie 10 ścieżek! Co dla mnie bardzo cenne - albumy podpisali wszyscy muzycy, którzy brali udział w ich nagraniu.

Od razu zaświtała mi myśl, żeby zrobić sobie zdjęcie z płytami i tym samym pokazać muzykowi, że jego prezent doszedł w całości. Niestety coś mnie podkusiło, żeby odłożyć fotografowanie na wieczór. A po południu, w skrócie mówiąc, przechodząc przez ulicę wykonałam salto mortale - nie mam pojęcia jak - najważniejsze, że wylądowałam na dłoniach i kolanie - głowa cała.

Gorzej, że dłonie nie dość, że poharatane, to bolały mnie tak, że miałam problem otworzyć kluczem drzwi. O zdjęciu tego dnia nie było mowy. 


I tak przeturlałam się kilka dni - teraz bez bólu mogę chociaż pisać. Cały ten czas jako środek znieczulający towarzyszyła mi muzyka Dissector :) I wciąż nie mogę powiedzieć, że poznałam do końca ich styl. Na pewno jest muzyka, gdzie bez względu na ciężkość utworu, zawsze melodia jest niezwykle istotna. I tu się z zespołem w pełni zgadzam :) Muzycy wprowadzają z jednej strony dużo elektroniki, a z drugiej nie obawiają się wkomponować dłuższej lirycznej melodii. Panowie robią naprawdę wiele, żeby nie dać się zaszufladkować.

Jednocześnie bardzo miło zobaczyć, że producentem wszystkich nagrań był Aleks Bołotow - na co dzień basista dobrze znanego nam zespołu GRENOUER. Zresztą to nie jedyny akcent petersburskiego zespołu - do jednego z utworów słowa napisał Andriej 'Ind' (wokalista GRENOUER).

Co do graficznej strony wydań - widać, że i nad nią się głębiej zastanawiano. Na początku najbardziej przypadła mi do gustu okładka "Grey Anguish" (może dlatego, że ją najdłużej znam), teraz natomiast coraz bardziej przemawia do mnie oprawa graficzna "Pride & Hate".


Obraz wisi prosto, to fotograf leży na boku ;) 
A na łokciu jeszcze pozostałości salta.

Na zdjęciu może nie do końca widać, ale za okładkę jednej z płyt wsunięta jest biała kostka do gitary z logo Dissector - mała rzecz a cieszy :D

wtorek, 18 sierpnia 2015

Muzyczne gadżety, albo Najwyższy spraw, żebym kupiła tylko to, co zamierzałam (12)

To miał być post o tym jak wszędobylska polityka wtrąca mi się w życie, a dokładniej w pracę, jak to przed czym uciekam przez całe dorosłe życie - dogania mnie i każe odpowiadać na pytania, które zupełnie nie leżą kręgu moich zainteresowań. 

Ale nie będzie o tym - narzekania mamy dość wokół, czasem trzeba rozrywki, takiej zwykłej, z nie najwyższej półki, popcornu dla oczu. I właśnie taką prażoną kukurydzą zamierzam Was dziś uraczyć.

W moich nieustannych poszukiwaniach muzycznych w tak zwanym międzyposzukiwaniu trafiam ostatnio na kolejne muzyczne gadżety. Niby człowiek szuka konkretnej rzeczy, a potem jakimś dziwnym zrządzeniem losu, połączeń linkowych lub innym systemem sznurków trafia na rzecz i zastanawia się po szekspirowsku "kupić - nie kupić".


Termos rosyjski gitarzysta - znajdziecie tu

Bardzo podoba mi się napis na opakowaniu informujący, że termos utrzymuje ciepłe napoje i wyśmienite poczucie humoru. 

Co ciekawe, wśród gadżetów muzycznych królują niezmiennie te, które odwołują się do legend muzyki jak The Beatles, The Rolling Stones, Elvisa, Queen, 

Zadziwiające jest dla mnie natomiast to, że do łask wracają figurki-postacie muzyków. Byłam przekonana, iż ich czas przeminął i to se ne vrati, jak mówią bracia Czesi. A jednak - figurki Bona Scotta i Angusa Younga z AC(piorun)DC można znaleźć na niejednej aukcji.


Na nietypowy recykling muzyczny wpadł też ktoś, kto wystawił przerobioną na kielich butelkę po piwie sygnowanym przez Motorhead. Gdyby ktoś chciał policytować przedmiot, to znajdzie go tutaj.



Jimi Hendrix za to doczekał się własnego misia....a nawet kolekcji pluszaków ubranych a'la mistrz gitary... I tu nie rozumiem do kogo skierowany jest gadżet. Przyjmijmy, że jest grupa fanów, która kupi wszystko z napisem Hendrix, ale nawet ja przy swojej niepohamowanej manii zakupowej, nie kupiłabym misia stylizowanego na kogokolwiek z muzyków. Ale może to ja jestem dziwna, a inni widzą o lepiej.


Kiedy jesteśmy już przy misiach, to przy okazji wspomnę, że patrzące spoza okularów na nas wszechobecne Minionki trafiły też do branży muzycznej. Bardzo dużą popularnością cieszą się bowiem kostki do gitary z ich wizerunkami:



Swoją drogą, zabawnie komponowałby się w rękach gitarzysty na jakimś death-metalowym koncercie :) Niestety, takie zespoły nieraz nie miewają do siebie dystansu, a co dopiero ich fani. Gdyby jednak kogoś naszło na kupno kostki, znajdzie ją choćby pod tym linkiem.

Lato było tak intensywne, że nie miałam czasu pisać - jak się ochłodzi na pewno nadrobię :)

piątek, 12 czerwca 2015

Muzyka "na żebrach"

Temat płyt na zdjęciach rentgenowskich był przeze mnie już nie raz poruszany, jednak ten fenomen nadal mnie frapuje, ponieważ nadal widzę w nim nie tylko wiele niedopowiedzeń i miejsca do poszukiwań.

Pokrótce przypomnę na czym cała rzecz polega: w Związku Radzieckim nie sprzedawano płyt winylowych z zagraniczną muzyką, którą traktowano jako złowrogą propagandę zgniłego Zachodu. Niewielka ilość starej zachodniej muzyki trafiła do radzieckiej Rosji poprzez wracających z frontu po II wojnie światowej żołnierzy, którzy wśród wojennych łupów wieźli przez długie kilometry - płyty i gramofony. 
Modny w powojennej rzeczywistości swing, jazz, a później rock'n'roll trafiał pod strzechy dzięki marynarzom, jednak ilość przywożonych krążków nie mogła zaspokoić głodu tysięcy melomanów. Stąd też pojawiły się nielegalne przegrywalnie płyt.



Początki tego procederu sięgają 1946 roku, kiedy to w ówczesnym Leningradzie na Newskim Prospekcie w wielkiej kamiennicy pod numerem 75 powstało studio nagrań. Inicjatorem przedsięwzięcia był Stanisław Kazimierowicz Fiłon, który przywiózł z Polski niemiecki sprzęt firmy Telefunken.
Firma zajmowała się nie tylko kopiowaniem płyt, ale także ich bezpośrednim nagrywaniem. Zakład oferował popularne wówczas, także w Polsce, usługi polegające na nagrywaniu przez klientów krótkiego testu (np.życzeń urodzinowych) i dogrywaniu gotowego przeboju, lub piosenki w wykonaniu własnym klienta. Wszystko to zgrywano razem na pocztówkę dźwiękową.

Cała ta działalność była jednak wyłącznie przykrywką dla pracy, którą wykonywano po godzinach. Kiedy studio zamykano dla klientów, często do białego rana maszyny pracowały, przegrywając modną wówczas muzykę jazzową wykonywaną przez zagraniczne orkiestry, tanga, fokstroty, rosyjskie romanse.

Rankiem, o określonej z góry godzinie, przychodzili przez drzwi od podwórza, pośrednicy, którzy zabierali nocny "urobek", na który zapotrzebowanie wciąż rosło.
Niestety często zdarzało się że w szeregi pośredników wkradali się pracownicy służb specjalnych, którzy rozpracowywali sieć powiązań. Wtedy sprawa kończyła się konfiskatą towaru, sprzętu nagrywającego, oryginałów nagrań, a nawet pieczołowicie zbieranych przez lata wycinków z zachodnich gazet zawierających informacje o muzyce.
Wyroki rzadko zostawiano "w zawieszeniu", aresztowani zazwyczaj  dostawali po trzy do pięciu lat karceru. Po tak długiej odsiadce z powodu, który dziś wydawałby się zupełnie błahym, szeregi przegrywających muzyczne perły z Zachodu na jakiś czas przerzedzały się, lecz po jakimś czasie naturalnie uzupełniały się o nowych pasjonatów.

Co ciekawe, nie raz i ci, którzy odsiedzieli za szerzenie idei zgniłego kapitalizmu, wracali po wyjściu na wolność do tych samych firm fonograficznych. Rekordzistą w tej materii był Rusłan Bogusławski, o którym kiedyś napiszę szerzej, bo warto poznać jego historię.
Teraz tylko nadmienię, że kolekcjoner był w więzieniu nie raz, swoją kolekcję i sprzęt musiał za każdym wyrokiem budować od nowa, a mimo to nie stracił zapału i do końca życia był oddany muzyce.

Wracając do nagrań "rentgenowskich" - te okazy sprzedawano wprost z rękawa płaszcza, czy palta na ulicy. Sprzedawca wyłapywał wzrokiem młodych ludzi i konspiracyjnym szeptem proponował im kupno płyt.


Skąd wziął się pomysł na takie wykorzystanie niepotrzebnych klisz?
Otóż, aby obniżyć koszty nagrań, a także by uniezależnić się od dostaw ebonitu (po tym gdzie był dostarczany ebonit z fabryk, można było w końcu dociec kto i gdzie zajmuje się zabronionym procederem) - sięgnięto po tańszy i bardziej dostępny materiał. Niepotrzebne zdjęcia rentgenowskie zaczęły znikać ze szpitali, co cieszyło zarówno personel medyczny, który pozbył się problemu z utylizacją sterty niepotrzebnych celuloidów, jak i muzyczną "partyzantkę".

Na zdjęciach nie było żadnych etykiet, zapisu nie można było odsłuchać na miejscu, stąd zakup był równy inwestycji w kota w worku. (Dopiero po jakimś czasie zaczęto płyty opisywać, naklejać na nie papierowe etykiety, a nawet odbarwiać, żeby zniknął z nich rysunek kości.)
Oczywiście, że wśród handlarzy była masa oszustów, bo przecież nikt na milicję nie doniósłby na takiego delikwenta, a ci ze swojej strony i tak byli nieuchwytni, bo zaraz po dokończonej transakcji ulatniali się jak dym w tłumie przechodniów.

Jak opowiadał mi mój Przyjaciel z Rygi, sam też kupił kiedyś taką płytę - do domu leciał jak na skrzydłach.  Jednak, kiedy włączył adapter, okazało się, że został oszukany. Zamiast muzyki, słychać było wyłącznie szumy i trzaski. Ze złości zniszczył ją, choć, kiedy o tym mi opowiadał to z perspektywy czasu żałował, że nie zostawił jej sobie choćby na pamiątkę. Ja natomiast rozumiem jego poryw sprzed kilku dekad - też chyba nie potrafiłabym oszczędzić trefnego zakupu.

Polecam filmik umieszczony poniżej - ciekawie streszcza historię nietrwałych, ale jakże pięknych nośników.




Dziś płyty analogowe, choć wytwarzane w dużo lepszych warunkach, nadal są dużo bardziej pracochłonne w produkcji niż płyty kompaktowe. Dobrą ilustracją będzie poniższy filmik, który uświadomił mi, że po zwiedzeniu parę lat temu fabryki gitar Warwick i Framus, powinnam trafić do fabryki winyli! Jeśli ktoś miałby pomysł jak tam trafić - dajcie znać!

czwartek, 28 maja 2015

Gods Tower - wywiad z białoruską legendą metalu!



Gods Tower to bez wątpienia gwiazda największego formatu na białoruskiej scenie metalowej. Istnieją od 1989 roku, mieliśmy okazję ich dwukrotnie usłyszeć w Polsce. Ja zaś miałam przyjemność rozmawiać z wokalistą i menedżerem. Lesley Knife i Wiktor Łapickij przedstawili ciekawą historię zespołu, swoją wizję muzyki i ciekawych czasów, w których przyszło nam żyć.

Witam! Wasz zespół na białoruskiej scenie jest, bez żadnej przesady, legendarny. Macie za sobą długie lata , w których, wydaje się, było już wszystko: upadki i wzloty, zastój i sukcesy. 
W jakim punkcie zespół znajduje się dziś?

Lesley Knife: Na daną chwilę, powiedziałbym, że zespół znajduje się w stadium teoretyzowania. Nie mamy możliwości zebrać się, żeby zdecydować o powszednich problemach lub podsumować pośrednie wyniki; nie możemy zbierać się na próby tak często,na ile to jest potrzebne, ponieważ kontakt ogranicza się do aktywnej korespondencji w sieci. Rozumie się samo przez się, że to nie wystarcza do tego, aby zajmować się twórczością. Jednak możemy wypracowywać koncepcje dla przyszłych prac. Czym właśnie się zajmujemy.

Zaznaczę, że ograniczenia w żywym kontakcie wypływają z bardzo ważnych przyczyn.

Mamy, w pewnym sensie, precedensową sytuację. Kiedy nie było ograniczenia w żywym kontakcie, mogliśmy tworzyć masę materiału, który, jak się mówi, wystarczy złożyć jak części układanki. Należy także podkreślić to, że od tego czasu świat poważnie się zmienił, i ta koncepcja, którą wyznaczyliśmy na temat albumu, na dany moment nie wygląda na aktualną. Nie możemy sobie pozwolić na stworzenie albumu, który będzie przepowiadać eskapizm. Jednocześnie agitacją czystej wody też nie będziemy się zajmować. To tyle, jeśli chodzi o ideologiczną stronę utworów.

W muzycznym planie również zauważalne są niewielkie zmiany. Zamierzamy trochę dociążyć nasz materiał kosztem szybkości. W ostatnim czasie bardzo mocno się nią fascynowaliśmy, to dawało naszej muzyce posmak heavy metalu, ale po przemyśleniu, zdecydowaliśmy, że nie można przeginać pałki, dlatego to, co będziemy robić, będzie bliższe naszym najbardziej początkowym dokonaniom.

Póki co nie jesteśmy w niezwrotnym punkcie na drodze do nowego materiału, ale nieubłaganie się do niej zbliżamy. Chociaż i bardzo powoli.


A jakie są Wasze bieżące problemy?

Lesley Knife: Obecnie rozwiązujemy własne problemy. Rodzinne, zawodowe. Dużo czytamy. Oglądamy wiadomości. Czekamy na zmian na lepsze w naszej części Wspólnoty. Nasze bieżące problemy są zupełnie zwyczajne...Co zaś tyczy się muzyki - to, jak już mówiłem, myślimy. Dużo myślimy.

Prócz albumów, macie na swoim koncie klipy i występy w telewizji. Czy czujecie wsparcie rodzimych środków masowego przekazu?  Jak ono zmieniało się z czasem?

Lesley Knife: No tak, w latach 90. wsparcie było znaczące, a to z tego prostego powodu, że istniała jakaś tam taka prasa niezależna. Teraz takiej nie ma już 15 lat i "wsparcie środków masowego przekazu" - brzmi jak gorzka ironia. O ile wiem, środki masowego przekazu mają zbyt wiele  państwowych zakazów dotyczących przypodwórkowych trubadurów.

Na Białorusi są wszak dwa rodzaje prasy - państwowa i opozycyjna. Co tyczy się sztuki, to te opozycyjne środki masowego przekazu, które widziałem - to kult snobizmu, i tam nie ma dla nas miejsca nawet przy najlepszych chęciach. Nas nie mogą postawić na tęczowym tle. Za to państwowe środki masowego przekazu mówiące o tej samej tematyce wciąż przedrukowują jedne i te same imiona, czasami tylko słowa miejscami pozamieniają. Taka sytuacja wynikła z powodu całkowitego braku wolności słowa. Nami interesują się wyłącznie specjalizowane w metalu środki masowego przekazu. To jest z jednej strony zupełnie normalne, ale z drugiej strony mówi o niezdrowym stanie sfery informacji w naszym kraju.

Wiktor Łapickij: Tym nie mniej po odrodzeniu się zespołu, o tym fakcie wspomniało wiele źródeł, a państwowa telewizja nakręciła i pokazał w eterze już trzy koncerty zespoły! I mam nadzieję, że to nie był wyjątek.

W 2013 roku pojawił się fantastyczny boks set z czterech płyt winylowych z waszych albumów. Opowiedzcie, proszę, jak wcielał się ten pomysł w życie i do kogo należał.

Lesley Knife: Ten pomysł, żeby wydać nasze płyty na winylach, był z nami od dawna. Mieliśmy nawet kilka propozycji różnego charakteru z tym związanych. Jednak po rozmowach z chłopakami z Possession Productions, zdecydowaliśmy się im oddać palmę pierwszeństwa w tym niełatwym przedsięwzięciu. Oni już wydali nasz siedmiocalowy singiel "Heroes Die Young" rok wcześniej i wspaniale poradzili sobie z tym zadaniem. Zrobili ogromną robotę i wydali na światło dzienne rzeczywiście wstrząsający projekt. Wszystko wygląda bardzo poważnie i waży niemało! My z kolei oddaliśmy wszystkie możliwe archiwalne materiały z naszego wieloletniego bagażu. Dla tego trzeba było przeryć wszystkie nasze zakamarki i wyjąć kilka szkieletów z szafy. Za to teraz teraz bardzo jesteśmy dumni z rezultatu tej współpracy! W boks set wchodzą cztery podwójne płyty, plakat zespołu, książeczka z historią i masą zdjęć. Dodatkowo była wypuszczona super limitowana wersja, do której dołączono jeszcze ekskluzywną koszulkę i dodatkowo kilka drobnych pamiątek.


Kiedy już zaczęliśmy mówić o albumach - kiedy możemy oczekiwać pojawienia się waszego następnego?

Lesley Knife: Nie byłbym taki pewien, że będzie to album pełnowymiarowy. Zastanawiamy się nad wariantem wypuszczenia serii singli, tak, iż całkowicie jest możliwe, że album rozciągnie się na serię. Przy czym i tu nie dawałbym szczególnej gwarancji - póki co wszystko stoi pod znakiem zapytania, dokładnie nie można powiedzieć, kiedy cały materiał zostanie zebrany w formie, która nas zadowoli. Teraz, jak to się mówi, są to notatki na marginesach.

Wiesz, sytuacja w dwóch słowach jest taka - materiału jest dużo, ale nie przedstawia sobą jednej całości, ponieważ ta forma, w którą powinien się przyoblec parę lat temu, jak nam się wówczas wydawało, teraz wygląda niepoprawnie, nieaktualnie. Do tego wiele rzeczy wymagało przeglądu w sensie treści - nie chcemy robić rzeczy, których sens jest zrozumiały wyłącznie dla tych, którzy żyli w przeszłości. W zbyt ciekawych czasach żyjemy, żeby tracić możliwość być ich kronikarzem, choćby w alegorycznej formie. I jest jeszcze taki termin, jak pozycja obywatelska. Już podjęliśmy co do niej decyzję, warto też o niej wspomnieć.

Tak więc pytanie "kiedy" zostaje otwarte. Spieszyć się nie będziemy.

A czy planujecie w jakim formacie pojawi się nowa muzyka? Czy pojawi się również na winylu?

Lesley Knife: Tak, to jest zupełnie możliwe, że wyjdzie właśnie na winylu. Już niejednokrotnie mówiłem, że winyl posiada szczególne przyciąganie. I podrobić go, w odróżnieniu od kompaktu, jest trudniej i w ogóle sam sobie jest fenomenem i kultem. O ile teraz na sprzedaży własnej produkcji nie zarobisz, to wypuszczenie winylu jest usprawiedliwione co najmniej z dwóch przyczyn. Po pierwsze jest to wspaniała pamiątka, po drugie brzmienie posiada swoje zalety. Ciepłe, lampowe winylowe brzmienie. Płyty analogowe są bez dwóch zdań bardziej przyjemne niż kompakty. Winyl można kupić lub dostać w prezencie, wszystko inne bez problemu ściągniemy z Internetu, a co za tym idzie, staje się dla nas czymś bliskim. 


W 2013 byliście w Polsce na KrushFest w Jaśle i  FolkDoomNight w Krakowie, jak wam się tam podobało? Czy chcielibyście wystąpić jeszcze raz przed polską publicznością?

Lesley Knife: Polska była zawsze dla nas kierunkiem priorytetowym. Zawsze chcieliśmy zagrać w waszym kraju. Przy czym tak się złożyło, że KrushFest w Jaśle i FolkDoomNight w Krakowie były pierwszymi naszymi koncertami w Polsce - pierwszymi przez prawie 20 lat istnienia zespołu.

Dla nas te koncerty były długo oczekiwanym wydarzeniem. Zostały nam po nich wyłącznie pozytywne wrażenia. Było nam tak dobrze, że szczerze mówiąc, nie chcieliśmy wracać do domu. W Polsce jest wolność i dobrzy ludzie, jak by to patetycznie nie zabrzmiało. U nas czegoś takiego nie ma od czasów Rzeczy Pospolitej.

Czy chcielibyśmy wystąpić przed polską publicznością? Do diabła! Chcielibyśmy występować u was tak często, jak to tylko możliwe. Jesteśmy otwarci na propozycje - przyjedziemy przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Dziękuję bardzo za wywiad - powodzenia i do zobaczenia na waszych koncertach!

Lesley Knife: Mamy nadzieję, że już niedługo ucieszymy was wystąpieniami na żywo!


Хочу поблагодарить Виктора Лапицкого за помощь в организации интервью и предоставленный фото-материала. Спасибо! Ксения Пшибысь 

poniedziałek, 18 maja 2015

Nowy klip ARII !!!!

Aria nie należy do zespołów, które rozpieszczają swoich fanów klipami - wypuszczają je rzadko, za to każdy z nich jest dopracowany i pojawia się z wewnętrznej potrzeby, a nie na zamówienie publiczności. 

Dziś Aria uraczyła nas klipem do utworu "Точка невозврата" ze swojego ostatniego albumu "Через все времена", na którym to krążku pojawiła się w dwóch wersjach - tej, która służy za podkład do nowego teledysku i symfonicznej.

W zależności od nastroju - obstawiam raz jedną, raz drugą wersję, jako bliższą mojemu gustowi. Zawsze jednak trafia ona w samo sedno, tekst Margarity Puszkiny do muzyki wokalisty - Michaiła Żytniakowa oraz basisty - Witalija Dubinina, poruszają słuchacza w każdym wieku (przetestowane na Rodzinie). 

Wracając do klipu - został on nagrany w marcu tego roku w legendarnym petersburskim studiu Lenfilm. Nie ma on charakteru typowego metalowego teledysku, jest o wiele bardziej liryczny i dopracowany w szczegółach - nie dość, że zapada w pamięć, to ma się go ochotę oglądać ponownie. Jest jedną z interpretacji tekstu, choć pewnie każdy ma swoją, która wydaje mu się bardziej prawidłowa ;) ja też! :)
Jednak wersja, pod którą podpisał się reżyser, - Aleksandr Makow - jest bardzo frapująca i nie oszukujmy się - niezwykle ładna! Wielkie ukłony panie Makow!

Ta, znowu Aria i znowu "ochy" i "achy", ale co ja mogę na to, że Panowie są jak król Midas - wszystko, czego się tkną pokrywa się szlachetną warstwą złota, albo magicznego pyłu...



PS. Jeśli ktoś jeszcze płyty nie nabył - wszystkie potrzebne linki znajdzie poniżej:

Dla kolekcjonerów fizycznych nośników: