poniedziałek, 29 lipca 2013

O kolekcji płyt, "piratkach" i muzycznych magazynach opowiada Andriej Ind

Kiedy pod koniec stycznia br. miałam przyjemność rozmawiać z wokalistą zespołu GRENOUER o tym, jak wyglądało życie melomana w ZSRR, nie skończyłam tematu. Opowieść, którą wysnuł Andriej Ind, była zajmująca i długa, postanowiliśmy ją przerwać, by nie stracić czegoś w pośpiechu. Umówiliśmy się więc już wówczas, że przy sposobności wrócimy do tej rozmowy. W tzw. międzyczasie ukazał się kolejny album GRENOUER - "Blood On The Face", który szturmem zdobywa nie tylko Europę. Pomimo zakreślonej na szeroką skalę promocji, Andriej był uprzejmy znaleźć trochę czasu i dla mnie: na muzyczne pogaduszki. 
Minęły ciężkie lata80. i przyszedł czas nielekkich 90...

Andriej Ind


Witaj, Andirej!
Ostatnim razem skończyliśmy naszą rozmowę na tym, co działo się w przemyśle muzycznym na początku lat 90. Chciałabym kontynuować ten temat.

Andriej Ind: Cześć, Kseniu, cieszę się z nowego spotkania z Czytelnikami! Świetnie, że jest możliwość powspominać, bo niektóre fakty zaczynasz sobie przypominać dokładnie w czasie takich rozmów, a tak to leżą w niedostępnych archiwach głowy, mogą nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. 

Opowiadałeś, że wówczas pojawiły się pierwsze tłumaczone gazety muzyczne i, że za spore pieniądze można było nawet kupić ich oryginalne wydania. A jak dalej rozwijała się ta gałąź środków masowego przekazu?

Andriej Ind: W końcówce lat 80., regularna prasa, która dostała trochę wolności, zaczęła pstrzyć się artykułami o popie i muzyce rockowej, a zwłaszcza, że właśnie dzięki takim publikacjom nakłady mocno poleciały do góry, więc naturalnym było pojawienie się specjalistycznych muzycznych wydań. I tak poszły pierwsze koty za płoty. Chcąc dogodzić każdemu melomańskiemu gustowi, różne duże wydawnictwa powypuszczały pstre, wątpliwe w zawartości magazyny, w których gwiazdy estrady typu Larysy Doliny sąsiadowały z zespołem КОРРОЗИЯ МЕТАЛЛА, a błędy rzeczowe w materiałach (informacja, nierzadko zaczerpnięta z plotek i "chodzących" słuchów) były widoczne nawet dla mnie, ucznia. Szczególnej oświeceniowej funkcji taka praktyka nie wypełniała, za to ceny miały niezgorsze. Komicznie wyglądał, od razu nazwany komosomołskim «ОК Metal Hammer», magazyn z artykułami o Igorze Nikołajewie, Samancie Fox, recenzjami płyt Władimira Priesniakowa, «Машины времени» i «Секрет». Ci, którzy kiedyś trzymali w rękach prawdziwy "Metal Hammer", padali ze śmiechu. Takiego rodzaju projekty popękały jak bańki mydlane, i przynajmniej ich spadkobiercy stali się bardziej uważni i dokładni przy obieraniu celów słuchaczy. Na przykład, jedną rzeczą jest pisać o rosyjskim rocku, drugą - o punku czy psychobilly, a już trzecią - dogodzić deathowemu fanowi ciężkiej muzyki. Tak czy inaczej, rockowej literatury sporo przybyło (i to nie tylko samizdatowskiej, ale i tej, którą drukowano na państwowym poziomie).


Gazeta "Zarraza", magazyny "Rock City", "Tttrrax", "Железный марш", "RockCor" oczywiście nie w 100% były dobre, ale rodzimemu metalowi można je było, a nawet trzeba było studiować. Także zaczęły pojawiać się takie rarytasy, jak biografie i zbiory tekstów oddzielnych zespołów, encyklopedie i kolekcje plakatów. Wszystko to trochę kulało pod względem jakości druku, ale mocno grzało dusze i serce. We wszystkich dużych miastach zaczęto otwierać rockowe sklepy, a ich lady jakoś nie wiały pustką. Bliżej połowy lat 90. natknąłem się na metalowe fanziny, które, ma się rozumieć, nie były sprzedawane ani  w sklepach, ani w kioskach "Союзпечети"/"Związkowych drukarni"/, taka prasa ostatecznie rozwaliłaby tamę muzycznego anafalbetyzmu, jeśli, chciałoby się ją zlikwidować. Fanziny mogły być wydrukowane na maszynie do pisania i rozmnożone na powielarce, ale ich subkulutralna wartość była ogromna.

- Sama, przyznam się, zbierałam gazety, czasami o ulubionych grupach zostawiałam wycinki, nawet założyłam zeszyt, gdzie spisywałam wiadomości muzyczne. Internet pozbawił zeszyty sensu, ale stare gazety nadal trzymam :) A Ty jakie gazety kupowałeś? Coś z nich u Ciebie zostało?

Andriej Ind: Ja też pisałem takie zeszyty, miałem ich, zapewne, ponad dwadzieścia. Czasami przepisywałem ręcznie teksty, czasami zwyczajnie tracklisty, dyskografie, zbierałem wycinki, fotografie, nawet prowadziłem własną listę przebojów. Umiejętność pracy nożycami i rozkładanie tekstu na stronie zwłaszcza przydało mi się później, kiedy próbowałem swych sił jako wydawca własnego fanzinu. Specjalnie kupowałem solidną porcję magazynów, gazet, fanzinów, broszur, a także kalendarzy i kalendarzyków, stos pocztówek, nawet zdjęć u cińkciarzy. Podkreślę, że rzecz nie ograniczała się tylko do ciężkiego metalu, studiowałem różnorodną prasę muzyczną, fakt, że nigdy nie mogłem polubić tego, co nazywa się rosyjskim rockiem. Za to, na przykład, bardzo wysoko oceniam wydanie o kulturze hippie "Забриски Rider". W związku z moją przeprowadzką z Permu do Sankt Petersburga prawie cała literatura została w domu u rodziców, ale tu już też zacząłem obrastać papierowymi wydaniami, choć co prawda, nie w takiej ilości, wszak nastała epoka Internetu.

- Lata 90. to czas królowanie CD. Gdzie kupowałeś swoje płyty i kiedy kupiłeś sobie swój pierwszy odtwarzacz? Czy ten ostatni służy Ci do dziś?

Andriej Ind: Kompakty zacząłem nabywać jeszcze za nim pojawił się u mnie odtwarzacz. Porównując z tymi czasami, kiedy cieszyłem się słuchaniem "gołej" nagranej kasety, czasami nawet nie znając tytułów kompozycji, to był niesłychany postęp. Właśnie od tego czasu tak polubiłem ilustracyjno-tematyczną stronę rzeczy. Oczywiście, wcześniej były w obiegu audiokasety z kolorowymi, ciekawymi wkładkami - zwłaszcza, pamiętam, szeroko się tu prezentowały kasety polskiej produkcji, ale zdarzały się też grube pomyłki, od niepoprawnie zestawionej tracklisty do pomieszanych albumów. Jakość nagrań mogła być płynna, a nieraz "w pogoni za taśmą", sztucznie skracano długość albumów - wyrzucano "zbędną" piosenkę, albo obcinano same utwory. Bezpośrednie nagrywanie z kompaktów czasami od nowa odkrywało dla mnie niektóre wyuczone na pamięć albumy. Na początku w domach handlowych pojawiły się wyłącznie firmowe (to znaczy absolutnie legalne, europejskiej i amerykańskiej produkcji) płyty, i kosztowały tyle, że my mogliśmy tylko chodzić napawać się wystawą witryn. Później wszystkie punkty handlowe zalała fala pirackich płyt bułgarskiej lub chińskiej produkcji w cenie 3-5 dolarów; na początku z przyzwyczajenia kupowałem każdą pojawiającą się ciężką muzykę, ale potem, kiedy piraci przyswoili sobie przegrywanie praktycznie wszystkich wychodzących projektów, chcąc nie chcąc stałem się bardziej wybredny. Pierwszy odtwarzacz mogłem kupić dopiero w 1996 roku, kiedy byłem studentem na wymianie w Danii. Tak w ogóle to nie zapatrywałem się na kupno całej wieży, myślałem, żeby ograniczyć się do przenośnego odtwarzacza CD, który planowałem podłączyć do wzmacniacza, ale trafiłem na jakąś wyprzedaż i capnąłem wieżę, choć była nie do końca poziomu Hi-Fi , za to duńskiej produkcji - Dantax. Z sukcesem popracował ponad 5 lat, co w warunkach ciągłej eksploatacji w pełni wykorzystało jego możliwości. I jestem wdzięczny temu sprzętowi - większość lepszych projektów w swoim życiu usłyszałem po raz pierwszy na nim. Na początku lat 2000 wśród melomanów stało się źle widziane posiadać kolekcję złożoną z pirackich płyt, prócz tego fundamentalnie zmienia się sytuacja wraz z pojawieniem się w Rosji od razu kilku wytwórni, wydających płyty z licencjami. Cena takich płyt wahała się od 5 do 10 dolarów, niezbyt różniły się od firmowych, i "piratki" jednoznacznie zaczęły tracić swoją pozycję. Dziś aktywnie kontynuuję kupno płyt kompaktowych, przez zbyt mały popyt sytuacja w Rosji mocno się pogorszyła, i wykosztowuję się na nie albo w sąsiedniej Finlandii (gdzie sytuacja z płytami podobnie się pogorszyła, choć nie tak drastycznie), albo kupuję przez ebay.



- A co wtedy stało się z Twoimi winylami? Nadal ich słuchałeś, czy kompakty je wyparły?

Andriej Ind: Jak bym nie lubił winyli, to moja winylowa kolekcja na początku przerzedziła się, a potem trafiła w najdalszy kąt szafy. Adapter, który używałem, od czasu do czasu potrzebował zmiany igieł, a ten towar zwyczajnie znikł ze sklepów. Płyty kompaktowe, które przechwyciły sztafetę, zachowały najważniejszą cechę - album wykonawcy został produktem, niepodzielną całością, która wyrażała aspekty wizualne i audio, dlatego też przyjęliśmy ten format "na hura". Dziś winyl wraca jako elitarny modny nurt, a wtedy dla nas taki format był życiową koniecznością. Rzecz jasna, marzy mi się być właścicielem domku jednorodzinnego, gdzie będzie stały szykowny adapter, na który z nabożną czcią będę wkładać czarne płyty. 

- Ja w ostatnim czasie przesłuchuję swoją kolekcję - te płyty, które nie wytrzymały próbę czasu oddaję/sprzedaję. A Ty zostawiłeś sobie wszystko, co było i słuchasz tego wszystkiego?

Andriej Ind: Swoją kolekcję również poddaję systematycznej czystce. Będąc muzykiem, nie mogę wyrzucać płyt do kosza i zawsze znajduję takich, komu mogą się one przydać. Czasami bywa, że wysyłam paczkę do innego miasta, a przesyłka przewyższa cenę, za którą kupowałem płytę. W ogóle w ciągu tych wszystkich moich lat stałem się trochę konserwatywny i drobiazgowy, można powiedzieć, że wolę słuchać albumy, które sprawdziły się przez lata.


Opowiedz, proszę, jeszcze trochę o książkach, muzycznych biografiach. Także na początku były tylko te tłumaczone? Czytałeś je?

Andriej Ind: Książki, biografie, złożone w format książki pojawiły się nie tak od razu. Na początku były to jednak bardziej broszurowe czy gazetowe wydania, czasami beznadziejne, ale czasami zadziwiająco dobre. Najbardziej ze wszystkich zapamiętałem specjalny numer magazynu - "Rock City" - METALLICA.  Fun But True z czarną błyszczącą okładką i złotymi, tłoczonymi literami. Ponad sto stron żywo napisanego tekstu, morze fotografii, prawdziwy prezent dla fanów. Autor tej biografii - Aleksiej Glebow (a propos, to nie była jego pierwsza biografia tej grupy), jak kronikarz nie odstępuje oraz śledzi zespół METALLICA i żyje jednym życiem z muzykami. Wyższa szkoła jazdy! Dobrze pamiętam,jak kupowałem książki o DEEP PURPLE, PINK FLOYD, THE DOORS, SEX PISTOLS, kilka o THE BEATLES, a nawet ze względu na szacunek wobec osoby Dee Snidera jego "Kurs przeżycia dla nastolatków". Biografie w większości były tłumaczone z języków obcych, ale takimi też i są do dziś dnia. Autorzy, podobni do Aleksieja Glebowa, zdarzają się rzadko.

- A czy Tobie i Twojemu zespołowi udało się trafić do jakiejś książki?

Andriej Ind: Mam w swojej pamięci jedną taką, była to encyklopedia rocka, która wydał R-club na początku lat 2000, tam na pewno była biografia GRENOUER z fotografią. A jeszcze niedawno, co może trochę dziwić, chrześcijański muzyk Oleg Perfiłow brał ode mnie niewielki wywiad do książki. Religijnych tematów nie poruszaliśmy, pytania były proste i konkretne, ale zobaczyć samej książki, zaznajomić się z końcowym etapem mi się nie udało.

I na tym zakończyliśmy naszą rozmowę, a choć nie obiecuję, to na pewno będę się starać, żeby namówić Andrieja na kolejne wspomnienia, bo jest o czym słuchać:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz