poniedziałek, 29 lipca 2013

O kolekcji płyt, "piratkach" i muzycznych magazynach opowiada Andriej Ind

Kiedy pod koniec stycznia br. miałam przyjemność rozmawiać z wokalistą zespołu GRENOUER o tym, jak wyglądało życie melomana w ZSRR, nie skończyłam tematu. Opowieść, którą wysnuł Andriej Ind, była zajmująca i długa, postanowiliśmy ją przerwać, by nie stracić czegoś w pośpiechu. Umówiliśmy się więc już wówczas, że przy sposobności wrócimy do tej rozmowy. W tzw. międzyczasie ukazał się kolejny album GRENOUER - "Blood On The Face", który szturmem zdobywa nie tylko Europę. Pomimo zakreślonej na szeroką skalę promocji, Andriej był uprzejmy znaleźć trochę czasu i dla mnie: na muzyczne pogaduszki. 
Minęły ciężkie lata80. i przyszedł czas nielekkich 90...

Andriej Ind


Witaj, Andirej!
Ostatnim razem skończyliśmy naszą rozmowę na tym, co działo się w przemyśle muzycznym na początku lat 90. Chciałabym kontynuować ten temat.

Andriej Ind: Cześć, Kseniu, cieszę się z nowego spotkania z Czytelnikami! Świetnie, że jest możliwość powspominać, bo niektóre fakty zaczynasz sobie przypominać dokładnie w czasie takich rozmów, a tak to leżą w niedostępnych archiwach głowy, mogą nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. 

Opowiadałeś, że wówczas pojawiły się pierwsze tłumaczone gazety muzyczne i, że za spore pieniądze można było nawet kupić ich oryginalne wydania. A jak dalej rozwijała się ta gałąź środków masowego przekazu?

Andriej Ind: W końcówce lat 80., regularna prasa, która dostała trochę wolności, zaczęła pstrzyć się artykułami o popie i muzyce rockowej, a zwłaszcza, że właśnie dzięki takim publikacjom nakłady mocno poleciały do góry, więc naturalnym było pojawienie się specjalistycznych muzycznych wydań. I tak poszły pierwsze koty za płoty. Chcąc dogodzić każdemu melomańskiemu gustowi, różne duże wydawnictwa powypuszczały pstre, wątpliwe w zawartości magazyny, w których gwiazdy estrady typu Larysy Doliny sąsiadowały z zespołem КОРРОЗИЯ МЕТАЛЛА, a błędy rzeczowe w materiałach (informacja, nierzadko zaczerpnięta z plotek i "chodzących" słuchów) były widoczne nawet dla mnie, ucznia. Szczególnej oświeceniowej funkcji taka praktyka nie wypełniała, za to ceny miały niezgorsze. Komicznie wyglądał, od razu nazwany komosomołskim «ОК Metal Hammer», magazyn z artykułami o Igorze Nikołajewie, Samancie Fox, recenzjami płyt Władimira Priesniakowa, «Машины времени» i «Секрет». Ci, którzy kiedyś trzymali w rękach prawdziwy "Metal Hammer", padali ze śmiechu. Takiego rodzaju projekty popękały jak bańki mydlane, i przynajmniej ich spadkobiercy stali się bardziej uważni i dokładni przy obieraniu celów słuchaczy. Na przykład, jedną rzeczą jest pisać o rosyjskim rocku, drugą - o punku czy psychobilly, a już trzecią - dogodzić deathowemu fanowi ciężkiej muzyki. Tak czy inaczej, rockowej literatury sporo przybyło (i to nie tylko samizdatowskiej, ale i tej, którą drukowano na państwowym poziomie).


Gazeta "Zarraza", magazyny "Rock City", "Tttrrax", "Железный марш", "RockCor" oczywiście nie w 100% były dobre, ale rodzimemu metalowi można je było, a nawet trzeba było studiować. Także zaczęły pojawiać się takie rarytasy, jak biografie i zbiory tekstów oddzielnych zespołów, encyklopedie i kolekcje plakatów. Wszystko to trochę kulało pod względem jakości druku, ale mocno grzało dusze i serce. We wszystkich dużych miastach zaczęto otwierać rockowe sklepy, a ich lady jakoś nie wiały pustką. Bliżej połowy lat 90. natknąłem się na metalowe fanziny, które, ma się rozumieć, nie były sprzedawane ani  w sklepach, ani w kioskach "Союзпечети"/"Związkowych drukarni"/, taka prasa ostatecznie rozwaliłaby tamę muzycznego anafalbetyzmu, jeśli, chciałoby się ją zlikwidować. Fanziny mogły być wydrukowane na maszynie do pisania i rozmnożone na powielarce, ale ich subkulutralna wartość była ogromna.

- Sama, przyznam się, zbierałam gazety, czasami o ulubionych grupach zostawiałam wycinki, nawet założyłam zeszyt, gdzie spisywałam wiadomości muzyczne. Internet pozbawił zeszyty sensu, ale stare gazety nadal trzymam :) A Ty jakie gazety kupowałeś? Coś z nich u Ciebie zostało?

Andriej Ind: Ja też pisałem takie zeszyty, miałem ich, zapewne, ponad dwadzieścia. Czasami przepisywałem ręcznie teksty, czasami zwyczajnie tracklisty, dyskografie, zbierałem wycinki, fotografie, nawet prowadziłem własną listę przebojów. Umiejętność pracy nożycami i rozkładanie tekstu na stronie zwłaszcza przydało mi się później, kiedy próbowałem swych sił jako wydawca własnego fanzinu. Specjalnie kupowałem solidną porcję magazynów, gazet, fanzinów, broszur, a także kalendarzy i kalendarzyków, stos pocztówek, nawet zdjęć u cińkciarzy. Podkreślę, że rzecz nie ograniczała się tylko do ciężkiego metalu, studiowałem różnorodną prasę muzyczną, fakt, że nigdy nie mogłem polubić tego, co nazywa się rosyjskim rockiem. Za to, na przykład, bardzo wysoko oceniam wydanie o kulturze hippie "Забриски Rider". W związku z moją przeprowadzką z Permu do Sankt Petersburga prawie cała literatura została w domu u rodziców, ale tu już też zacząłem obrastać papierowymi wydaniami, choć co prawda, nie w takiej ilości, wszak nastała epoka Internetu.

- Lata 90. to czas królowanie CD. Gdzie kupowałeś swoje płyty i kiedy kupiłeś sobie swój pierwszy odtwarzacz? Czy ten ostatni służy Ci do dziś?

Andriej Ind: Kompakty zacząłem nabywać jeszcze za nim pojawił się u mnie odtwarzacz. Porównując z tymi czasami, kiedy cieszyłem się słuchaniem "gołej" nagranej kasety, czasami nawet nie znając tytułów kompozycji, to był niesłychany postęp. Właśnie od tego czasu tak polubiłem ilustracyjno-tematyczną stronę rzeczy. Oczywiście, wcześniej były w obiegu audiokasety z kolorowymi, ciekawymi wkładkami - zwłaszcza, pamiętam, szeroko się tu prezentowały kasety polskiej produkcji, ale zdarzały się też grube pomyłki, od niepoprawnie zestawionej tracklisty do pomieszanych albumów. Jakość nagrań mogła być płynna, a nieraz "w pogoni za taśmą", sztucznie skracano długość albumów - wyrzucano "zbędną" piosenkę, albo obcinano same utwory. Bezpośrednie nagrywanie z kompaktów czasami od nowa odkrywało dla mnie niektóre wyuczone na pamięć albumy. Na początku w domach handlowych pojawiły się wyłącznie firmowe (to znaczy absolutnie legalne, europejskiej i amerykańskiej produkcji) płyty, i kosztowały tyle, że my mogliśmy tylko chodzić napawać się wystawą witryn. Później wszystkie punkty handlowe zalała fala pirackich płyt bułgarskiej lub chińskiej produkcji w cenie 3-5 dolarów; na początku z przyzwyczajenia kupowałem każdą pojawiającą się ciężką muzykę, ale potem, kiedy piraci przyswoili sobie przegrywanie praktycznie wszystkich wychodzących projektów, chcąc nie chcąc stałem się bardziej wybredny. Pierwszy odtwarzacz mogłem kupić dopiero w 1996 roku, kiedy byłem studentem na wymianie w Danii. Tak w ogóle to nie zapatrywałem się na kupno całej wieży, myślałem, żeby ograniczyć się do przenośnego odtwarzacza CD, który planowałem podłączyć do wzmacniacza, ale trafiłem na jakąś wyprzedaż i capnąłem wieżę, choć była nie do końca poziomu Hi-Fi , za to duńskiej produkcji - Dantax. Z sukcesem popracował ponad 5 lat, co w warunkach ciągłej eksploatacji w pełni wykorzystało jego możliwości. I jestem wdzięczny temu sprzętowi - większość lepszych projektów w swoim życiu usłyszałem po raz pierwszy na nim. Na początku lat 2000 wśród melomanów stało się źle widziane posiadać kolekcję złożoną z pirackich płyt, prócz tego fundamentalnie zmienia się sytuacja wraz z pojawieniem się w Rosji od razu kilku wytwórni, wydających płyty z licencjami. Cena takich płyt wahała się od 5 do 10 dolarów, niezbyt różniły się od firmowych, i "piratki" jednoznacznie zaczęły tracić swoją pozycję. Dziś aktywnie kontynuuję kupno płyt kompaktowych, przez zbyt mały popyt sytuacja w Rosji mocno się pogorszyła, i wykosztowuję się na nie albo w sąsiedniej Finlandii (gdzie sytuacja z płytami podobnie się pogorszyła, choć nie tak drastycznie), albo kupuję przez ebay.



- A co wtedy stało się z Twoimi winylami? Nadal ich słuchałeś, czy kompakty je wyparły?

Andriej Ind: Jak bym nie lubił winyli, to moja winylowa kolekcja na początku przerzedziła się, a potem trafiła w najdalszy kąt szafy. Adapter, który używałem, od czasu do czasu potrzebował zmiany igieł, a ten towar zwyczajnie znikł ze sklepów. Płyty kompaktowe, które przechwyciły sztafetę, zachowały najważniejszą cechę - album wykonawcy został produktem, niepodzielną całością, która wyrażała aspekty wizualne i audio, dlatego też przyjęliśmy ten format "na hura". Dziś winyl wraca jako elitarny modny nurt, a wtedy dla nas taki format był życiową koniecznością. Rzecz jasna, marzy mi się być właścicielem domku jednorodzinnego, gdzie będzie stały szykowny adapter, na który z nabożną czcią będę wkładać czarne płyty. 

- Ja w ostatnim czasie przesłuchuję swoją kolekcję - te płyty, które nie wytrzymały próbę czasu oddaję/sprzedaję. A Ty zostawiłeś sobie wszystko, co było i słuchasz tego wszystkiego?

Andriej Ind: Swoją kolekcję również poddaję systematycznej czystce. Będąc muzykiem, nie mogę wyrzucać płyt do kosza i zawsze znajduję takich, komu mogą się one przydać. Czasami bywa, że wysyłam paczkę do innego miasta, a przesyłka przewyższa cenę, za którą kupowałem płytę. W ogóle w ciągu tych wszystkich moich lat stałem się trochę konserwatywny i drobiazgowy, można powiedzieć, że wolę słuchać albumy, które sprawdziły się przez lata.


Opowiedz, proszę, jeszcze trochę o książkach, muzycznych biografiach. Także na początku były tylko te tłumaczone? Czytałeś je?

Andriej Ind: Książki, biografie, złożone w format książki pojawiły się nie tak od razu. Na początku były to jednak bardziej broszurowe czy gazetowe wydania, czasami beznadziejne, ale czasami zadziwiająco dobre. Najbardziej ze wszystkich zapamiętałem specjalny numer magazynu - "Rock City" - METALLICA.  Fun But True z czarną błyszczącą okładką i złotymi, tłoczonymi literami. Ponad sto stron żywo napisanego tekstu, morze fotografii, prawdziwy prezent dla fanów. Autor tej biografii - Aleksiej Glebow (a propos, to nie była jego pierwsza biografia tej grupy), jak kronikarz nie odstępuje oraz śledzi zespół METALLICA i żyje jednym życiem z muzykami. Wyższa szkoła jazdy! Dobrze pamiętam,jak kupowałem książki o DEEP PURPLE, PINK FLOYD, THE DOORS, SEX PISTOLS, kilka o THE BEATLES, a nawet ze względu na szacunek wobec osoby Dee Snidera jego "Kurs przeżycia dla nastolatków". Biografie w większości były tłumaczone z języków obcych, ale takimi też i są do dziś dnia. Autorzy, podobni do Aleksieja Glebowa, zdarzają się rzadko.

- A czy Tobie i Twojemu zespołowi udało się trafić do jakiejś książki?

Andriej Ind: Mam w swojej pamięci jedną taką, była to encyklopedia rocka, która wydał R-club na początku lat 2000, tam na pewno była biografia GRENOUER z fotografią. A jeszcze niedawno, co może trochę dziwić, chrześcijański muzyk Oleg Perfiłow brał ode mnie niewielki wywiad do książki. Religijnych tematów nie poruszaliśmy, pytania były proste i konkretne, ale zobaczyć samej książki, zaznajomić się z końcowym etapem mi się nie udało.

I na tym zakończyliśmy naszą rozmowę, a choć nie obiecuję, to na pewno będę się starać, żeby namówić Andrieja na kolejne wspomnienia, bo jest o czym słuchać:)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Kostucha zbiera letnie plony...

Smutny ten koniec poprzedniego tygodnia. Kostucha znów zabrał dwóch muzyków i o ile o pierwszym pokazały się w mediach jedynie skromne, to o drugim rozpisuje się prasa, wspomina telewizja. Skąd taka nierówność? Sądzę, że z prozaicznego względu: pierwszy z muzyków już nie był aktywny muzycznie, o drugim było coraz głośniej.

Georgij Gurjanow (1961- 2013)

Pierwszy z nich to Georgij Gurjanow - perkusista zespołu КИНО, zwany Gustawem. Do grupy trafił w 1984 roku i grał w niej aż do momentu rozpadu, którego przyczyną była tragiczna śmierć Wiktora Coja. I choć w szkole muzycznej uczył się gry na wielu instrumentach (dobrze, bałałajce, pianinie i gitarze), to jego umiejętności jako perkusisty były ciągle podważane. Jak wspomniał kiedyś o nim Andriej Tropiłło: "Na początku z Gurjanowa to w ogóle perkusista był żaden. Potem zaczął nad tym pracować i mniej więcej znośnie zaczął grać". [Александр Житинский "Второе путешествие рок-дилетанта], Aleksandr Żytiński "druga podróż rock-dyletanta"- tł.w/w fragmentu: Ksenia Przybyś] 

Jako aranżer, drugi wokalista, perkusista i basista Gustaw udzielał się w także tak znanych zespołach jak: СТРАННЫЕ ИГРЫ, АВТОМАТИЧЕСКИЕ УДОВЛЕТВОРИТЕЛИ, ПОП-МЕХАНИКА. A to, co go wyróżniało od innych perkusistów, to maniera grania na stojąco (zapożyczona od zachodnich wykonawców stylu new romantic jak choćby DURAN DURAN), oraz to, że nieraz na koncertach występował w w stroju Adama...

Gustaw nawet bardziej niż perkusistą był poszukiwaczem nowych stylów. To, co wdziewał na siebie - bo przecież nie zawsze był koncert ;) - wyprzedzało swój czas nieraz o całą dekadę, dlatego też trochę później został nazwany przez znajomych "sumieniem petersburskiego stylu". Georgij lansował nowe trendy i spełniał się jako malarz. Pochłaniała go idea "kultury zero", tzn. odnajdywania sensu poza ogólnie przyjętymi zmysłami. Swoje prace prezentował od 1982 roku, zarówno na wystawach krajowych, jak i zagranicznych.

Kolejną pasją Gustawa, splatającą się z poprzednią jako tematyka obrazów, był sport. Swego czasu prowadził nawet kącik sportowy "Spartakus" w pirackiej telewizji. Fascynowały go motywy fotografii sportowych z lat trzydziestych XX wieku oraz filmy o tej tematyce (co, od razu zaznaczam, wbrew pozorom u niego nie łączyło się z jakąkolwiek ideologią nazistowską, którą propagowały m.in. obrazy Leni Riefenstahl).

Perkusista ostatnimi laty ciężko chorował: zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby typu C oraz raka wątroby i trzustki, może też dlatego jego śmierć nie była tak wielkim zaskoczeniem i rozniosła się mniejszym echem po mediach.

Gurjanow nigdy nie założył rodziny.


Michaił Gorszeniow (1973-2013)

Drugi to Michaił Gorszeniow - wokalista zespołu КОРОЛЬ И ШУТ, zwany od nazwiska Gorszok, co można tłumaczyć jako "garnek" albo "nocnik".
Urodził się koło Leningradu, ale początki jego wejścia w środowisko rówieśników nie były łatwe.

"W szkole nigdy się nie śmiałem. Wręcz odwrotnie, śmiali się ze mnie. Brali za tępego. Opowiadali jakieś tam anegdoty, historie, chichotali, a mnie to nie bawiło. Szkoła była dla mnie prawdziwym koszmarem. Wydaje mi się, że mnie nie lubili. Nikt nie chciał się ze mną kolegować. I dziewczynom się nie podobałem. Nieociosany, głupi...Ja nie rozumiałem o czym oni wszyscy mówią. Jacyś tacy wszyscy poważni byli. Robili z siebie dorosłych...
Nie byłem z tych, co ich gnębią, ponieważ każdemu mogłem dać w łeb. Jednak mimo wszystko znęcali się nade mną, śmiali się ze mnie. I dopiero po jakimś czasie nagle znalazłem dla siebie miejsce - błazen [шут]!
Wszystko jakby ze mnie zeszło. I na studia przyszedłem już jako zupełnie inny człowiek. Wszystkie te szkolne kompleksy momentalnie przepadły. Zacząłem się śmiać. I sensem życia dla mnie stał się...śmiech, zapewne. Żebym sam mógł się pośmiać, żeby ze mnie się pośmiali.
A teraz ludzie z mojej klasy mi mówią, że wszystkie dziewczyny w klasie były we mnie zakochane. Śmieszne..." [А.Рыбин, В.Тихомиров и др. "Анархия в РФ: Первая полная история русского панка"/"Anarchia w FR: Pierwsza pełna historia rosyjskiego punka" - tł.w/w fragmentu: Ksenia Przybyś]

Swój pierwszy zespół - КОРОЛЬ И ШУТ - Michaił założył mając piętnaście lat. Pierwszy szczyt popularności grupa zdobyła na przełomie XX i XXI wieku, drugi - moim skromnym zdaniem właśnie parę miesięcy temu osiągnęli. Dzięki song-operze horrorów "Todd" w dwóch aktach (akt 1: Święto krwi, akt 2: Na skraju) zespół bardzo mocno i pozytywnie przypomniał o sobie szerokiej publiczności. Przygotowania do spektaklu mogliśmy śledzić dzięki stałym relacjom, КОРОЛЬ И ШУТ (przy bardzo mocnym promocyjnym wsparciu radiostacji Nashe.ru) zrobili wielkie show, które okazało się być pożegnalnym. Na koncie grupy prócz niezliczonej ilości koncertów pozostało 12 albumów.


Michaił zmarł w nocy z 18 na 19 lipca z powodu niewydolności serca, osierocił czteroletnią córkę.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Let Me Roll - niezwykły sklep muzyczny

Od niedawna możecie znaleźć na tej stronie baner polskiego sklepu Let Me Roll. O tym jak powstał, co oferuje i dlaczego jest niezwykły przeczytacie w poniższym wywiadzie, którego udzielił mi założyciel, a prywatnie mój znajomy, z którym dzielę pasję odkrywania muzyki nieoczywistej. Poza tym jest jeszcze jeden powód, dla którego warto przeczytać naszą rozmowę - Tommy to wspaniały gawędziarz, jego opowieści chciałoby się jeść łyżkami! Zatem zapraszam do lektury/konsumpcji, a później na zakupy! TUTAJ :)

- Cześć Tommy, gratuluję sklepu i o nim głównie chciałabym dziś z Tobą porozmawiać. Wiem, że to realizacja pomysłu, marzenia, które od dość dawna za Tobą chodziło. Czy jesteś w stanie dokładnie określić, od kiedy myślałeś o własnym sklepie? Czy był jakiś jeden konkretny, który stał się główną inspiracją dla Let Me Roll?

Tommy: Salute! O sklepie myślałem od bardzo dawna. Jeszcze kiedy chodziłem do liceum i kilka razy w tygodniu odwiedzałem jedyny sklep płytowy w okolicy. Podobała mi się atmosfera tamtego miejsca - zawsze można było porozmawiać ze sprzedawcą, który znał się na rzeczy, zapuszczał płytki do przesłuchania, czasami nawet coś przegrał na chromówkę za kilka złotych. Uwielbiałem tam chodzić. Koledzy szli po lekcjach do domu a ja wędrowałem właśnie tam. Na płyty wydawałem każdy pieniądz jaki wpadł mi w ręce. To były jeszcze takie czasy, że na zamówione płyty czekało się nawet i miesiąc. Więc jak już coś zamówiłem to chodziłem do sklepu kilka razy w tygodniu i dopytywałem czy już jest heh. Zresztą w tej kwestii akurat dużo się nie zmieniło, bo sklepy internetowe często oferują dziś płyty, których nie mają na stanie. Zamawiasz a potem okazuje się, że zamówienie anulowano po 2-3 tygodniach, bo okazało się, że płyta nie jest dostępna albo nie opłaca się jej sprowadzić.

- Jaki sobie postawiłeś cel zakładając sklep? Po co i dla kogo go otworzyłeś?

Tommy: Przede wszystkim chcę wprowadzić na nasz rynek wydawnictwa, których wcześniej tu nie było a w innych częściach świata są znane i docenione. Polskie sklepy mają obecnie szeroką ofertę, ale wielu rzeczy nie opłaca się im sprowadzać, koncentrują się też na określonych gatunkach. Dominuje głównie rock progresywny, bo to są rzeczy, które docierają do ludzi zazwyczaj w średnim wieku, którzy nie pożałują kasy na dobre płyty. Pytanie tylko ile można mieć egzemplarzy „Ściany” czy „Aqualung” ? Co rocznica to nowe wydania z bonusami i innymi wypełniaczami. Komu to potrzebne? Moim zdaniem to wyciąganie kasy, gdyby naprawdę chcieli sprezentować coś fanom to udostępniliby to bezpłatnie w necie. Zobacz na nowości wydawnicze – połowa to reedycje, remastery, delux edition itp. Na tym robi się pieniądze, ale to jest wtórne, w tym nie ma nic nowego. Tymczasem Let Me Roll kieruje swoją ofertę do ludzi, którzy chcą poszerzyć zbiory o płyty unikalne, często wydawane w małych nakładach. Nie koncentrujemy się na określonym gatunku, bo czy to jest metal, hard rock czy punk, black metal itd. – wszędzie znajdziesz rzeczy kapitalne, jeśli tylko masz otwartą głowę i chcesz poznać coś nowego.
Ważnym elementem sklepu jest też dział poświęcony polskiej muzyce. Chciałbym oferować w nim płyty młodych wykonawców, często EP-ki, wydawnictwa wydane własnym sumptem. Zauważ, że dzisiaj nikt nie ma pojęcia ile tych płyt wychodzi. Nie ma jednego sklepu, w którym możesz kupić wszystkie płyty młodych zespołów. A jest tego bardzo dużo i czasami porażają wysoką jakością. Niektóre koncertują poza Polską, wydają tam płyty. Duże firmy fonograficzne jakby ich nie zauważały, wolą koncentrować się na komercyjnej papce, zespołach dobrze znanych, które są na scenie już x lat. To jest błędne koło, prawdziwe szambo. Pamiętam, jak kilka lat temu wyszła solowa płyta Borysewicza i zbierała na ogół bardzo dobre recenzje. Ja też o niej pisałem i w zakończeniu napisałem, że niedługo znajdziecie tę płytę w marketowych koszach za 10 zł. I tak faktycznie było! Tak też w skrócie wygląda moim zdaniem dzisiejszy rynek płytowy.


- Let Me Roll to nie jest zwykły sklep z muzyką, to wybór bardzo rzadkich u nas wydawnictw (płyt kompaktowych i winyli) z nieraz bliskiej zagranicy, które u nas są nie dostępne. Jak sam znajdujesz muzykę, którą proponujesz swoim klientom?


Tommy: Mam taki zwyczaj, że jak gdzieś jadę za granicę to jako pamiątki przywożę płyty. I tak udało mi się np. kupić genialną płytę Phoenix „Magur de fluier” na małym stoisku płytowym pod rumuńskim zamkiem Bran. We Lwowie kupiłem Merva, w Czarnogórze kilka płyt jugosłowiańskich. W Budapeszcie zamówiłem płyty przez internet i odebrałem u właściciela w domu, bo była niedziela… Często były to zakupy podyktowane np. estetyką samej okładki, bo zespołów nie znałem. I w większości okazywały się trafione. Zacząłem się zastanawiać, czemu tych płyt nie ma w Polsce, zwłaszcza, że kiedyś zespoły ze wschodu były u nas dobrze znane. Zaczęło się od tego, że chciałem poznawać inne albumy tych wykonawców, których płyty kupiłem podczas wakacyjnych wojaży. W związku z tym na chybił trafił pisałem do ludzi z innych krajów (szukałem ich na stronach poświęconym muzyce) i prosiłem o pomoc. To często prowadziło do wymian płytowych. Kontaktowałem się też z samymi zespołami, które na ogół chętnie pomagały mi dotrzeć do swojej muzyki i opowiadały o jej genezie.
Jak już znajdziesz jakiś trop to idziesz dalej – tak to wygląda. Z jednej rzeczy przechodzisz do drugiej, trzeciej, dzieje się to całkowicie naturalnie. Musisz tylko pozwolić wciągnąć się w ten wir. To uzależnia.

-  A skąd sam sprowadzasz płyty, czy to tajemnica handlowa?

Tommy: Większość płyt sprowadzam bezpośrednio od wydawców – zazwyczaj niewielkich niszowych wydawnictw. Jest ich tysiące! Wcześniej nie miałem pojęcia jaka jest skala tego zjawiska. Praktycznie wszędzie na świecie są małe firmy, które wydają fantastyczne płyty, dbają o najwyższą jakość i dlatego znajdują klientów.
Pierwsze dostawy przybyły do nas z Włoch, Węgier, Finlandii, Niemiec. Teraz czekamy na dostawę z USA i Rumunii. Ja szczególnie czekam na tę drugą, bo będą tam kapitalne płyty, których w Polsce nigdy nie było. Nie kryję, że część z nich uzupełni również moją kolekcję. Mam nadzieję, że uda mi się też nawiązać współpracę z Rosją i Ukrainą. Bardzo chciałbym też oferować płyty jugosłowiańskie, bo tam było wiele wybitnych zespołów. Niestety coraz ciężej je dostać. Nawet jak pojedziesz w tamte rejony to nie wszystko dostaniesz.


- Zauważyłam duży wybór węgierskich tytułów. Czy muzyka z tego kraju to Twój konik?

Tommy: Wchodnioeuropejski rock to mój konik a Węgrzy mieli silną scenę i co ważne do dzisiaj dbają o to by ich płyty były dostępne, czego nie da się powiedzieć np. o Rumunach czy krajach byłej Jugosławii. Bez większych problemów dostaniesz całą klasykę węgierskiego rocka na płytach kompaktowych, trafiają się też i winyle. Z tego względu jest ich najwięcej, ale mam nadzieję, że ta dominacja zostanie przełamana heh. W każdym razie będę dążył ku temu, żeby w sklepie był też duży wybór płyt z innych państw.

- Jesteś jedyną znaną mi osobą, która tak wiele zna nieoczywistej muzyki. Nigdy chyba jednak Cię nie spytałam: dlaczego jej szukasz? Znudzenie Zachodem czy chęć odkrycia nowych muzycznych terytoriów pcha Cię do poszukiwania nut u braci Słowian i południowych sąsiadów?

Tommy: Zacznijmy od tego, że jestem wielkim fanem Black Sabbath, kiedyś wielbiłem też Deep Purple. Byłem nawet w fanklubie Purpli, ale śmieszyło mnie, że traktują tych muzyków jak bogów. To dziecinada. Kiedyś zupełnie przypadkiem kupiłem płytę węgierskiego Pandora’s Box – Ko Kovan. Spodobała mi się okładka a i cena była zachęcająca (kilka złotych) więc długo się nie zastanawiałem. Płyta okazała się genialna, ale nie mogłem o niej znaleźć żadnych informacji. Pomyślałem wtedy, że to zwyczajnie nie sprawiedliwe – takie zespoły nie miały możliwości (chociażby sprzętowych) na miarę swoich zachodnich kolegów a jednak tworzyły kapitalną muzykę. Tyle, że nikt tego nie promował. Bo i po co muzyczna prasa ma pisać o takich rzeczach, skoro można w kółko wałkować o zachodnich bestsellerach, opisywać te same płyty co rok, w każdą rocznicę itd. Ko kovan dał mi do myślenia – zastanawiałem, się ile jeszcze takich nagrań istnieje. I do dzisiaj szukam i ciągle znajduję heh. Jest tyle genialnej muzyki do odkrycia, że całe życie mi na to zejdzie i nudzić się nie będę.
Zastanawia mnie tylko dlaczego takich rzeczy nie odkopują ludzie z radia. Spójrz np. na Trójkę – tyle możliwości mają Ci ludzie,żeby opowiedzieć coś nowego, podsunąć słuchaczom coś nowego, ale na ogół z tego nie korzystają. Wciąż puszczają to samo. Nową płytę Purpli usłyszysz każdego dnia, chociaż to żadna rewelacja a nikt nie pokusi się, żeby puścić jakieś młode polskie zespoły albo zapomniane perełki ze Wschodu. Kiedyś słuchałem nałogowo Kaczkowskiego, dziś wyłączam po kilku minutach, bo nie mogę już słuchać tych zachwytów nad zupełnie przeciętnymi (na ogół) wypocinami starych wyjadaczy. Tutaj po prostu nikomu się nie chce sięgnąć dalej, albo się nie opłaca…

- Czy są takie nagrania, do których chciałbyś dotrzeć na jakimś nośniku, ale póki co o nich tylko czytałeś, czy rozmawiałeś, jednak nie widzisz szans by do nich dotrzeć?

Tommy: Znalazłoby się trochę. Najbardziej chciałbym dotrzeć do szwajcarskiego albumu zespołu Nautilius – 20 000 Miles Under the Sea z 1978 r. Mam go w wersji mp3 i moim zdaniem jest genialny, choć progrock to nie jest akurat gatunek, który darzę szczególną sympatią. Poza tym bardzo chciałbym mieć kiedyś na półce płytę rumuńskiego Metropolu „3” i koncertówkę Phoenixa „Symphoenix”. Z rumuńskich poszukuję także bardzo ciekawej płytki „Romanian Tribute To Jimi Hendrix” i kapitalnego doom-metalowego „Armaghedona” zespołu Celelalte Cuvinte. Wciąż szukam boxu jugosłowiańskiego Kerbera, chciałbym też kupić pierwsze płyty Atomsko Skloniste i Majke.


- Cieszę się, że trafiłam na otwarcie Let Me Roll i życzę Ci.. no właśnie czego Ci życzyć? Bo tego tylko, żeby było dużo klientów, to chyba dla Ciebie niewystarczające życzenia? :)

Tommy: Najważniejsze, żeby sklep się rozwijał. Nie oszukuje się, że zarobię na tym duże pieniądze, dlatego to jest tylko moje poboczne zajęcie. Będę bardzo zadowolony, jeśli sklep będzie się zwracał i pozyskane pieniądze pozwolą mi wzbogacać ofertę o kolejne rzadkie płyty. Chciałbym stworzyć na rynku markę, która będzie kojarzona z dobrą muzyką. Zależy mi także na młodych zespołach, mam dużą nadzieję, że Let Me Roll chociaż w małym stopniu przyczyni się do propagowania ich twórczości, bo stanowczo za dużo na naszym rynku rutyny i byle-jakości.

- Życząc Ci tego wszystkiego, dziękuję za rozmowę. I do spotkania w Let Me Roll, bo na pewno będę tam zaglądać!