niedziela, 17 lutego 2013

Wyjątek od reguły

Nigdy nie zamieszczam postów w niedzielę, ale dziś robię wyjątek, bo i o wyjątkowym człowieku będę pisać. A dzień wybrałam nie przez przypadek - dziś mija 25 lat od tragicznej śmierci Aleksandra Baszłaczowa.

Od kilku tygodni w zakładce "teraz słucham" widzicie okładkę płyty Aleksandra Baszłaczowa i jego chcę Wam przybliżyć. Szczerze pisząc, ta zakładka powinna w tym wypadku nosić nazwę "teraz wpadłam po uszy i nie mogę się oderwać od".
Kiedy usłyszałam nie tyle o nim samym (chociaż jak pięknie kiedyś o nim napisał Żytiński - Aleksandr to zjawisko przyrody), ale jego wykonania, poczułam jakby mi ktoś otworzył oczy, albo wyposażył w kolejny zmysł. Do dziś jest mi trudno ująć go w słowa - wolę go słuchać, niż definiować.


Jednak gdyby pokusić się opowiedzieć o nim to trzeba by tak naprawdę napisać książkę - bo to był człowiek-legenda, którego i tak w słowa nie dałoby się uchwycić, ale może pozwoliłyby zarysować pewne cechy, który pomogłyby zrozumieć jego świat.

Dla samej siebie ukułam termin - pieśniarz niematerialny. Sasza żył pieśnią, utworami, które pisał i śpiewał. Choć "śpiewał" to nie jest do końca trafne określenie. Jego wykonania to było coś miedzy krzykiem, a śpiewem. Zawsze bardzo emocjonalne - nie ważne, czy słuchało go pięć osób w mieszkaniu, czy pięćset w sali koncertowej. On nie odgrywał swoich występów, tylko je przeżywał, zatracał się w nich do tego stopnia, że jak wspominają naoczni świadkowie, bardzo często ścierał opuszki palców aż do krwi. Baszłaczow, jak wszyscy bardowie występował wyłącznie z akompaniamentem swojej dwunatostrunowej gitary akustycznej, i jak wszyscy rockmeni zawierał w swoich kompozycjach wiele buntu. Nie był jednak ani bardem, ani rockmenem.

Dlaczego nazwałam do niematerialnym? Z dwóch powodów. Pierwszy wiąże się z jego niespotykanie lekkim podejściem do zabiegania o sprawy materialne. Parę ostatnich lat swojego krótkiego życia spędził jako pieśniarz wędrujący między Petersburgiem a Moskwą. Nie dbał o to, gdzie będzie jutro spał, co będzie jadł - ważne, żeby ludzie słuchali jego muzyki i żeby czuli się nią wstrząśnięci.
Drugi powód, dla którego określenie niematerialny wydaje mi się dość trafne, to wspomniana na wstępie niemożność zamknięcia Saszy w słowach. Z jednej strony trzeba by opisać jego życie, z drugiej jego muzyczną biografię, z trzeciej przypatrzeć się jemu jako człowiekowi i chociaż robię to od kilku miesięcy nadal nie potrafię tego poskładać w jeden obraz.


Z jednej strony martwi mnie ignorancja wśród młodych Rosjan, dla których imię Aleksandr Baszłaczow już nic nie znaczy. Nie znają jego twórczości, często zupełnie nie kojarzą o kim mówię, a jeśli już gdzieś im się "obiły o uszy" jego wykonania, to za serce nie wzięły. Z drugiej strony mierzi mnie gdy znajduję fora, na których ludzie zajmują się wyłącznie tym czy Sasza skoczył z okna, czy z niego wypadł. Baszłaczow nigdy nie był muzykiem dla szerokiej publiczności - uciekał wręcz przed wielką sławą. Dowodem na to może być znana historia, kiedy to na dzień przed nagraniem płyty w studiu największej ówczesnej firmy fonograficznej - "Melodii", Aleksandr wyjechał.

Sasza przez prawie dwa lata pisał utwory jeden z drugim, a wszystkie zahaczały o geniusz. Jest w nich wiele wątków zaczerpniętych z folkloru, ze słowiańskich mitów, które łączył z codziennością, z uniwersalnymi prawdami lub z własnym światopoglądem. I choć na ich temat powstało już wiele naukowych prac, które miały na celu odkryć do końca sens wierszy Baszłaczowa, to nadal wiele rzeczy jest w nich jeszcze do odkrycia.
Dar pisania tak dobrych rzeczy, który Sasza dostał nagle nie wiadomo skąd, w równie tajemniczy i nagły sposób znikł. Aleksandr bardzo to przeżywał, podejmował kolejne próby pisarskie, ale natchnienie odeszło bezpowrotnie. Jeszcze półtora roku męki poszukiwań, prób wskrzeszenia i dwudziestosiedmioletni poeta przemierzył ostatnią drogę z okna ósmego piętra na chodnik...

Zamykanie go w muzeach (choć muszę od razu przyznać, że stała wystawa w Czerepowcu - mieście rodzinnym Saszy - jest imponująco zaaranżowana!), w biografiach, w planowanych pomnikach to nie jest  moim zdaniem najszczęśliwszy pomysł. Baszłaczowa trzeba po prostu słuchać i albo on gdzieś w Ciebie wrośnie, albo nie jest Wam po drodze. I tego drugiego wariantu wcale nie uważam za gorszy! Bo to tak jak z ludźmi: jednych lubimy, rozumiemy, chcemy z nimi przebywać - a inni są w naszym otoczeniu bez naszej woli i najchętniej wypchnęlibyśmy ich za margines naszej przestrzeni, aby zrobić więcej miejsca dla siebie.

Sama w pierwszym odruchu chciałam zająć się propagowaniem jego twórczości w Polsce, teraz wiem, że to niedobry pomysł. Kto ma trafić na Saszę w swoim życiu - to trafi, a liczba "lajków" nie ma tu żadnego znaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz