czwartek, 28 lutego 2013

Vadim Legkokonets - człowiek, którego warto znać (3)

Pamiętacie kim zaczęłam ten cykl? Pisałam o największym beatlomanie w Rosji. Dziś mam dla Was bardzo ciekawy wywiad z największym beatlomanem z Ukrainy. Vadim Legkokonets nie tylko zgodził się udzielić mi odpowiedzi na pytania, które pewnie już nie raz słyszał, ale opowiedział całą historię, która wciągnie w swój świat nie tylko fanów THE BEATLES! Dla mnie to wspaniałe świadectwo radzieckich czasów i tego, że czas, muzyki i zafascynowanych nią ludzi, się nie ima :)
Muszę przyznać, że takie wywiady to czysta przyjemność - ja zadaję pytanie, a w zamian dostaję morze informacji, podane w pięknej, gawędziarskiej oprawie! Zapraszam do lektury.



- Proszę opowiedzieć, jak zaczęła się Pana fascynacja THE BEATLES? przecież w ówczesnym ZSRR nie byli oni, delikatnie mówiąc, ulubieńcami władzy i ich nagrania nie były ogólnie dostępne.

Vadim Legkokonets: Wszystko zaczęło się w 1965 roku. Chociaż w domu do tego czasu już prawie 5 lat był magnetofon, ale nagrania z niego mnie nie zrobiły wrażenia. Ojciec nagrywał głównie piosenki z radzieckiej estrady, której ja także słuchałem, ale jakiegoś szczególnych emocji ta muzyka u mnie nie pobudzała. I oto kiedy poszedłem do pierwszej klasy, a miało to miejsce w 1965 roku, pozwolono mi samodzielnie posługiwać się całym elektronicznym sprzętem w domu. Wówczas w domu prócz wyżej wspomnianego magnetofonu były jeszcze 2 radioodbiorniki. Jeden malutki przenośny, który słabo chwytał dalekie radiostacje. Drugi - bardzo duży lampowy odbiornik z dużą ilością krótkofalowych skal dla odbioru dalekich radiostacji. Do tego, miał na górze, pod przykrywą sprzęt do przegrywania płyt winylowych. Co prawda, wybór płyt w naszej rodzinie w tamtym czasie był bardzo skąpym, dlatego ja głównie słuchałem radia.
Właśnie w tym czasie po raz pierwszy usłyszałem niezwyczajną wówczas dla radzieckich ludzi muzykę. Teraz wiem, że była to muzyka big beatowa. Jednak wtedy jeszcze nie znaliśmy tego nazewnictwa muzykalnych stylów i wszystko nazywaliśmy zbiorczym terminem "rock-n-roll". Rzecz jasna, że rytmy bitu prosto pulsowały, wywołując zachwyt i chęć energicznego ruszania się w ich takt. Właśnie to mnie zafrapowało w pierwszej kolejności, ponieważ miałem 7 lat, i cała młodzież w tym wieku właśnie tego pragnęła.
W tym czasie wielkiego bogactwa nagrań jeszcze nie było, a zachodnie radiostacje puszczały w eter ciągle te same utwory. Niedługo potem zacząłem je rozpoznawać. Jednak kto wykonuje te utwory, jeszcze wtedy nie wiedziałem. Niestety, absolutny brak znajomości języków obcych nie pozwalał wśród mowy spikera oddzielić i zapamiętać imion wykonawców.
Zapewne beatlomanem stałem się w 1965 roku, ale stałem się nim nieświadomie, ponieważ nie wiedziałem, kto wykonuje te utwory. Szybko zacząłem nagrywać audycje radiowe na magnetofon. Niestety, odbiornik nie miał specjalnego wejścia dla nagrywania. A i magnetofon był prymitywny, ale miałem mikrofon. Przystawiałem mikrofon do głośników radia i takim sposobem nagrywałem. Oczywiscie, że nie były one dobre jakościowo, ale  za to potem mogłem ulubione piosenki przesłuchiwać w nagraniu po kilka razy pod rząd.


Artykuł z czasopisma "Смена", 1964 rok

Dokładnie rok później, w 1966 roku, ojciec pojechał na wycieczkę turystyczną do NRD i Czechosłowacji. Stamtąd przywiózł pierwsze płyty z importu. Płyty głównie zawierały składanki piosenek różnych wykonawców. Ale wszystkie utwory były stylu rock-n-roll i to jeszcze bardziej mnie popchnęło w stronę tego, że zacząłem na poważnie fascynować się tym muzycznym stylem.
Termin "bitlas" czy "bitlasy" po raz pierwszy usłyszałem mniej więcej w tym czasie. Jednak tą nazwą w ZSRR nazywano każdego zachodniego wykonawcę, który nosił długie włosy i wykonywał rock-n-roll w języku angielskim. Słowo "bitlas" (właśnie tak mówiono, a nie «Битлз»/"Bitlz"/ [jak poprawnie jest dziś przyjęte po  rosyjsku zapisywać fonetycznie nazwę zespołu - przyp.K.P.]) miało negatywny wydźwięk tak jak "hippie". Ja sam myślałem, że ta nazwa odnosi się do wszystkich grup, wykonujących rock-n-roll z gitarami.
Szybko zacząłem poznawać wiele nowych piosenek, które w kółko grano w radiu. Jednak dopiero w 1968 roku z audycji "Głos Ameryki" nadawanej po rosyjsku dowiedziałem się, że istnieje zespół o nazwie «Битлз» i właśnie jego utwory najbardziej mi się podobały. Spiker tak też powiedział na antenie: "Właśnie posłuchaliśmy piosenki “Девушка” ["Girl"-przyp.K.P.] w wykonaniu kwartetu “Битлз” ". Dla mnie to był szok, przecież, jak się okazało pod tą nazwą chowali się całkowicie realni ludzie, Już wcześniej słyszałem nazwiska Lennona i McCartneya, ale uważałem ich za oddzielnych wykonawców i nawet nie mogłem sobie wyobrazić, że są oni częścią jednego kwartetu.  Utwór «Девушка» do tego czasu słyszałem juz wielokrotnie, ale dopiero w  1968 roku dowiedziałem się kto ją skomponowali i wykonuje. Właśnie dlatego, uważam, że powinno się liczyć moją już uświadomioną beatlomanię od 1968 roku.

- I to od razu Pana tak mocno złapało, że wiedział Pan, że zwiąże z THE BEATLES swoje życie?


Vadim Legkokonets: Myślę, że tak, to miało miejsce od razu, kiedy nauczyłem się oddzielać spośród ogólnej liczby wykonawców właśnie kwartet THE BEATLES. Można powiedzieć dokładnie, że miało to miejsce w 1968 roku. A to, jak prawidłowo pisze się nazwę grupy, dowiedziałem się dopiero w 1969 roku. Wówczas u nas w klasie były rozprowadzane koszmarnej jakości czarno-białe fotografie różnych zachodnich wykonawców. W większości robiono zdjęcie fotografii z rozlicznych zachodnich czasopism. A bywało, że kopie już robiono z wcześniej przygotowanych kopii. Dlatego jakość była straszna, ale na zestawie perkusyjnym mozna było wyraźnie przeczytać nazwę THE BEATLES. Co prawda, samych członków kwartetu jeszcze wtedy dobrze nie rozróżniałem. Byli, jak mi się wydawało, bardzo do siebie podobni. Takie samorobne fotografie kosztowały 15 kopiejek. Jeśli wziąć pod uwagę, że obiad w szkolnej stołówce kosztował 20 kopiejek, to cena fotografii nie była mała. Rodzice dawali mi pieniądze na szkolne obiady, ale ja je wydawałem na fotografie, a w domu mówiłem, że pieniądze wydałem w stołówce. Nie wiem dlaczego, ale od razu poczułem, że fascynacja kwartetem THE BEATLES będzie u mnie na długo. I, jak pokazał czas, okazało się, że na całe życie.




- Od kiedy zaczął Pan zbierać swoją kolekcję? Proszę o niej opowiedzieć, jakie unikaty kryją się w Pańskich ścianach?

Vadim Legkokonets: Tak około od 1968 roku zacząłem zbierać swoją kolekcję, ponieważ już dokładnie wiedziałem, jacy wykonawcy mi się najbardziej podobają. Materiałów do zbierania kolekcji wówczas w ZSRR praktycznie nie było żadnych. Moja kolekcja zaczęła się z oskarżających artykułów z radzieckiej prasy. Ale już nawet to wystarczało w tamtym czasie. Starannie wycinałem z gazet i czasopism artykuły i wklejałem je do specjalnego albumu. Podobało mi się, że było tam napisane właśnie o THE BEATLES i nie ważne, co dokładnie pisali. Często w takich artykułach były także rysunki lub fotografie beatlesów. Niech nawet je zamieszczali jako karykaturę, ale tam była chociaż jakaś tam informacja o THE BEATLES i  mnie to starczało.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to zwyczajna makulatura. Jednak razem z tym, te stare wycinki wielokrotnie służyły różnym ludziom. Na podstawie zebranych przez mnie materiałów, studentka kierunku literackiego Kijowskiego Państwowego Uniwersytetu napisała i obroniła dyplom z wyróżnieniem. Również po te materiały często zgłaszają się dziennikarze i historycy.
Swoja pierwszą płytę kupiłem w 1972 roku i znów za pieniądze, które odłożyłem ze śniadań. To był album "Let It Be" made in West Germany. Sama płyta była strasznie zajeżdżona, a koperta bardzo zatarta. Miejscami okładka była nawet podretuszowana czarną farbą i podklejona. Za to sprzedali mi ją za 25 rubli, co wychodziło dwa razy taniej, niż nowa płyta. 
Teraz w moja kolekcja liczy ponad 600 winylowych płyt kwartetu THE BEATLES i jego byłych członków z różnych stron świata. Najdroższa mojemu sercu płyta to album Paula McCartneya "Flaming Pie", którą mi osobiście podpisał przed koncertem w Kijowie w czerwcu 2008 roku. Wśród pozostałych unikatów wymieniłbym jeszcze pierwszy singiel "Love Me Do", od którego zaczął się triumfalny pochód THE BETALES i pierwsze wydanie ich debiutanckiego albumu "Please Please Me". Te wydania mają już po 50 lat, ale dzięki bardzo starannemu przechowywaniu u mnie są praktycznie jak nowe. 
Płyt kompaktowych z beatelsowską tematyką jest u mnie jeszcze więcej, niż analogów. Ich liczba już dawno przekroczyła 1000. A z rozwojem możliwości montażu i przygotowywania płyt DVD w warunkach domowych, pojawiła się jeszcze chęć zebrania wszystkich amatorskich nagrań, zrobionych przez widzów w czasie koncertów, tak zwanych home video. Liczba tych nagrań też już zaczyna przybliżać się do 1000 płyt.



- Widziałem w programie telewizyjnym, że posiada Pan nagrania THE BEATLES "na kościach'". Czy mógłby Pan opowiedzieć jak do Pana trafiło zdjęcie rentgenowskie i która z piosenek jest na nim nagrana? 

Vadim Legkokonets: W związku z tym, że w Związku Radzieckim beatelsowskie nagrania nie były wydawane na winylach, ludzie starali się każdym sposobem zdobyć ja na wszystkich możliwych nośnikach.

Jeśli udawało się u znajomego przegrać na magnetofon płytę z importu - to było to wielkim sukcesem. Jednak rodzima taśma, zwłaszcza w latach 60., była niskiej jakości i często się rwała. Sklejaliśmy ją na zakładkę, nakładając końce jeden na drugi. Na skutek takiego klejenia część fonogramy przepadała. I wtedy sprytni zaczęli dumać nad tym, że najbardziej trwałym nośnikiem jest płyta. Ale jak ją przygotować w warunkach domowych?
Wyjście z sytuacji podpowiedziały sprzedawane w tamtych czasach w ogromnym nakładzie giętkie płyty. Ludzie domyślili się, że na podobnym materiale można robić nieoficjalne nagrania. W tym czasie w kraju było kilka studii, które przygotowywały listy dźwiękowe. Urządzenia, które wycinały na lakowej powierzchni ścieżkę dźwiękową, były bardzo prymitywne i nadawały się wyłącznie do nagrania mowy. Lecz ludowe złote rączki unowocześnili te aparaty, przełożyli je na szybkość 33 obrotów na minutę, co pozwoliło robić całkiem niezłe nagrania muzyczne. A jako materiał dla nagrań wymyślili wykorzystanie zdjęć rentgenowskich. Duży format tych zdjęć nawet pozwalał nagrać nie jedną, a dwie piosenki na taką samorobną płytę. Jakość dźwięku była na nich koszmarna. Za to płytę można było giąć ile dusza zapragnie - wytrzymywała każde mechaniczne działanie. Od razu w kraju pojawiły się nagrania Elvisa Presleya, zespołów THE BEATLES i ROLLING STONES na zdjęciach. Jednakże ich pochodzenie póki co było nie znane i dostać się do takich płyt można było tylko przez znajomych. Później w sekrecie mi powiedziano, że podobne płyty mozna znaleźć w studiach nagrywających kartki dźwiękowe. Wtedy w Kijowie były 2 takie studia i zdecydowałem się sprawdzić informację samodzielnie.  
I oto pewnego wrześniowego dnia albo w 1969 roku, albo w 1970 roku, kiedy zebrałem trochę drobnych, zdecydowałem się zajść do studia i samemu sobie zrobić prezent na urodziny. Studio, położone na bulwarze Lesi Ukrainki 11 było najpopularniejszym w tym czasie. Na scianie wisiała lista kompozycji, które można było zamówić. Spis, który ciągnął się przez kilka kartek kancelaryjnych, był wydrukowany na maszynie do pisania i zawierał imponujący katalog. Coś około 180 pozycji. Mój wzrok zatrzymał się na końcu listy. Właśnie tam po pustej linii następował tytuł "Zagraniczna scena" i spis wykonawców wypisanych w rosyjskiej transkrypcji. Zachodni wykonawcy stanowili jakieś 20 procent całej listy. Ale wybrać cokolwiek było bardzo trudno. Praktycznie niczego nie znałem z listy. Przecież znaliśmy wtedy wszystko ze słyszenia. I tu nagle ze studia dobiega "Can't Buy Me Love". Oto właśnie czego mi trzeba było! Ale gdzie ta nazwa na liście? Przecież przyjmującej zamówienia trzeba było podać numer porządkowy z listy. Jeszcze raz i jeszcze raz przebiegam oczami po spisie i zupełnie nie mogę znaleźć tej piosenki w katalogu. Musiałem zwrócić się wprost do operatora. Chłopak koło trzydziestki, zauważył, że jest możliwość zarobić, szepnął mi, że wszystko dla mnie załatwi. Poprosił o 1 rubla i powiedział, żebym przyszedł tuż przed zamknięciem.
Przyszło mi czekać ponad godzinę, Kiedy zakończyło się przygotowywanie mojego zamówienia, w studiu juz nikogo nie było. Operator schował płytę w kopertę reklamową, na której był adres studia, podał ją mi i się pożegnał. Przez jakiś czas stałem zdezorientowany. Przecież dałem mu całego rubla, a wartość nagrania jednej piosenki na płytą według cennika kosztowała 80 kopiejek. Ten moment mocno wrył mi się w pamięć, ponieważ chciałem po drodze do domu kupić jeszcze lody. 20 kopiejek reszty starczyłoby aż nadto. Ulubiony śmietankowy lód w wafelkowym kubeczku kosztował 9 kopiejek. Lecz kiedy zajrzałem do koperty, to wszystko zrozumiałem. Zamiast standardowego nagrania w kopercie leżało zdjęcie rentgenowskie. Widziałem podobne płyty także wcześniej, ale własna to była moja pierwsza! Do tego z nagraniem THE BEATLES!
Płyty na zdjęciach rentgenowskich, jak i wiele kartek dźwiękowych, miały w tym czasie nieprawidłową formę. Moje zdjęcie także miał formę kwadratu. Przy odtwarzaniu płyty  jej kąty zahaczały o ramię adaptera. Próbowałem zaznaczyć kolistość szkolnym cyrklem, ale wyszła źle scentrowana. Musiałem zwrócić się o podpowiedź do "znawców". Chłopaki, trochę starsi ode mnie, posiadający i do dziesięciu takich "kosteczek", podpowiedzieli mi wtedy rozwiązanie problemu. Położyłem swoją płytkę na adapter, a na górę nałożyłem singiel winylowy "Melodii". Zwykłym ołówkiem zaznaczyłem okrąg i po zaznaczeniu wyciąłem starannie krąg nożycami. Tak właśnie stałem się posiadaczem unikalnej płyty.

- A propos, Pan nie tylko zbiera różne artefakty, ale również otwiera świat beatlesów dla innych. Proszę powiedzieć w jaki sposób Pan propaguje twórczość THE BEATLES u siebie w ojczyźnie?

Vadim Legkokonets: Doprecyzowałbym, że nie tyle propaguje twórczość THE BEATLES, co podtrzymuję zainteresowanie nimi. Beatlomania u nas na Ukrainie ma periodyczny charakter. Jak tylko ma miejsce jakieś ważne zdarzenie, to od razu wszyscy zwracają się w stronę muzyki beatlesów. Tak było w 2008 roku. Po koncercie Paula McCartneya na Ukrainie nasz klub liczebnie znacznie powiększyła młodzież. Dziewczynki i chłopaczki w wieku 15-18 lat mówili mi "Jak to tak, że wcześniej nie znaliśmy i słuchaliśmy tej muzyki?". I właśnie to rozbudzone w młodzieży zainteresowanie trzeba podtrzymywać wciąż najróżniejszymi klubowymi przedsięwzięciami. Kiedy dowiedzieliśmy się, ze w grudniu 2011 roku Paul McCartney da koncert w Moskwie, to da mnie zwróciły się dziesiątki ludzi, którzy chcieli trafić na ten koncert. Siłami naszego beatlowskiego klubu zdobyliśmy dla wszystkich ochotników bilety na ten koncert, a nawet zorganizowaliśmy przejazd autobusem do Moskwy.

Teraz wciąż chodzą słuchy, że Paul McCartney może da koncert we Wrocławiu. Jeśli ta informacja potwierdzi się, to może także będziemy rozpatrywać możliwość takiego samego wyjazdu do Polski. 
Cały pozostały czas przygotowujemy dla naszych współklubowiczów przeróżne wyroby pamiątkowe. To są głównie znaczki i koszulki, które są dedykowane różnym datom w beatelsowskiej historii. Z każdym rokiem liczba chętnych do kupienia podobnych pamiątek stale rośnie.












- Wiem, że był Pan na koncertach byłych beatlesów, ale czy udało się Panu z nimi bliżej skontaktować?

Vadim Legkokonets: Tak, udało mi się porozmawiać z Paulem McCartneyem i Ringo Starrem przed ich koncertami u nas w Kijowie. 
Paul McCartney w ogóle wywołał u nas dziki zachwyt. Na spotkaniu z nim podarowaliśmy mu prezent - ukraiński instrument strunowy kobzę. Warte uwagi jest jeszcze to, że instrument był wykonany w 1956 roku. Dokładnie w tym roku Paul kupił swoją pierwszą gitarę i napisał pierwszą piosenkę. Ten instrument lutnik przekonstrułował dla gry pod lewą rękę. Na niego nanieśliśmy zdobne inicjały McCartneya i wygrewerowaliśmy napis pamiątkowy. Paul, jak prawdziwy mistrz swojego fachu, wziął w ręce nieznany mu instrument i od razu zaczął na nim grać! Ten moment został udokumentowany na wideo przez jego zespół i później pokazano go w wiadomościach na wszystkich wiodących ukraińskich (i nie tylko) stacjach telewizyjnych.
Ale Ringo Starr odniósł się wobec nas zimno. Podarowaliśmy mu pierwszą winylową płytę kwartetu THE BEATLES wydaną przez "Melodię" w ZSRR. Była oprawiona w ramę pod szkłem na tle oryginalnej flagi ZSRR z tamtych czasów. Jednak żadnego spotkania fanów z nim w jego grafiku nie zaplanowano. Chociaż nam jednak pozwolili na 2 godziny przed koncertem wręczyć jemu ten podarek, ale ani zdjęć z nim, ani autografów od niego nie mamy. Mimo wszystko nie jestem bardzo zawiedziony, ponieważ jeszcze 8 lat temu dostałem pocztą od menedżera artysty płytę kompaktową z autografem Ringo.


Podarek dla Ringo Starra (Vadim Legkokonets pierwszy z lewej)

- Rozumiem, że pytać Pana o ulubiony utwór nie ma sensu, ale może ma Pan jakiś ulubiony okres w twórczości wielkiej czwórki z Liverpoolu?

Vadim Legkokonets: Rzeczywiście tak jest. Nawet wymienić 10 czy 15 utworów jest bardzo trudno. To samo dotyczy także okresów ich twórczości. Przecież ja rosłem i dojrzewałem razem z nimi. Byłem świadkiem rodzenia się ich wspaniałych utworów. Dlatego trudno mi wyróżnić jakiemuś jednemu okresowi ich rozwoju, ponieważ ja sam rozwijałem się równolegle z nimi. Raczej to zależy od mojego nastroju co wybieram. Kiedy jest mi smutno, to kładę na adapter któryś z ich późniejszych albumów, gdzie występuja kompozycje filozoficzne. Ale kiedy mam wesoły humor i z czegoś się cieszę, to koniecznie w domu grają ich zadziorne wczesne rock-n-rolle.
To samo odpowiem, jeśli zadać mi pytanie dotyczące ulubionego beatlesa. Tak, bez wątpienia, w danym momencie życia, któregoś z beatlesów wysuwam na pierwszy plan. Ale potem zamienia go inny. I tak po kolei wszyscy czterej dookoła...Nie mogę oddać swojej uwagi i wyróżnić tylko jednemu z nich. Oni całe życie krążą przede mną, jak na karuzeli, zamieniając się wzajemnie, i nie mogę zatrzymać tej karuzeli.



- Kiedyś pisałam o Koli Wasinie. Panowie prywatnie się znają? A jeśli tak, to czy widział Pan jego kolekcję i czy może pan porównać wasze zasoby? Czego może mu Pan pozazdrościć i na odwrót?

Vadim Legkokonets: Niestety, z Kolą Wasinem dotychczas ani razu się nie spotkaliśmy. Byłem w Sankt Petersburgu w 2004 roku, przyjechałem specjalnie na koncert Paula McCartneya, który miał miejsce w tym mieście 20 czerwca. Rosyjscy beatlomani obiecali, ze zabiorą mnie do niego. Jednak czasu było na tyle mało, że nie udało nam się spotkać. Niestety, Koli nie ma na portalach społecznościowych. Nie znam też adresu jego elektronicznej poczty, mam za to zwykły domowy. Jednak odwykłem juz pisać listy na stare lata. Jednak mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się z nim spotkam.
Domyślam się, że Kola ma ogromną kolekcję i mam mu czego zazdrościć. W pierwszej kolejności - on ma autograf samego Johna Lennona! Oczywiście podobny autograf mógłbym kupić i ja, ale to już nie to samo i ja takich rzeczy nie robię. Zbieram autografy tylko tych ludzi, którzy dali mi je osobiście. Takim sposobem autografu Johna już nigdy nie będę miał. Ale to jest nieszkodliwa zazdrość. Jestem szczęśliwy, że choć jednemu z radzieckich ludzi poszczęściło się w ten czas smuty przezwyciężyć tą niewidoczną barierę ze światem zewnętrznym i dostać tak cenny podarek od wielkiego beatlesa,

- A czy jest jeszcze coś  (na przykład jakieś nagranie, książka albo inny artefakt zawiązany z THE BEATLES), którego Pan szuka, o którym marzy? 

Vadim Legkokonets: Myślę, że takie przedmioty, o których marzę, będą w moim życiu zawsze. Inaczej życie zatrzyma się i straci sens. Ciągle staram się nabyć coś nowego. I to podążanie zapala we mnie kolekcjonerski hazard, nie daje leżeć na kanapie. Nie mogę sobie wyobrazić tego czasu, kiedy rozejrzę się po stronach i powiem sobie, ze wszystko już mam. Jednak ciągle pojawiają się nowe i ciekawe kolejne wydania. Tak, na przykład, pod koniec zeszłego roku wyszedł box z elegancką książką i 16 zremasterowanymi stereo albumami THE BEATLES na winylu. Byłem jednym z pierwszych jego nabywców, kiedy tylko nowe egzemplarze przywieźli do nas na Ukrainę. Teraz czekam na pojawienie się takiego samego boxu z 13 monofonicznymi albumami, który ma ukazać się w kwietniu tego roku. Wszak nagrania mono trochę mają trochę inne miksy, niż te, które wychodziły na stereofonicznych winylach i mnie to bardzo ciekawi. Te nowe wydania nie zastąpią mi starych, a tylko je dopełnią.
Prócz tych standardowych wydań były indywidualne wydania w innych krajach. Często mają inne koperty i nawet inny wybór kompozycji. Niedawno postanowiłem zebrać wszystkie wydania, które były wydawane w krajach byłego bloku wschodniego. To odnosi się do płyt z beatlesowska tematyką z takich krajów jak Bułgaria, Węgry, RFN, Polska, Rumunia, Czechosłowacja i Jugosławia. Do tego nie zamierzam poskładać tych płyt w swoim mieszkaniu, Wręcz odwrotnie, chcę systematyzować całą informację o nich i wrzucić do Internetu w charakterze narzędzia dla kolekcjonerów. Ta idea przyszła do mnie całkiem niedawno, kiedy odkryłem, ze dotychczas nie ma ani książki, ani stron, które mogłyby opowiedzieć o beatlesowskich wydaniach wschodnioeuropesjkich krajów.



- Czelabińska grupa АРИЭЛЬ/ARIEL/ jest Panu zapewne znana. Jak kiedyś odnosił się Pan do rosyjsko języcznych coverów THE BEATLES i czy zmieniło się to podejście z czasem?

Vadim Legkokonets: O, tak, oczywiście. Pamiętam ich jeszcze z pierwszych nagrań, które pojawiły się w czasopiśmie muzycznym "Кругозор" na giętkich płytach na początku lat 70. Usłyszałem ich album z beatlesowskimi coverami od razu po tym, gdy się ukazał. Jeśli dobrze pamiętam, to było to gdzieś 10 lat temu. Spodobało mi się, że znajome melodie brzmią całkiem niezwyczjenie i różnorodnie. Jednak, jak mi się wydaje, tym nagraniom brakuje drive'u. Wiele kompozycji unosi słuchacza dokąś na stronę, a i teksty miejscami są dalekie od oryginału. No cóż, to tylko świadczy o tym, że beatlesi są uniakalni i niezastąpieni. 
Tym nie mniej, z przyjemnością słucham różnych coverów, ponieważ artyści, wykonujący je, przynoszą nam swoja interpretacją, swoją optykę znanych wszystkim melodii. W tej materii nie jestem konserwatystą. Uważam, że każde wykonanie, czy jest ono jazzowe czy w ultramodnym stylu rap, ma prawo do istnienia. To tylko podkreśla to, że muzykę beatlesów można wykonywać będąc w przywiązaniu do każdego stylu. I niektórzy wykonawcy nagrywają nawet wspaniałe wersje.

- I ostatnie pytanie. THE BEATLES słucha już trzecie pokolenie, jakby Pan objaśnił ten fenomen?

Vadim Legkokonets: To bardzo trudne pytanie. Miliony ludzi na ziemi lubią beatlesów. A jaką dać definicję dla słowa "miłość"? Czym można zmierzyć siłę swojego uczucia?  Kiedyś ta muzyka weszła burzą do mojego życia, kiedy miałem 10 lat i już na przeciągu 45 lat jest ze mną. To jest fenomen, którego sam sobie nie jestem w stanie wyjaśnić. 
Myślę, że rozwiązanie zagadki kryje się w ostatnich linijka albumu "Abbey Road", który nagrali na końcu swojej artystycznej drogi.Przypomnę je: «And in the end, the love you take is equal to the love you make».
Beatlesi obdarzyli nas przepiękną muzyką. W jej takt rośliśmy i uczyliśmy się, pracowaliśmy, odpoczywaliśmy, kochaliśmy i marzyliśmy. W tej muzyce odbił się nasz nastrój, w jej takt płynęło nasze życie. Myślę, że ci ludzie, którzy kiedyś usłyszeli beatlesów, teraz oddają im kawałek swojej miłości. I tak będzie dziać się z każdym pokoleniem, które będzie słuchało ich muzyki.

- Dziękuję bardzo za rozmowę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz