czwartek, 28 lutego 2013

Vadim Legkokonets - człowiek, którego warto znać (3)

Pamiętacie kim zaczęłam ten cykl? Pisałam o największym beatlomanie w Rosji. Dziś mam dla Was bardzo ciekawy wywiad z największym beatlomanem z Ukrainy. Vadim Legkokonets nie tylko zgodził się udzielić mi odpowiedzi na pytania, które pewnie już nie raz słyszał, ale opowiedział całą historię, która wciągnie w swój świat nie tylko fanów THE BEATLES! Dla mnie to wspaniałe świadectwo radzieckich czasów i tego, że czas, muzyki i zafascynowanych nią ludzi, się nie ima :)
Muszę przyznać, że takie wywiady to czysta przyjemność - ja zadaję pytanie, a w zamian dostaję morze informacji, podane w pięknej, gawędziarskiej oprawie! Zapraszam do lektury.



- Proszę opowiedzieć, jak zaczęła się Pana fascynacja THE BEATLES? przecież w ówczesnym ZSRR nie byli oni, delikatnie mówiąc, ulubieńcami władzy i ich nagrania nie były ogólnie dostępne.

Vadim Legkokonets: Wszystko zaczęło się w 1965 roku. Chociaż w domu do tego czasu już prawie 5 lat był magnetofon, ale nagrania z niego mnie nie zrobiły wrażenia. Ojciec nagrywał głównie piosenki z radzieckiej estrady, której ja także słuchałem, ale jakiegoś szczególnych emocji ta muzyka u mnie nie pobudzała. I oto kiedy poszedłem do pierwszej klasy, a miało to miejsce w 1965 roku, pozwolono mi samodzielnie posługiwać się całym elektronicznym sprzętem w domu. Wówczas w domu prócz wyżej wspomnianego magnetofonu były jeszcze 2 radioodbiorniki. Jeden malutki przenośny, który słabo chwytał dalekie radiostacje. Drugi - bardzo duży lampowy odbiornik z dużą ilością krótkofalowych skal dla odbioru dalekich radiostacji. Do tego, miał na górze, pod przykrywą sprzęt do przegrywania płyt winylowych. Co prawda, wybór płyt w naszej rodzinie w tamtym czasie był bardzo skąpym, dlatego ja głównie słuchałem radia.
Właśnie w tym czasie po raz pierwszy usłyszałem niezwyczajną wówczas dla radzieckich ludzi muzykę. Teraz wiem, że była to muzyka big beatowa. Jednak wtedy jeszcze nie znaliśmy tego nazewnictwa muzykalnych stylów i wszystko nazywaliśmy zbiorczym terminem "rock-n-roll". Rzecz jasna, że rytmy bitu prosto pulsowały, wywołując zachwyt i chęć energicznego ruszania się w ich takt. Właśnie to mnie zafrapowało w pierwszej kolejności, ponieważ miałem 7 lat, i cała młodzież w tym wieku właśnie tego pragnęła.
W tym czasie wielkiego bogactwa nagrań jeszcze nie było, a zachodnie radiostacje puszczały w eter ciągle te same utwory. Niedługo potem zacząłem je rozpoznawać. Jednak kto wykonuje te utwory, jeszcze wtedy nie wiedziałem. Niestety, absolutny brak znajomości języków obcych nie pozwalał wśród mowy spikera oddzielić i zapamiętać imion wykonawców.
Zapewne beatlomanem stałem się w 1965 roku, ale stałem się nim nieświadomie, ponieważ nie wiedziałem, kto wykonuje te utwory. Szybko zacząłem nagrywać audycje radiowe na magnetofon. Niestety, odbiornik nie miał specjalnego wejścia dla nagrywania. A i magnetofon był prymitywny, ale miałem mikrofon. Przystawiałem mikrofon do głośników radia i takim sposobem nagrywałem. Oczywiscie, że nie były one dobre jakościowo, ale  za to potem mogłem ulubione piosenki przesłuchiwać w nagraniu po kilka razy pod rząd.


Artykuł z czasopisma "Смена", 1964 rok

Dokładnie rok później, w 1966 roku, ojciec pojechał na wycieczkę turystyczną do NRD i Czechosłowacji. Stamtąd przywiózł pierwsze płyty z importu. Płyty głównie zawierały składanki piosenek różnych wykonawców. Ale wszystkie utwory były stylu rock-n-roll i to jeszcze bardziej mnie popchnęło w stronę tego, że zacząłem na poważnie fascynować się tym muzycznym stylem.
Termin "bitlas" czy "bitlasy" po raz pierwszy usłyszałem mniej więcej w tym czasie. Jednak tą nazwą w ZSRR nazywano każdego zachodniego wykonawcę, który nosił długie włosy i wykonywał rock-n-roll w języku angielskim. Słowo "bitlas" (właśnie tak mówiono, a nie «Битлз»/"Bitlz"/ [jak poprawnie jest dziś przyjęte po  rosyjsku zapisywać fonetycznie nazwę zespołu - przyp.K.P.]) miało negatywny wydźwięk tak jak "hippie". Ja sam myślałem, że ta nazwa odnosi się do wszystkich grup, wykonujących rock-n-roll z gitarami.
Szybko zacząłem poznawać wiele nowych piosenek, które w kółko grano w radiu. Jednak dopiero w 1968 roku z audycji "Głos Ameryki" nadawanej po rosyjsku dowiedziałem się, że istnieje zespół o nazwie «Битлз» i właśnie jego utwory najbardziej mi się podobały. Spiker tak też powiedział na antenie: "Właśnie posłuchaliśmy piosenki “Девушка” ["Girl"-przyp.K.P.] w wykonaniu kwartetu “Битлз” ". Dla mnie to był szok, przecież, jak się okazało pod tą nazwą chowali się całkowicie realni ludzie, Już wcześniej słyszałem nazwiska Lennona i McCartneya, ale uważałem ich za oddzielnych wykonawców i nawet nie mogłem sobie wyobrazić, że są oni częścią jednego kwartetu.  Utwór «Девушка» do tego czasu słyszałem juz wielokrotnie, ale dopiero w  1968 roku dowiedziałem się kto ją skomponowali i wykonuje. Właśnie dlatego, uważam, że powinno się liczyć moją już uświadomioną beatlomanię od 1968 roku.

- I to od razu Pana tak mocno złapało, że wiedział Pan, że zwiąże z THE BEATLES swoje życie?


Vadim Legkokonets: Myślę, że tak, to miało miejsce od razu, kiedy nauczyłem się oddzielać spośród ogólnej liczby wykonawców właśnie kwartet THE BEATLES. Można powiedzieć dokładnie, że miało to miejsce w 1968 roku. A to, jak prawidłowo pisze się nazwę grupy, dowiedziałem się dopiero w 1969 roku. Wówczas u nas w klasie były rozprowadzane koszmarnej jakości czarno-białe fotografie różnych zachodnich wykonawców. W większości robiono zdjęcie fotografii z rozlicznych zachodnich czasopism. A bywało, że kopie już robiono z wcześniej przygotowanych kopii. Dlatego jakość była straszna, ale na zestawie perkusyjnym mozna było wyraźnie przeczytać nazwę THE BEATLES. Co prawda, samych członków kwartetu jeszcze wtedy dobrze nie rozróżniałem. Byli, jak mi się wydawało, bardzo do siebie podobni. Takie samorobne fotografie kosztowały 15 kopiejek. Jeśli wziąć pod uwagę, że obiad w szkolnej stołówce kosztował 20 kopiejek, to cena fotografii nie była mała. Rodzice dawali mi pieniądze na szkolne obiady, ale ja je wydawałem na fotografie, a w domu mówiłem, że pieniądze wydałem w stołówce. Nie wiem dlaczego, ale od razu poczułem, że fascynacja kwartetem THE BEATLES będzie u mnie na długo. I, jak pokazał czas, okazało się, że na całe życie.




- Od kiedy zaczął Pan zbierać swoją kolekcję? Proszę o niej opowiedzieć, jakie unikaty kryją się w Pańskich ścianach?

Vadim Legkokonets: Tak około od 1968 roku zacząłem zbierać swoją kolekcję, ponieważ już dokładnie wiedziałem, jacy wykonawcy mi się najbardziej podobają. Materiałów do zbierania kolekcji wówczas w ZSRR praktycznie nie było żadnych. Moja kolekcja zaczęła się z oskarżających artykułów z radzieckiej prasy. Ale już nawet to wystarczało w tamtym czasie. Starannie wycinałem z gazet i czasopism artykuły i wklejałem je do specjalnego albumu. Podobało mi się, że było tam napisane właśnie o THE BEATLES i nie ważne, co dokładnie pisali. Często w takich artykułach były także rysunki lub fotografie beatlesów. Niech nawet je zamieszczali jako karykaturę, ale tam była chociaż jakaś tam informacja o THE BEATLES i  mnie to starczało.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to zwyczajna makulatura. Jednak razem z tym, te stare wycinki wielokrotnie służyły różnym ludziom. Na podstawie zebranych przez mnie materiałów, studentka kierunku literackiego Kijowskiego Państwowego Uniwersytetu napisała i obroniła dyplom z wyróżnieniem. Również po te materiały często zgłaszają się dziennikarze i historycy.
Swoja pierwszą płytę kupiłem w 1972 roku i znów za pieniądze, które odłożyłem ze śniadań. To był album "Let It Be" made in West Germany. Sama płyta była strasznie zajeżdżona, a koperta bardzo zatarta. Miejscami okładka była nawet podretuszowana czarną farbą i podklejona. Za to sprzedali mi ją za 25 rubli, co wychodziło dwa razy taniej, niż nowa płyta. 
Teraz w moja kolekcja liczy ponad 600 winylowych płyt kwartetu THE BEATLES i jego byłych członków z różnych stron świata. Najdroższa mojemu sercu płyta to album Paula McCartneya "Flaming Pie", którą mi osobiście podpisał przed koncertem w Kijowie w czerwcu 2008 roku. Wśród pozostałych unikatów wymieniłbym jeszcze pierwszy singiel "Love Me Do", od którego zaczął się triumfalny pochód THE BETALES i pierwsze wydanie ich debiutanckiego albumu "Please Please Me". Te wydania mają już po 50 lat, ale dzięki bardzo starannemu przechowywaniu u mnie są praktycznie jak nowe. 
Płyt kompaktowych z beatelsowską tematyką jest u mnie jeszcze więcej, niż analogów. Ich liczba już dawno przekroczyła 1000. A z rozwojem możliwości montażu i przygotowywania płyt DVD w warunkach domowych, pojawiła się jeszcze chęć zebrania wszystkich amatorskich nagrań, zrobionych przez widzów w czasie koncertów, tak zwanych home video. Liczba tych nagrań też już zaczyna przybliżać się do 1000 płyt.



- Widziałem w programie telewizyjnym, że posiada Pan nagrania THE BEATLES "na kościach'". Czy mógłby Pan opowiedzieć jak do Pana trafiło zdjęcie rentgenowskie i która z piosenek jest na nim nagrana? 

Vadim Legkokonets: W związku z tym, że w Związku Radzieckim beatelsowskie nagrania nie były wydawane na winylach, ludzie starali się każdym sposobem zdobyć ja na wszystkich możliwych nośnikach.

Jeśli udawało się u znajomego przegrać na magnetofon płytę z importu - to było to wielkim sukcesem. Jednak rodzima taśma, zwłaszcza w latach 60., była niskiej jakości i często się rwała. Sklejaliśmy ją na zakładkę, nakładając końce jeden na drugi. Na skutek takiego klejenia część fonogramy przepadała. I wtedy sprytni zaczęli dumać nad tym, że najbardziej trwałym nośnikiem jest płyta. Ale jak ją przygotować w warunkach domowych?
Wyjście z sytuacji podpowiedziały sprzedawane w tamtych czasach w ogromnym nakładzie giętkie płyty. Ludzie domyślili się, że na podobnym materiale można robić nieoficjalne nagrania. W tym czasie w kraju było kilka studii, które przygotowywały listy dźwiękowe. Urządzenia, które wycinały na lakowej powierzchni ścieżkę dźwiękową, były bardzo prymitywne i nadawały się wyłącznie do nagrania mowy. Lecz ludowe złote rączki unowocześnili te aparaty, przełożyli je na szybkość 33 obrotów na minutę, co pozwoliło robić całkiem niezłe nagrania muzyczne. A jako materiał dla nagrań wymyślili wykorzystanie zdjęć rentgenowskich. Duży format tych zdjęć nawet pozwalał nagrać nie jedną, a dwie piosenki na taką samorobną płytę. Jakość dźwięku była na nich koszmarna. Za to płytę można było giąć ile dusza zapragnie - wytrzymywała każde mechaniczne działanie. Od razu w kraju pojawiły się nagrania Elvisa Presleya, zespołów THE BEATLES i ROLLING STONES na zdjęciach. Jednakże ich pochodzenie póki co było nie znane i dostać się do takich płyt można było tylko przez znajomych. Później w sekrecie mi powiedziano, że podobne płyty mozna znaleźć w studiach nagrywających kartki dźwiękowe. Wtedy w Kijowie były 2 takie studia i zdecydowałem się sprawdzić informację samodzielnie.  
I oto pewnego wrześniowego dnia albo w 1969 roku, albo w 1970 roku, kiedy zebrałem trochę drobnych, zdecydowałem się zajść do studia i samemu sobie zrobić prezent na urodziny. Studio, położone na bulwarze Lesi Ukrainki 11 było najpopularniejszym w tym czasie. Na scianie wisiała lista kompozycji, które można było zamówić. Spis, który ciągnął się przez kilka kartek kancelaryjnych, był wydrukowany na maszynie do pisania i zawierał imponujący katalog. Coś około 180 pozycji. Mój wzrok zatrzymał się na końcu listy. Właśnie tam po pustej linii następował tytuł "Zagraniczna scena" i spis wykonawców wypisanych w rosyjskiej transkrypcji. Zachodni wykonawcy stanowili jakieś 20 procent całej listy. Ale wybrać cokolwiek było bardzo trudno. Praktycznie niczego nie znałem z listy. Przecież znaliśmy wtedy wszystko ze słyszenia. I tu nagle ze studia dobiega "Can't Buy Me Love". Oto właśnie czego mi trzeba było! Ale gdzie ta nazwa na liście? Przecież przyjmującej zamówienia trzeba było podać numer porządkowy z listy. Jeszcze raz i jeszcze raz przebiegam oczami po spisie i zupełnie nie mogę znaleźć tej piosenki w katalogu. Musiałem zwrócić się wprost do operatora. Chłopak koło trzydziestki, zauważył, że jest możliwość zarobić, szepnął mi, że wszystko dla mnie załatwi. Poprosił o 1 rubla i powiedział, żebym przyszedł tuż przed zamknięciem.
Przyszło mi czekać ponad godzinę, Kiedy zakończyło się przygotowywanie mojego zamówienia, w studiu juz nikogo nie było. Operator schował płytę w kopertę reklamową, na której był adres studia, podał ją mi i się pożegnał. Przez jakiś czas stałem zdezorientowany. Przecież dałem mu całego rubla, a wartość nagrania jednej piosenki na płytą według cennika kosztowała 80 kopiejek. Ten moment mocno wrył mi się w pamięć, ponieważ chciałem po drodze do domu kupić jeszcze lody. 20 kopiejek reszty starczyłoby aż nadto. Ulubiony śmietankowy lód w wafelkowym kubeczku kosztował 9 kopiejek. Lecz kiedy zajrzałem do koperty, to wszystko zrozumiałem. Zamiast standardowego nagrania w kopercie leżało zdjęcie rentgenowskie. Widziałem podobne płyty także wcześniej, ale własna to była moja pierwsza! Do tego z nagraniem THE BEATLES!
Płyty na zdjęciach rentgenowskich, jak i wiele kartek dźwiękowych, miały w tym czasie nieprawidłową formę. Moje zdjęcie także miał formę kwadratu. Przy odtwarzaniu płyty  jej kąty zahaczały o ramię adaptera. Próbowałem zaznaczyć kolistość szkolnym cyrklem, ale wyszła źle scentrowana. Musiałem zwrócić się o podpowiedź do "znawców". Chłopaki, trochę starsi ode mnie, posiadający i do dziesięciu takich "kosteczek", podpowiedzieli mi wtedy rozwiązanie problemu. Położyłem swoją płytkę na adapter, a na górę nałożyłem singiel winylowy "Melodii". Zwykłym ołówkiem zaznaczyłem okrąg i po zaznaczeniu wyciąłem starannie krąg nożycami. Tak właśnie stałem się posiadaczem unikalnej płyty.

- A propos, Pan nie tylko zbiera różne artefakty, ale również otwiera świat beatlesów dla innych. Proszę powiedzieć w jaki sposób Pan propaguje twórczość THE BEATLES u siebie w ojczyźnie?

Vadim Legkokonets: Doprecyzowałbym, że nie tyle propaguje twórczość THE BEATLES, co podtrzymuję zainteresowanie nimi. Beatlomania u nas na Ukrainie ma periodyczny charakter. Jak tylko ma miejsce jakieś ważne zdarzenie, to od razu wszyscy zwracają się w stronę muzyki beatlesów. Tak było w 2008 roku. Po koncercie Paula McCartneya na Ukrainie nasz klub liczebnie znacznie powiększyła młodzież. Dziewczynki i chłopaczki w wieku 15-18 lat mówili mi "Jak to tak, że wcześniej nie znaliśmy i słuchaliśmy tej muzyki?". I właśnie to rozbudzone w młodzieży zainteresowanie trzeba podtrzymywać wciąż najróżniejszymi klubowymi przedsięwzięciami. Kiedy dowiedzieliśmy się, ze w grudniu 2011 roku Paul McCartney da koncert w Moskwie, to da mnie zwróciły się dziesiątki ludzi, którzy chcieli trafić na ten koncert. Siłami naszego beatlowskiego klubu zdobyliśmy dla wszystkich ochotników bilety na ten koncert, a nawet zorganizowaliśmy przejazd autobusem do Moskwy.

Teraz wciąż chodzą słuchy, że Paul McCartney może da koncert we Wrocławiu. Jeśli ta informacja potwierdzi się, to może także będziemy rozpatrywać możliwość takiego samego wyjazdu do Polski. 
Cały pozostały czas przygotowujemy dla naszych współklubowiczów przeróżne wyroby pamiątkowe. To są głównie znaczki i koszulki, które są dedykowane różnym datom w beatelsowskiej historii. Z każdym rokiem liczba chętnych do kupienia podobnych pamiątek stale rośnie.












- Wiem, że był Pan na koncertach byłych beatlesów, ale czy udało się Panu z nimi bliżej skontaktować?

Vadim Legkokonets: Tak, udało mi się porozmawiać z Paulem McCartneyem i Ringo Starrem przed ich koncertami u nas w Kijowie. 
Paul McCartney w ogóle wywołał u nas dziki zachwyt. Na spotkaniu z nim podarowaliśmy mu prezent - ukraiński instrument strunowy kobzę. Warte uwagi jest jeszcze to, że instrument był wykonany w 1956 roku. Dokładnie w tym roku Paul kupił swoją pierwszą gitarę i napisał pierwszą piosenkę. Ten instrument lutnik przekonstrułował dla gry pod lewą rękę. Na niego nanieśliśmy zdobne inicjały McCartneya i wygrewerowaliśmy napis pamiątkowy. Paul, jak prawdziwy mistrz swojego fachu, wziął w ręce nieznany mu instrument i od razu zaczął na nim grać! Ten moment został udokumentowany na wideo przez jego zespół i później pokazano go w wiadomościach na wszystkich wiodących ukraińskich (i nie tylko) stacjach telewizyjnych.
Ale Ringo Starr odniósł się wobec nas zimno. Podarowaliśmy mu pierwszą winylową płytę kwartetu THE BEATLES wydaną przez "Melodię" w ZSRR. Była oprawiona w ramę pod szkłem na tle oryginalnej flagi ZSRR z tamtych czasów. Jednak żadnego spotkania fanów z nim w jego grafiku nie zaplanowano. Chociaż nam jednak pozwolili na 2 godziny przed koncertem wręczyć jemu ten podarek, ale ani zdjęć z nim, ani autografów od niego nie mamy. Mimo wszystko nie jestem bardzo zawiedziony, ponieważ jeszcze 8 lat temu dostałem pocztą od menedżera artysty płytę kompaktową z autografem Ringo.


Podarek dla Ringo Starra (Vadim Legkokonets pierwszy z lewej)

- Rozumiem, że pytać Pana o ulubiony utwór nie ma sensu, ale może ma Pan jakiś ulubiony okres w twórczości wielkiej czwórki z Liverpoolu?

Vadim Legkokonets: Rzeczywiście tak jest. Nawet wymienić 10 czy 15 utworów jest bardzo trudno. To samo dotyczy także okresów ich twórczości. Przecież ja rosłem i dojrzewałem razem z nimi. Byłem świadkiem rodzenia się ich wspaniałych utworów. Dlatego trudno mi wyróżnić jakiemuś jednemu okresowi ich rozwoju, ponieważ ja sam rozwijałem się równolegle z nimi. Raczej to zależy od mojego nastroju co wybieram. Kiedy jest mi smutno, to kładę na adapter któryś z ich późniejszych albumów, gdzie występuja kompozycje filozoficzne. Ale kiedy mam wesoły humor i z czegoś się cieszę, to koniecznie w domu grają ich zadziorne wczesne rock-n-rolle.
To samo odpowiem, jeśli zadać mi pytanie dotyczące ulubionego beatlesa. Tak, bez wątpienia, w danym momencie życia, któregoś z beatlesów wysuwam na pierwszy plan. Ale potem zamienia go inny. I tak po kolei wszyscy czterej dookoła...Nie mogę oddać swojej uwagi i wyróżnić tylko jednemu z nich. Oni całe życie krążą przede mną, jak na karuzeli, zamieniając się wzajemnie, i nie mogę zatrzymać tej karuzeli.



- Kiedyś pisałam o Koli Wasinie. Panowie prywatnie się znają? A jeśli tak, to czy widział Pan jego kolekcję i czy może pan porównać wasze zasoby? Czego może mu Pan pozazdrościć i na odwrót?

Vadim Legkokonets: Niestety, z Kolą Wasinem dotychczas ani razu się nie spotkaliśmy. Byłem w Sankt Petersburgu w 2004 roku, przyjechałem specjalnie na koncert Paula McCartneya, który miał miejsce w tym mieście 20 czerwca. Rosyjscy beatlomani obiecali, ze zabiorą mnie do niego. Jednak czasu było na tyle mało, że nie udało nam się spotkać. Niestety, Koli nie ma na portalach społecznościowych. Nie znam też adresu jego elektronicznej poczty, mam za to zwykły domowy. Jednak odwykłem juz pisać listy na stare lata. Jednak mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się z nim spotkam.
Domyślam się, że Kola ma ogromną kolekcję i mam mu czego zazdrościć. W pierwszej kolejności - on ma autograf samego Johna Lennona! Oczywiście podobny autograf mógłbym kupić i ja, ale to już nie to samo i ja takich rzeczy nie robię. Zbieram autografy tylko tych ludzi, którzy dali mi je osobiście. Takim sposobem autografu Johna już nigdy nie będę miał. Ale to jest nieszkodliwa zazdrość. Jestem szczęśliwy, że choć jednemu z radzieckich ludzi poszczęściło się w ten czas smuty przezwyciężyć tą niewidoczną barierę ze światem zewnętrznym i dostać tak cenny podarek od wielkiego beatlesa,

- A czy jest jeszcze coś  (na przykład jakieś nagranie, książka albo inny artefakt zawiązany z THE BEATLES), którego Pan szuka, o którym marzy? 

Vadim Legkokonets: Myślę, że takie przedmioty, o których marzę, będą w moim życiu zawsze. Inaczej życie zatrzyma się i straci sens. Ciągle staram się nabyć coś nowego. I to podążanie zapala we mnie kolekcjonerski hazard, nie daje leżeć na kanapie. Nie mogę sobie wyobrazić tego czasu, kiedy rozejrzę się po stronach i powiem sobie, ze wszystko już mam. Jednak ciągle pojawiają się nowe i ciekawe kolejne wydania. Tak, na przykład, pod koniec zeszłego roku wyszedł box z elegancką książką i 16 zremasterowanymi stereo albumami THE BEATLES na winylu. Byłem jednym z pierwszych jego nabywców, kiedy tylko nowe egzemplarze przywieźli do nas na Ukrainę. Teraz czekam na pojawienie się takiego samego boxu z 13 monofonicznymi albumami, który ma ukazać się w kwietniu tego roku. Wszak nagrania mono trochę mają trochę inne miksy, niż te, które wychodziły na stereofonicznych winylach i mnie to bardzo ciekawi. Te nowe wydania nie zastąpią mi starych, a tylko je dopełnią.
Prócz tych standardowych wydań były indywidualne wydania w innych krajach. Często mają inne koperty i nawet inny wybór kompozycji. Niedawno postanowiłem zebrać wszystkie wydania, które były wydawane w krajach byłego bloku wschodniego. To odnosi się do płyt z beatlesowska tematyką z takich krajów jak Bułgaria, Węgry, RFN, Polska, Rumunia, Czechosłowacja i Jugosławia. Do tego nie zamierzam poskładać tych płyt w swoim mieszkaniu, Wręcz odwrotnie, chcę systematyzować całą informację o nich i wrzucić do Internetu w charakterze narzędzia dla kolekcjonerów. Ta idea przyszła do mnie całkiem niedawno, kiedy odkryłem, ze dotychczas nie ma ani książki, ani stron, które mogłyby opowiedzieć o beatlesowskich wydaniach wschodnioeuropesjkich krajów.



- Czelabińska grupa АРИЭЛЬ/ARIEL/ jest Panu zapewne znana. Jak kiedyś odnosił się Pan do rosyjsko języcznych coverów THE BEATLES i czy zmieniło się to podejście z czasem?

Vadim Legkokonets: O, tak, oczywiście. Pamiętam ich jeszcze z pierwszych nagrań, które pojawiły się w czasopiśmie muzycznym "Кругозор" na giętkich płytach na początku lat 70. Usłyszałem ich album z beatlesowskimi coverami od razu po tym, gdy się ukazał. Jeśli dobrze pamiętam, to było to gdzieś 10 lat temu. Spodobało mi się, że znajome melodie brzmią całkiem niezwyczjenie i różnorodnie. Jednak, jak mi się wydaje, tym nagraniom brakuje drive'u. Wiele kompozycji unosi słuchacza dokąś na stronę, a i teksty miejscami są dalekie od oryginału. No cóż, to tylko świadczy o tym, że beatlesi są uniakalni i niezastąpieni. 
Tym nie mniej, z przyjemnością słucham różnych coverów, ponieważ artyści, wykonujący je, przynoszą nam swoja interpretacją, swoją optykę znanych wszystkim melodii. W tej materii nie jestem konserwatystą. Uważam, że każde wykonanie, czy jest ono jazzowe czy w ultramodnym stylu rap, ma prawo do istnienia. To tylko podkreśla to, że muzykę beatlesów można wykonywać będąc w przywiązaniu do każdego stylu. I niektórzy wykonawcy nagrywają nawet wspaniałe wersje.

- I ostatnie pytanie. THE BEATLES słucha już trzecie pokolenie, jakby Pan objaśnił ten fenomen?

Vadim Legkokonets: To bardzo trudne pytanie. Miliony ludzi na ziemi lubią beatlesów. A jaką dać definicję dla słowa "miłość"? Czym można zmierzyć siłę swojego uczucia?  Kiedyś ta muzyka weszła burzą do mojego życia, kiedy miałem 10 lat i już na przeciągu 45 lat jest ze mną. To jest fenomen, którego sam sobie nie jestem w stanie wyjaśnić. 
Myślę, że rozwiązanie zagadki kryje się w ostatnich linijka albumu "Abbey Road", który nagrali na końcu swojej artystycznej drogi.Przypomnę je: «And in the end, the love you take is equal to the love you make».
Beatlesi obdarzyli nas przepiękną muzyką. W jej takt rośliśmy i uczyliśmy się, pracowaliśmy, odpoczywaliśmy, kochaliśmy i marzyliśmy. W tej muzyce odbił się nasz nastrój, w jej takt płynęło nasze życie. Myślę, że ci ludzie, którzy kiedyś usłyszeli beatlesów, teraz oddają im kawałek swojej miłości. I tak będzie dziać się z każdym pokoleniem, które będzie słuchało ich muzyki.

- Dziękuję bardzo za rozmowę!

poniedziałek, 25 lutego 2013

Muzyczne gadżety (10) kaseta magnetofonowa

Tak, zaraz będzie o muzycznych gadżetach, ale na wstępie - podziękowania.  A kieruję je pod adresem Macieja, który w niedzielę z czystego serca i wielkodusznie zasilił moją muzyczną biblioteczkę! Nie dość, że nowych tytułów mam tyle, że zrobiłam sobie losowanie, od której zacznę czytanie (padło na Didurowa "Четверть века в роке"), to jeszcze są one tak dla mnie cenne, że wygospodarowałam dla nich osobną półkę:) Jeszcze raz - WIELKIE DZIĘKI MACIEJU!!! Specjalnie dla Ciebie:


Po sentymentalnych designerskich powrotach do lat 80., nadeszła kolejna fala gry na sentymentach – tym razem o dekadę młodszych. Lata 90. w muzyce to wciąż czas dominacji kasety magnetofonowej, którą sukcesywnie wypierała płyta kompaktowa. Proces spowalniały ceny CD oraz fakt, że CD-R, nie mówiąc już o CD-RW jeszcze nie były ogólnie dostępne, a co za tym szło – domowym sposobem można było nagrywać nadal tylko na kasetach.

Dla mnie kaseta magnetofonowa nie przedstawia jakiegoś ważnego artefaktu, raczej uważam ją za stadium pośrednie między płytą winylową, czy jeszcze taśmą szpulową, a płytą kompaktową. Jednak są tacy, dla których kształt nośnika, mieszczącego się w walkmanie – przedstawia nostalgiczną wartość. I do tej grupy skierowane są poniższe gadżety.

Tradycyjnie kubki muszą być:)

Dobrze dopracowana w szczegółach kaseta, ale która godzina?

Ten pomysł znalazłam na stronie – stół można znaleźć tam w kilka kolorystycznych wariantach i jest to dokładna replika pierwowzoru w skali 12:1

Do domu można jeszcze kupić wycieraczkę!

A tu fantastyczna idea połączenia starego z nowym.

I klasyka – notes Moleskine, o którym marzy chyba każdy gryzipiórek, ze mną może nie na czele, ale gdzieś tam w połowie kolejki ;)


A tu coś dla tych, którzy wiedzą, że kasety odeszły do lamusa, ale chcą im postawić w domu mały pomnik.


To oczywiście tylko kilka przykładów, bo tradycyjnie można znaleźć mniej lub bardziej udane obrazki z kasetą na koszulkach, torebkach, pendrive'ach, etui do telefonów i innych urządzeń, które są elektronicznie sprytne. Czy płyta kompaktowa też za kilka lat doczeka się takiej gloryfikacji? Musiałaby najpierw zginąć z powszechnego obiegu, a póki co jej to nie grozi. Grozi jej raczej degradacja do materiału recyklingowanego – już teraz służy często powieszona na balkonach jako straszak na jaskółki (żeby nie zakładały gniazd, bo o ile jest to romantyczne, o tyleż kłopotliwe), lub jako część wystroju lokali – w postaci wiszącego świecidełka albo podkładki pod piwo.

czwartek, 21 lutego 2013

Dzień Wolności Prasy

«Press Freedom Day named after John Lennon» (British Council)

INTRODUCTION:
The British Council creates international opportunities for the people of the UK and other countries and builds trust between them worldwide. We call this work cultural relations.

Recognizing the useful contribution of John Lennon for the good of culture, education, freedom of speech and press freedom, the British Council is ready create the new holiday as tribute to this great man .........


John Lennon is the leader of the world known band The Beatles. Rock musician, singer, poet, composer, painter, writer, actor, and social activist .. Born on October 9, 1940 in Liverpool (UK).

About The Beatles were written millions of articles and books. Known song of John Lennon (Imagine) is the main anthem for all anti-war movements world wide, it is the symbol of cultural expressions, of religious tolerance and freedom of speech.

During the war in Vietnam, Lennon was against of this war. Different troubles waited him from the side of the US government by this and other reasons. Freedom of speech - the only dream at that time. It was risk, to save a large number of human lifes (care about people and them families). John Lennon welcomed ideas of the legendary Mahatma Gandhi (guide in the political actions of poet). And took part in many political actions for the good of Human rights. Peace without war - his main aim.

Fate of John Lennon has fantastic relation to the press, forever: because he was killed during several hours after the interview for journalists in New York (December 8, 1980). Exists record in audio format (the last interview in the life).

New holiday enters in legal force after the approval from UNESCO. Official date of the new event - day of the such approval from UNESCO. This will: «Press Freedom Day named after John Lennon» (British Council). All sub-units will be related with this noble holiday automatically (in many jurisdictions). Event under UNESCO (part of the UN) provides full legality and value of the new holiday on international level. Creative work of the band The Beatles - bright diamond of the British Monarchy in the scope of culture and education. Almost all Humanity thinks the same!

wtorek, 19 lutego 2013

Jegor Letow

Naprawdę nazywał się Igor Letow, urodził się w 1964 roku w Omsku, a jego biografią można by obdzielić kilku ludzi. Niezwyczajne życie dało o sobie znać już kiedy miał 13 lat i przeżył śmierć kliniczną. Muzycznie próbował swych wokalnych i kompozytorskich sił jeszcze przed rokiem 1984, ale to wtedy założył zespół, który stał się legendą. ГРАЖДАНСКАЯ ОБОРОНА, bo taką nazwą grupa została ochrzczona, łączyła w sobie punka, psychodelicznego rocka i piosenkę autorską.

Kiedy wraz ze swoim zespołem Jegor Letow przebił się z Syberii do stolicy zyskał sławę, ale i ściągnął na siebie poważne kłopoty. Krótko mówiąc podpadł władzom i 8 grudnia 1985 roku trafił do szpitala psychiatrycznego. Nie, nic mu nie było - to taka znana praktyka ówczesnych polityków, którzy w ten sposób neutralizowali swoich wrogów. 


Ten czas to koszmar, który Jegor nie tylko przeżył, ale wyszedł z niego obronną ręką za co należy mu się największy szacunek. W jego autobiografii pt. "Właśnie tak to wszystko było. Twórczo-polityczna autobiografa" muzyk tak opisywał swoje doświadczenia: Znajdowałem się pod "wzmocnioną opieką", na neuroleptykach. Zanim trafiłem do wariatkowa bałem się tego, że są niektóre takie rzeczy, których człowiek nie może wytrzymać. Nie może na czysto fizjologicznym poziomie. Domyślałem się, że to będzie najstraszniejsze. W wariatkowie, kiedy zaczęli mnie faszerować nie możliwymi do wytrzymania dozami neutroleptyków, perycjazyną - po końskiej dawce perycjazyny nawet oślepłem na jakiś czas - po raz pierwszy zetknąłem się ze śmiercią lub z tym, co jest gorsze od śmierci. To leczenie neutroleptykami jest wszędzie takie same, zarówno u nas, jak i w Ameryce. Wszystko zaczyna się od "nie możności usiedzenia na miejscu". Po zapodaniu zbyt wielkiej dawki tych lekarstw typu  haloperydolu człowiek powinien zmobilizować wszystkie swoje siły, żeby kontrolować swoje ciało, inaczej zaczyna się histeria, skurcze i tak dalej. Jeśli człowiek łamie się, następuje szok; zamienia się w zwierzę krzyczące, wijące się, gryzące. A dalej następowało jak zwykle "przywiązanie". Takiego człowieka przywiązywali do łóżka i kontynuowali zastrzyki, póki go nie przegrzało, "do pełna". Póki nie pojawiały się nieodwracalne zmiany w psychice. W większości to są preparaty, które robią z człowieka debila. Efekt jest podobny do lobotomii. Człowiek staje się po tym 'miękkim", "układnym" i złamanym na całe życie. Jak w powieści "Lot nad kukułczym gniazdem". W pewnym momencie zrozumiałem, że aby nie zwariować, muszę zacząć tworzyć. Cały dzień chodziłem i tworzyłem: pisałem opowieści i wiersze. Każdy dzień przychodził do mnie "Manadżer", Oleg Sudakow, którem podawałem przez kraty wszystko to, co napisałem.. 

I tak władza mimowolnie przyczyniła się do tego, że gdy Jegor opuścił zakład 7 marca 1986 roku, zaczęły się hurtowo pojawiać kolejne albumu jego zespołu. Dosłownie! bo do końca 1989 roku wyszło trzynaście albumów sygnowanych przez zespół ГРАЖДАНСКАЯ ОБОРОНА, a do pełnego rachunku doliczyć jeszcze trzeba kilka płyt, w których Jegor wówczas brał gościnny udział.

Na początku lat 90. Letow zawiesił działalność grupy, żeby po kilku latach wrócić do nagrań i włączyć się aktywnie w politykę. Przypominając o sobie coraz to nowymi albumami ГРАЖДАНСКАЯ ОБОРОНА zagrała z Jegorem ostatni koncert w 20008 roku w Jekaterynburgu. Dziesięć dni później w wieku 43 lat jego serce odmówiło posłuszeństwa i przestało bić. Po tak trudnym i wymagającym życiu nic dziwnego, że miało dość. 
Dziś od tego momentu mija właśnie pięć lat.

Jegora warto posłuchać - proszę poszukać na YouTube, a dziś, aby nie czcić muzyka chwilą ciszy - proponuję cover w wykonaniu zespołu ТРЕТИЙ РИМ. Moim skromnym zdaniem - świetny! i dający kolejny motyw do bliższego poznania dokonań Letowa.

niedziela, 17 lutego 2013

Wyjątek od reguły

Nigdy nie zamieszczam postów w niedzielę, ale dziś robię wyjątek, bo i o wyjątkowym człowieku będę pisać. A dzień wybrałam nie przez przypadek - dziś mija 25 lat od tragicznej śmierci Aleksandra Baszłaczowa.

Od kilku tygodni w zakładce "teraz słucham" widzicie okładkę płyty Aleksandra Baszłaczowa i jego chcę Wam przybliżyć. Szczerze pisząc, ta zakładka powinna w tym wypadku nosić nazwę "teraz wpadłam po uszy i nie mogę się oderwać od".
Kiedy usłyszałam nie tyle o nim samym (chociaż jak pięknie kiedyś o nim napisał Żytiński - Aleksandr to zjawisko przyrody), ale jego wykonania, poczułam jakby mi ktoś otworzył oczy, albo wyposażył w kolejny zmysł. Do dziś jest mi trudno ująć go w słowa - wolę go słuchać, niż definiować.


Jednak gdyby pokusić się opowiedzieć o nim to trzeba by tak naprawdę napisać książkę - bo to był człowiek-legenda, którego i tak w słowa nie dałoby się uchwycić, ale może pozwoliłyby zarysować pewne cechy, który pomogłyby zrozumieć jego świat.

Dla samej siebie ukułam termin - pieśniarz niematerialny. Sasza żył pieśnią, utworami, które pisał i śpiewał. Choć "śpiewał" to nie jest do końca trafne określenie. Jego wykonania to było coś miedzy krzykiem, a śpiewem. Zawsze bardzo emocjonalne - nie ważne, czy słuchało go pięć osób w mieszkaniu, czy pięćset w sali koncertowej. On nie odgrywał swoich występów, tylko je przeżywał, zatracał się w nich do tego stopnia, że jak wspominają naoczni świadkowie, bardzo często ścierał opuszki palców aż do krwi. Baszłaczow, jak wszyscy bardowie występował wyłącznie z akompaniamentem swojej dwunatostrunowej gitary akustycznej, i jak wszyscy rockmeni zawierał w swoich kompozycjach wiele buntu. Nie był jednak ani bardem, ani rockmenem.

Dlaczego nazwałam do niematerialnym? Z dwóch powodów. Pierwszy wiąże się z jego niespotykanie lekkim podejściem do zabiegania o sprawy materialne. Parę ostatnich lat swojego krótkiego życia spędził jako pieśniarz wędrujący między Petersburgiem a Moskwą. Nie dbał o to, gdzie będzie jutro spał, co będzie jadł - ważne, żeby ludzie słuchali jego muzyki i żeby czuli się nią wstrząśnięci.
Drugi powód, dla którego określenie niematerialny wydaje mi się dość trafne, to wspomniana na wstępie niemożność zamknięcia Saszy w słowach. Z jednej strony trzeba by opisać jego życie, z drugiej jego muzyczną biografię, z trzeciej przypatrzeć się jemu jako człowiekowi i chociaż robię to od kilku miesięcy nadal nie potrafię tego poskładać w jeden obraz.


Z jednej strony martwi mnie ignorancja wśród młodych Rosjan, dla których imię Aleksandr Baszłaczow już nic nie znaczy. Nie znają jego twórczości, często zupełnie nie kojarzą o kim mówię, a jeśli już gdzieś im się "obiły o uszy" jego wykonania, to za serce nie wzięły. Z drugiej strony mierzi mnie gdy znajduję fora, na których ludzie zajmują się wyłącznie tym czy Sasza skoczył z okna, czy z niego wypadł. Baszłaczow nigdy nie był muzykiem dla szerokiej publiczności - uciekał wręcz przed wielką sławą. Dowodem na to może być znana historia, kiedy to na dzień przed nagraniem płyty w studiu największej ówczesnej firmy fonograficznej - "Melodii", Aleksandr wyjechał.

Sasza przez prawie dwa lata pisał utwory jeden z drugim, a wszystkie zahaczały o geniusz. Jest w nich wiele wątków zaczerpniętych z folkloru, ze słowiańskich mitów, które łączył z codziennością, z uniwersalnymi prawdami lub z własnym światopoglądem. I choć na ich temat powstało już wiele naukowych prac, które miały na celu odkryć do końca sens wierszy Baszłaczowa, to nadal wiele rzeczy jest w nich jeszcze do odkrycia.
Dar pisania tak dobrych rzeczy, który Sasza dostał nagle nie wiadomo skąd, w równie tajemniczy i nagły sposób znikł. Aleksandr bardzo to przeżywał, podejmował kolejne próby pisarskie, ale natchnienie odeszło bezpowrotnie. Jeszcze półtora roku męki poszukiwań, prób wskrzeszenia i dwudziestosiedmioletni poeta przemierzył ostatnią drogę z okna ósmego piętra na chodnik...

Zamykanie go w muzeach (choć muszę od razu przyznać, że stała wystawa w Czerepowcu - mieście rodzinnym Saszy - jest imponująco zaaranżowana!), w biografiach, w planowanych pomnikach to nie jest  moim zdaniem najszczęśliwszy pomysł. Baszłaczowa trzeba po prostu słuchać i albo on gdzieś w Ciebie wrośnie, albo nie jest Wam po drodze. I tego drugiego wariantu wcale nie uważam za gorszy! Bo to tak jak z ludźmi: jednych lubimy, rozumiemy, chcemy z nimi przebywać - a inni są w naszym otoczeniu bez naszej woli i najchętniej wypchnęlibyśmy ich za margines naszej przestrzeni, aby zrobić więcej miejsca dla siebie.

Sama w pierwszym odruchu chciałam zająć się propagowaniem jego twórczości w Polsce, teraz wiem, że to niedobry pomysł. Kto ma trafić na Saszę w swoim życiu - to trafi, a liczba "lajków" nie ma tu żadnego znaczenia.

piątek, 15 lutego 2013

FOLKSWAGEN - Finowie, grający rosyjskiego rocka


nazwa: FOLKSWAGEN
rok powstania: 2000
miejsce powstania: Joensuu, Finlandia
język utworów: fiński, rosyjski, karelski
oficjalna strona zespołu: http://www.folkswagen.fi/

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy spotkali się fiński fascynat rosyjskiego rocka i dziennikarz. W rozmowie próbowali rozstrzygnąć dlaczego rosyjski rock jest tak mało znany w Finlandii. W końcu uznali, że samo użalanie się nie na wiele się zda i trzeba zacząć działać, żeby tą sytuację zmienić na lepsze. Najpierw grali akustyczne wersje utworów grup КИНО, АКВАРИУМ, ДДТ i NAUTILUS POMPILIUS.

FOLKSWAGEN brali udział w licznych festiwalach, grali koncerty w Finlandii, Karelii i Estonii. Sami muzycy określają swoją muzykę jako przygraniczny folk-rock. Prócz rosyjskiego rocka, zespół na swoich koncertach prezentuje rosyjskie przeboje, jak utwory Wysockiego, Okudżawy, piosenki z filmów a także własne wersje rosyjskich pieśni ludowych. "Чёрный ворон"/"Czarny kruk"/ w ich wykonaniu nabrał bardzo ludowego, fińskiego charakteru - posłuchajcie sami.

Tu możecie posłuchać ich wersji "Mama Anarchia", wykonywanej pierwotnie przez КИНО.





Dyskografia:

(2001) "Stolicznaja"
(2003) "Matkaselän asemalla" /"Na stacji Matkasela"/
(2005) "Karjalan balsamia" /"Karelski balsam"/
(2007) "Tienhaara"/"Rozstajne drogi"/
(2008) "Itärajan pojat - Valitut teokset" /"Na wschodniej granicy chłopców - Dzieła wybrane"/

czwartek, 14 lutego 2013

Książkowy przypływ

Przyszły!Są już u mnie zmówione w rosyjskiej księgarni książki. Szły równo dwa tygodnie, a ja (być może to  wpływ nie posiadania telewizora;D) podglądałam z zapartym tchem ich drogę korzystając z rosyjskiej i polskiej strony do śledzenia przesyłek. 

Co tu kryć kolekcja książek powiększyła się dzięki nim znacznie, a jedyny problem to już tylko ustalić co po kolei mam czytać! 
Jak widać, teraz w 90% króluje na mojej półce leningradzki rock, tak jak ostatnio w moim odkurzonym gramofonie:)

Na zdjęciu widać jeszcze moje nowe radio. Też dzisiaj do mnie trafiło, ale dla odmiany go nie kupiłam, tylko dostałam jako zbieracz poradzieckich wynalazków:) Widoczny na zdjęciu egzemplarz to łotewskie radio VEF 206 - wersja eksportowa (eksportowa, bo wychwytuje bardzo krótkie częstotliwości, które są najtrudniejsze do zakłócenia, więc w kraju rad, gdzie wszystko musiało być tajne nie mogło być sprzedawane).

No to zmykam do czytania - a radio wpierw powędruje do mojego Brata na reanimację:)

środa, 13 lutego 2013

Ksenia - leworęczna gitarzystka

Dziś chcę Wam zaprezentować gitarzystkę - moją imienniczkę, która na co dzień gra w zespole KYOTO. Ksenia Tałanowa jest, według mnie, technicznie bez zarzutu. Oczywiście, kiedy otworzycie poniższy filmik na youtube, to znajdziecie poniżej różne opinie internautów. Jednak nie przejmowałabym się zdaniem "wszystkowiedzących" i polegała raczej na własnych wrażeniach.

Ksenia w duecie z Daniiłem Swietłowem z AMATORY zagrała cover amerykańskiej grupy BORN OF OSIRIS.



Warto jeszcze dodać parę słów o KYOTO. Zespół powstał w 2009 roku na podwalinach dwóch innych grup. Ksenia Tałanowa od początku zasila skład, który po kilku zmianach chyba wreszcie okrzepł. Dziewczyna nie ma lekko, bo nie dość, że gra na gitarach dla leworęcznych (a w nich jest zawsze mniejszy wybór), to do tego ze względu na płeć jest dyskredytowana przez kolegów "po wiośle". Myślę, że ten film z Daniiłem, który wśród młodych perkusistów uchodzi za swego rodzaju "guru" pomoże jej przełamać stereotypy. 

sobota, 9 lutego 2013

Rock kluby w ZSRR

Rock kluby w Rosji to były miejsca, gdzie się nie tylko bywało, wokół nich skupiało się praktycznie całe muzyczne życie rockowych zespołów i ich słuchaczy z danego miasta. Największą sławą cieszył się Leningradzki Rock Klub, jednak każde większe miasto chciało mieć własny podobny ośrodek. Nie, władze nie zaliczały się do fanów ciężkiej muzyki - to był pomysł na usankcjonowanie zjawiska, które w latach 70/80. tak mocno się rozrastało, że brak nad nim kontroli zaczął martwić wierchuszkę. Idea, pomimo swoich tak mało chlubnych korzeni, okazała się bardzo trafną zwłaszcza z punktu widzenia zespołów :) I choć powstanie rock klubów zrodziło też pytanie o to, czy granie pod egidą organizacji, która jest poniekąd odgórnie kierowana przez znienawidzone władze, jest zasadne - to czas pokazał, że władza miała mało do powiedzenia, a kluby powoli uwalniały się od politycznej smyczy.


LENINGRADZKI ROCK KLUB (St.Petersburg, ul.Rubinsteina 13) po kilku próbach, dostał wreszcie zielone światło i 7 marca 1981 roku miał miejsce pierwszy koncert, który uważa sie za dzień otwarcia klubu (który Rock Klubem zaczęto nazywać dopiero rok póżniej). Na otwarciu grały dziś już legendarne zespoły, jak ПИКНИК, РОССИЯНЕ, МИФЫ i ЗЕРКАЛО.

Na jego przykładzie spróbuję opowiedzieć, jak wyglądała struktura rock klubów, bo jeśli wiecie, drodzy Czytelnicy, jak wyglądały wówczas takie organizacje na Zachodzie - to w radzieckiej Rosji było zupełnie inaczej. Po pierwsze były one bardziej podobne do - nieodżałowanych przeze mnie* - domów kultury, a kierowała nimi rada. W jej skład wchodzili partyjni i niezależni (na ile wówczas można było być) dziennikarze muzyczni: Aleksandr Żytiński, Andriej Burłaka oraz Artiom Troicki. Rock klub miał też swój regulamin i zgodnie z jego prawami przyjmowano muzyków w jego szeregi. Ci, którymi się poszczęściło i trafili na listę, mogli oficjalnie występować nie tylko w klubie, ale w ogóle na scenach w całym Związku Radzieckim. A o tym zespoły rockowe mogły wcześniej tylko pomarzyć!

Prócz regularnych koncertów rock kluby organizowały także coroczne festiwale. Kolejne idee znajdowały swoje odbicie w coraz to nowych przedsięwzięciach, zwłaszcza, kiedy w połowie lat 80. cenzura trochę odpuściła i z czasem można było sobie pozwolić na więcej awangardowych myśli.
Niestety, wraz z przyjściem pierestrojki, która dała jeszcze więcej swobody - przyszedł marazm, który doprowadził do zamknięcia rock klubów. Najlepiej można to chyba podsumować słowami Władimira Wysockiego, który już wcześniej prorokował to, co stanie się wraz z przyjściem lepszych czasów: dano mi wolność wczoraj - i co z nią teraz mam zrobić?

Rock kluby nie poradziły sobie z wolnością, opierały się jednak na pewnym przeciwstawieniu się, na buncie. Kiedy zniknął powód - zabrał ze sobą sens istnienia klubów, muzyka rockowa przestała być potrzebna i prawdziwa. Pojawiające się od czasu do czasu próby wskrzeszenia tych miejsc, o ile są chwalebne, o tyle nierealne. Nie da się wrócić tamtego ducha, a same ściany nie wystarczą.



MOSKIEWSKIE LABORATORIUM ROCKA istniało w latach 1986-1992 i również udało mu się zgromadzić prawdziwą rockową śmietankę. Od zespołów ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК, Э.С.Т, ЖЕНСКАЯ БОЛЕЗНЬ po takie jak АРИЯ, МОНГОЛ ШУУДАН, МАФИЯ. Tutaj również miały miejsce festiwale, które odbywały się pod zbiorczą nazwą "Festiwal nadziei". Bardzo ciekawą lekturą z perspektywy czasu są artykuły zamieszczane w "Moskiewskim Komsomolcu" z tamtych lat, które podsumowywały występy. Aktualny do dziś antagonizm między stolicami, podkreślany przez dziennikarzy, którzy dyskredytowali leningradzkie grupy - jest miejscami tak rażący, że aż śmieszny!
MRL od 1987 roku wydawało także własne czasopismo "Сдвиг" oraz biuletyn "Сдвиг-афиша".

SWIERDŁOWSKI ROCK KLUB powstał w tym samym roku, co Moskiewskie Rock Laboratorium, ale zamknął swoje podwoje już rok wcześniej. Mimo wszystko do dziś, po przerwie, obchodzone są kolejne urodziny Swierdłowskiego Rock Klubu. Polecam film, który powstał z okazji jubileuszu SRK, który bardzo skrótowo, ale interesująco przedstawia jego historię.




* Mam sentyment nie do komunizmu, ale do tej organizacji, która wychowała całe pokolenie - teraz młodzież może zapłacić za zajęcia i uczestniczyć w najbardziej bajecznych kursach. Jednak od dawna wiadomo, że jeśli ktoś coś ci daje za darmo - to mniej to szanujesz, a mimo wszystko młodzieży w domach kultury nie brakowało. A powszechność dostępu do Domu Kultury była również dużą wartoscią!

wtorek, 5 lutego 2013

Radziecka perkusja


Pisałam już o radzieckich gitarach elektrycznych i basowych, znalazł się też wpis o radzieckich syntezatorach, czas więc najwyższy, żeby wspomnieć o perkusji. Perkusiści to jedni z bardziej pokrzywdzonych przez stereotypy muzyków. Bo "wiadomo", jak ktoś chce grać a nie ma talentu, to siada za garami. Oczywiście nie wszystko jest takie proste i choć krąży wiele złośliwych anegdot o perkusistach - to nie chciałabym słuchać koncertu grupy metalowej bez perkusji - ciekawe kto by wtedy trzymał rytm w ryzach.

W Rosji mamy wiele przykładów świetnych perkusistów: Władimir Jermakow (ex-ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК, MECHANICAL POET), Maksim Udałow (АРИЯ), Aleksandr Maniakin (ex-АРИЯ; КИПЕЛОВ), żeby wymienić tylko klasyków gatunku. 

W radzieckiej Rosji również można było znaleźć uzdolnionych pałkarzy - gorzej przedstawiała się rodzima produkcja...W jej szereg wchodziła m.in. elektryczna perkusja "Elsita". Na ówczesne warunki nie był to jakiś szał, a dzisiaj? Nie udało jej się zaskarbić serc perkusistów, czego najlepszym dowodem może być to, że obserwowałam niedawno na jednym z forum próbę sprzedaży takiego sprzętu. Egzemplarz był sprawny i bardzo dobrze zachowany, a sprzedawca - wiedząc  co sprzedaje - był bardzo zadowolony, gdy ktoś się wreszcie zdecydował wziąć od niego Elsitę za (w przełożeniu na złotówki) 20pln....


Elektryczne perkusje się nie przyjęły na całym świecie - i dobrze. Jak dla mnie były próbą oszukania ludzkiego ucha, a co za tym idzie - spłaszczania odbioru. Ich największą zaletą była mobilność - zestaw czterech padów plus moduł za pomocą którego można było zmieniać brzmienie każdej z części z osobna. 
Niby z założenia nie było to takie złe, ale przekombinowane jak japońskie elektroniczne efekty do gitar. Nikt tego w stu procentach nie wykorzystał, za to plastikowo-sztuczne dźwięki pozostawiały, zwłaszcza w muzyce spod znaku new romantic, swój trwały, jednak nie najbardziej chlubny ślad.

sobota, 2 lutego 2013

GRIZZLY KNOWS NO REMORSE


nazwa: GRIZZLY KNOWS NO REMORSE 
rok powstania: 2009
miejsce powstania: Moskwa
język utworów: angielski
oficjalna strona zespołu: http://grizzlyknowsnoremorse.com/

Ogladając ostatnio film "Get True Stay Loud" rzucił mi się w uszy zespół GRIZZLY KNOWS NO REMORSE i dlatego dzisiaj kilka słów o nich. Najpierw grupa, której styl określa się jako southern rock / hardcore, zrobiła wokół siebie dużo pozytywnego szumu w moskiewskim środowisku muzycznym. Oczywiście zaczynali skromnie i nadal jednak są kapelą raczej "garażową", ale ich sława zatacza coraz szersze kręgi. 

Sławę przynosi im nie tylko muzyka, ale i spontacznie dzikie występy. Dla mnie ich muzyka broni się póki co sama, więc nie muszą oblewać publiczności piwem, jednak słuchaczom - sądząc po ich reakcjach w Internecie - takie zachowanie się podoba i tego od GRIZZLY KNOWS NO REMORSE oczekują.



Ze zdziwieniem zobaczyłam, że wokalista został zaproszony przez ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК do nagrania jednego z kawałków, który trafił na ich składankę odnowionych utworów. Chłopak całkiem nieźle sobie poradził i trzeba przyznać, iż pokazał bardzp ciekawą interpretcję (w odróżnieniu od niektórych gwiazd, które zaśpiewały z zadęciem i bez pomysłu). 

Choć sami muzycy przyznają się do inspiracji muzyka takich zespłów jak  EVERY TIME I DIE, NORMA JEAN, ARCHITECTS, CHASING VICTORY, MOTORHEAD, FOO FIGHTERS czy MAYLENE AND THE SONS OF DISASTER,  to dla mnie ich brzmienie jest najbliższe wczesnym nagraniom CORROSION OF CONFORMITY.

Dyskografia:

(2009) Flashback And Hangover (EP)
(2010) Watch Me Playing Rock 'N' Roll (singiel)
(2011) Bearotica (LP)