wtorek, 1 stycznia 2013

NIESPODZIANKA!!!

Dla tych, co rano wstają i dla tych wstają trochę później mam niespodziankę:) Prawie rok temu przeprowadziłam wywiady dla czasopisma, które niestety splatowało zanim zdążyło opublikować mój materiał. Ten miał potem trafić na nowo powstającą stronę o metalu...ale ta też nie powstała. Cóż, po całej współpracy pozostała li i jedynie niepochlebna recenzja na temat mojej książki (nota bene człowiek, który ją pisał miał w ogóle mgliste pojęcie o muzyce). Nie chciałam wywiadu obcinać, więc publikuję go w pełnej wersji ,bo myślę, ich odpowiedzi dziś byłyby podobne.



Pomimo napiętych terminów muzyków, udało mi się zająć kilkadziesiąt minut Władimirowi Hołstininowi. Gitarzysta, który tworzył ARIĘ od samych początków, jest zarówno kompozytorem i producentem. Prywatnie zaś to człowiek raczej mało wylewny i trudno namówić go na dłuższą pogawędkę, chyba, że temat zejdzie na jego kolekcję gitar...

- W 2011 roku ARIA nagrała nowy album z nowym wokalistą. I od tego chciałabym zacząć naszą rozmowę. Już kilka miesięcy „Feniks” cieszy uszy waszych fanów. Czy sam proces nagrywania czymś różnił się od poprzednich albumów?

Władimir Hołstinin: Tak, tym razem postprodukcja albumu była zrobiona w Danii w JAILHOUSE STUDIOS. Reszta, jeśli nie liczyć nowego wokalisty, niczym się nie różniła.

- Widzimy kontynuację współpracy z Cashem z grupy SLOT. Od kogo tym razem wyszła inicjatywa: od Ciebie? Czy od niego?

Władimir Hołstinin: Tematy utworów są moje, a ubranie ich w tekst to zasługa Igora.

- Moja ulubiona kompozycja na „Feniksie” to „Дальний свет”/„Długie światła”/, kojarzy mi się z  hitami lat 80, w najlepszym tego sformułowania znaczeniu. Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat jej powstania?

Władimir Hołstinin: Chciałem napisać bardzo prostą i niemodną piosenkę w duchu lat 80. To taka nostalgia po czasach, kiedy wszystko dopiero się zaczęło i wyraz szacunku dla grup, na muzyce których wyrośliśmy...

- A propos Twoich kompozycji, czy Siergiej Popow [drugi gitarzysta – przyp. K.P.], ma prawo wtrącać się do stworzonego przez Ciebie solo?

Władimir Hołstinin: Tak, pod warunkiem, że to będzie solówka do jego utworu (śmiech).

- Na miejsce Artura zaprosiliście Michaiła Żytniakowa – co konkretnie dla Ciebie było najważniejszym kryterium w doborze nowego wokalisty?

Władimir Hołstinin: Głos.

- A jak publiczność przyjmuje Michaiła?

Władimir Hołstinin: Mam wrażenie, że dobrze.

- Michaił to „świeża krew”, czy wlał nowe życie w wasze trasy?

Władimir Hołstinin: Tak naprawdę to nie jesteśmy imprezującym zespołem. W ARII zebrali się ludzie z dość różnymi spojrzeniami na życie, na politykę i na religię. Wiąże nas miłość do muzyki i czerpiemy radość z wspólnej pracy, ale w wolnym czasie rzadko zbieramy się razem.

- A co do tras, po tylu głośnych koncertach, kiedy wracasz do domu, przy czym wypoczywasz? To jakieś ciche zajęcie?

Władimir Hołstinin: I tak i nie. Mam w domu rybki Betta Splendens. Niedawno udało mi się wyhodować naprawdę rzadką w ubarwieniu ryb, żółto-niebieską gamę. A poza tym lubię spędzać czas na strzelnicy.

- Wróćmy do muzyki i do waszego ostatniego singla „Поле битвы”/„Pole bitwy”/. Nagrałeś tam utwór instrumentalny „На крыльях ветра”/„Na skrzydłach wiatru”/. Czy miałbyś chęć nagrać cały album z aranżacjami muzyki klasycznej, jak zrobił to np. Ritchie Blackmore na albumie „Impressions & Reflections”?

Władimir Hołstinin: O nie, to jest bardzo długa i nieprzyjemna praca, a ja jestem bardzo leniwym człowiekiem. Mam jeszcze jedną ideę, ale ona raczej nie dojdzie do skutku. A do tego masę czasu zabiera mi mandolina, na której staram się grać bluegrass dla duszy.

- A ta idea, czy to może muzyka filmowa? Chciałbyś spróbować swoich sił jako autor muzyki do filmu czy spektaklu?

Władimir Hołstinin: Nie, to nie dla mnie...

- W takim razie pozwól spytać o arkana Twojej pracy: jak wygląda brudnopis z melodiami Władimira Hołstinina? Czy to są akordy zapisane na kartce czy nagranie melodii w komputerze?

Władimir Hołstinin: Kiedyś wymyśliłem wstęp do utworu „Баллада о древнерусском воине”/„Ballada o staroruskim woju”/, gdy jechałem autobusem i zapisałem go na kawałku kartki, żeby nie zapomnieć. Ale to był wyjątek, teraz cała praca mieści się w komputerze i brudnopisy też są tam.

- A ile w Twojej twórczości jest natchnienia na wzór, jak to pisał Wysocki, „odwiedziła mnie muza”, a ile własnych poszukiwań?

Władimir Hołstinin: Na pewno występuje jedno i drugie, ale na nieszczęście, melodie przychodzą do głowy niespodziewanie i szybko. A już później zaczyna się wymagająca wysiłku praca nad stworzeniem utworu, która trwa miesiącami, jeśli nie liczyć do tego pracy nad tekstem (uśmiech).

- Napisałeś mnóstwo muzyki, czy zdarzyło Ci się, że wymyśliłeś melodię, riff i dopiero przy nagrywaniu zauważyłeś, że kiedyś już wykorzystałeś tą „nowość”? Coś na wzór podświadomego autoplagiatu?

Władimir Hołstinin: Ciągle o tym myślę, ale mimo tego odkrywam powtórzenia i przed, i po nagraniu. Walczyć z tym jest z czasem coraz trudniej, w końcu utworów przybywa, a pamięci jakoś tak ubywa!


- Czy prócz koncertów i prób ćwiczysz jeszcze na gitarze w domu?

Władimir Hołstinin: Nie ćwiczę, ale czasem muszę powtórzyć sobie swoje partie przed koncertami.

- Czy gitara ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?

Władimir Hołstinin: Oczywiście! Gitara, jak prawdziwa kobieta, cała jest jedną wielką zagadką.

A czy nachodzi Cię czasem myśl, aby nauczyć się gry na jakimś innym instrumencie prócz gitary i mandoliny?

Władimir Hołstinin: Tak, chciałem się trochę nauczyć grać na szkockich dudach. Dudy już mam, a czasu póki co nie. Ale nie tracę nadziei, już nawet znalazłem człowieka, u którego można wziąć kilka lekcji.

A propos mandoliny. Czy po albumie EPIDEMII „Эльфийская рукопись”/ „Elfowy rękopis” , na której albumie udzielałeś się na tym instrumencie, zajmowałeś się jeszcze produkcją całych albumów?

Władimir Hołstinin: Nie, to miało miejsce tylko jeden raz. Po pierwsze, ta praca zabiera dużo czasu, a po drugie muzycy ARII przyjęli moją producencką działalność z EPIDEMIĄ dosyć negatywnie i zdecydowałem się więcej tym nie zajmować.

- „Elfowy rękopis” był pierwszą rosyjską metal-operą. W projekcie tym brało udział wielu muzyków. Którego z nich było najtrudniej nagrywać?

Władimir Hołstinin: Z nikim nie było problemów przy nagrywaniu. Wszyscy byli przejęci ideą i pracowali z przyjemnością oraz dużym zaangażowaniem.

No to ostatnie moje pytanie dotyczące tego projektu: wśród wokalistów biorących udział w nagrywaniu „Elfowego rękopisu” był Dymitrij Borisienkow wokalista i gitarzysta legendarnej grupy ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК/CZARNY OBELISK/, który na co dzień zajmuje się produkowaniem albumów. Czy ten fakt jakoś wpływał na waszą współpracę? Było z nim lżej pracować czy wręcz przeciwnie?

Władimir Hołstinin: A z nim to nawet nie trzeba było pracować, jest prawdziwym profesjonalistą i wie, czego się od niego wymaga.

-  Jesteś znany nie tylko jako gitarzysta, ale także jako kolekcjoner gitar. Zakup której z nich najbardziej zapamiętałeś?

Władimir Hołstinin: To był mój pierwszy w życiu Fender, w odległym 1982 roku. Pieniędzy nie starczyło mi nawet na połowę jego wartości, a resztę sumy spłacałem prawie półtora roku. Pracowałem wtedy jako inżynier, po skończeniu politechniki, i każdego miesiąca musiałem oddać sto rubli, czyli całą swoją pensję!

A zawsze próbujesz gitarę przed jej kupnem, czy wystarcza Ci opis, rekomendacja, że dany model dobrze brzmi, ma wygodny gryf etc?

Władimir Hołstinin: Przy zakupach jestem skazany na internet, kupuję więc patrząc na fotografie i po opisie. Pomocne są moje doświadczenie i intuicja, ale bywają i nieudane wyroby.

Twoje gitary to eksponaty czy narzędzia pracy?

Władimir Hołstinin: Są takie i takie. Niektóre przedstawiają sobą wzór epoki, dobrze zachowany i rzadki instrument, inne wykonane są w jednym egzemplarzu i bardziej przypominają dzieła sztuki.

W swoim czasie prowadziłeś też master class. Jak czułeś się w roli nauczyciela? Czujesz do tego powołanie?

Władimir Hołstinin: Nie, zupełnie nie. Teraz w internecie można znaleźć bardziej uznanych nauczycieli. Uczyć się trzeba u muzyków, którzy wnieśli swój wkład w rozwój sztuki gitarowej i stworzyli własną szkołę.

Przemawia przez Ciebie skromność. Ostatnie moje pytanie będzie natomiast takie: co hasło „polska muzyka” Ci mówi? Jakie pierwsze skojarzenia przychodzą Ci do głowy?

Władimir Hołstinin: Mazurek, polonez, Chopin.

Dziękuję za rozmowę.

Witalij Dubinin (basista) wraz z Władimirem Hołstininem (gitarzystą) tworzą w ARII dobrze zgrany tandem muzyczny. Dubinin, który prawie od początku zasila szeregi legendarnej grupy jest zarazem jej producentem, a także często udziela się wokalnie na płytach i koncertach zespołu. Witalij jest człowiekiem bardzo otwartym, a co za tym idzie, bardzo bezpośrednim. Łatwo zirytować go nudnymi, nieprzemyślanymi pytaniami, ale kiedy znajdzie się z nim wspólny język - jest jak sezam pełen informacji i dobrego humoru.

Tak, jak w rozmowie z Władimirem, chciałabym zacząć nasze spotkanie od pytania o waszego nowego wokalistę. Jak z półrocznej perspektywy współpracy mógłbyś opisać Michaiła?

Witalij Dubinin: Michaił jest bardzo pracowitym, kontaktowym, sympatycznym w obejściu i przyciągającym do siebie człowiekiem. Bardzo szybko wpisał się w zespół i nie patrząc na różnicę wieku, wszyscy chłopacy bardzo się do niego zbliżyli.

Michaił zapewne może wiele się nauczyć od pozostałych „aryjczyków”. A czy Ty nauczyłeś się czegoś od niego?

Witalij Dubinin: Nie mogę mówić za resztę, ale, przynajmniej ja staram się być taki opanowany w kontaktach z nim jak on wobec innych. Niektórzy jego przyjaciele nazywają go „dyplomatą”, bardzo mi się to podoba, choć sam jestem zupełnie inny!

Ty też jesteś wokalistą. Porównując Twój głos na „АвАрии”/„AwArii”/[album, z autocoverami grupy – przyp.K.P.], gdzie przejąłeś rolę solisty, i na przykład na „Feniksie”, gdzie też się udzielasz, słychać dużą różnicę. Brałeś lekcje śpiewu między tymi albumami, czy wykorzystujesz doświadczenie wyniesione ze szkoły Gniesinych, gdzie przez pięć lat studiowałeś wokalistykę?

Witalij Dubinin: Nie, nie brałem w tym czasie lekcji śpiewu...(uśmiech). Po prostu te albumy są w bardzo odmiennym duchu, w różnym stylu, dlatego też są inaczej zaśpiewane. A do tego na „AwArii” zaśpiewałem zbyt miękko...A na „Feniksie” śpiewałem tak, jak zawsze śpiewałem na albumach ARII, począwszy od „Героя асфальта”/„Herosa asfaltu”/ [Witalij jako basista robił backwokale – przyp.K.P.]...Nie mogę powiedzieć, że Gniesinka nic mi nie dała, ale śpiewam tak jak mi się podoba, a nie tak jak jest prawidłowo.. (śmiech)

W 2011 roku ujrzała światło dzienne piosenka „Бабы, бабы”/„Baby, baby”/, którą nagrałeś poza ARIĄ, a która nawiązywała do stylistyki humorystycznej piosenki więziennej. Będzie ciąg dalszy?

Witalij Dubinin: Na Nowy Rok wrzuciłem też do sieci zapis demo jeszcze jednej piosenki „Пацаны”/ „Chłopaki”/...Dalej wróżyć nie mogę – trzeba ARIĄ się zająć. Ale może jakieś nagrania demo z serii „Baby, baby” jeszcze wrzucę do internetu.


To teraz porozmawiajmy o basie. Jesteś jednym z najlepszych basistów w Rosji, kogo wśród rosyjskich basistów wyróżniłbyś jako muzyków?

Witalij Dubinin: Po pierwsze – dziękuję za komplement! Po drugie, to na pewno Alika Granowskiego [pierwszy basista ARII, niezmienny od ćwierćwiecza lider zespołu MASTER – przyp.K.P.]! Uważam go za najlepszego. Jest wielu młodych dobrych basistów, Iwan Izotow [basista m.in. EPIDEMII – przyp.K.P.], na przykład...Ale tak w ogóle to ja raczej nie słucham rosyjskich grup. A dokładniej – w ogóle ich nie słucham. I kiedy mi się to zdarza, bardzo często jestem miło zaskoczony poziomem wykonania.

Spełniasz się także jako producent. Po ilu godzinach, siedząc przy pulpicie mikserskim, stwierdzasz: starczy, dziś już więcej nie mogę?

Witalij Dubinin: Jestem producentem tylko w ARII... To, o co pytasz oczywiście zdarza się, ale to nie zależy od czasu, który spędzam przy pulpicie...Jeśli wszystko idzie gładko i czujesz, że wychodzi dokładnie tak jak chciałeś, lub na odwrót nagle odkrywasz coś nowego, to, zazwyczaj, czasu i zmęczenia nie czujesz! I w drugą stronę, jeśli nic nie wychodzi, to gdy tylko to zrozumiesz, starasz się jak najszybciej skończyć.

Większość „aryjskiego” repertuaru wyszła spod Twoich palców, dlatego też chcę zapytać Cię o kilka utworów. „Отшельник”/„Pustelnik”/ - do tego utworu nakręcono nawet niezły klip, a wydaje mi się, że ta kompozycja jakoś tak przepadła, a szkoda.

Witalij Dubinin: No, to jest los nie tylko tego utworu...Kiedy jest ich wiele, trzeba któryś poświęcić. Ale jeśli utwór znika z setlisty, to znaczy, że nie wszystkim w grupie się on podoba, lub zwyczajnie nie pasuje do danego koncertu. Myślę, że zagramy jeszcze „Pustelnika” i inne dawno nie wykonywane utwory.

Masz talent do tworzenia bardzo energicznych utworów („Дух войны”/ „Duch wojny”/, „ Не хочешь, не верь мне”/ „Nie chcesz – to nie wierz”, „ Дезертир”/ „Dezerter”...). Ta energia rodzi się w czasie powstawania utworu czy podczas opracowywania w studiu?

Witalij Dubinin: Zazwyczaj, w czasie tworzenia, czasami podczas próby, jak to było z „Улица роз”/ „Ulica róż”/. Na początku przedstawiłem ją jako melodyjną balladę! (śmiech) Do studia idziemy już znając na 100%, co będziemy grać i jaki chcemy uzyskać rezultat.

Wcześniej pisałeś muzykę razem z Władimirem [Hołstininem – gitarzystą], dlaczego to z czasem się zmieniło?

Witalij Dubinin: Czasy się zmieniły, my się zmieniliśmy...Wcześniej spędzaliśmy wspólnie mnóstwo czasu na próbach, mieszkaliśmy miesiącami w jednym pokoju hotelowym. Razem robiliśmy aranżacje, próbowaliśmy jakieś tam kawałki, pomagaliśmy sobie wzajemnie coś tam nagrać itd. Teraz każdy ma komputer, z którym także zostaje się w czasie pisania muzyki. .. I żeby nagrać coś nikt ci nie jest potrzebny, a poradzić się można już na próbie, pokazując swoje gotowe demo. Czy to dobrze czy nie? I tak, i nie...Ale jest, tak jak jest. Tak jak wcześniej przysłuchujemy się wzajemnie swoim opiniom, i może, w najbliższym czasie napiszemy coś wspólnie.

A na temat którego z tekstów, do Twoich kompozycji, toczyłeś najdłuższy spór z Margaritą Puszkiną?

Witalij Dubinin: Jest kilka utworów, do których muzyki było wymyślonych wiele wariantów tekstów. Ale championem jest „Осколок льда”/„Kawałek lodu”/!!! Było napisanych do niego 18 czy 20 wariantów! (uśmiech)

Jesteś trzy dekady na scenie. Jak przez ten czas zmieniła się publiczność prócz tego, że kiedyś ludzie chodzili na koncerty z zapalniczkami, a teraz z komórkami?

Witalij Dubinin: Zewnętrznie ludzie oczywiście zmieniają się. Wcześniej chodzili w kitkach, teraz są wytatuowane mięśniaki! (śmiech) Ale to tylko przykład. Nie zmienia się najważniejsze – kiedy patrzysz ze sceny, to widzisz, przeważnie, kilka pierwszych rzędów, pozostałe jakoś zlewają się. I tak, w tych rzędach widzisz stale młodzież i ciągle otwarte radosne oczy! Jakby czas się zatrzymał... To jest po prostu fantastyczne uczucie! I dopiero po koncercie wracasz do rzeczywistości i rozumiesz, ile tak naprawdę masz lat...

Co do koncertów, czy pamiętasz taki, na którym dźwięk był najgorszy ze wszystkich i jak sobie poradziłeś z tym, żeby, nie słysząc pozostałych, utrzymać tempo?

Witalij Dubinin: Takich koncertów było bardzo dużo! Radziłem sobie tylko dzięki emocjom, starałem się robić to z maksymalnym oddaniem.! I ludzie to czuli i przyjmowali nas o wiele lepiej, niż wtedy gdy wszystko było bardziej lub mniej w porządku.

I ostatnie pytanie: czego można Ci życzyć?

Witalij Dubinin: Zdrowia! (śmiech)

Dziękuję Ci za rozmowę!

Witalij Dubinin: A ja Tobie za interesujące pytania.

Rozmowy przeprowadziła i przetłumaczyła: Ksenia Przybyś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz