wtorek, 22 stycznia 2013

Dawno temu w ZSRR - opowiada Andriej "Ind"

Radzieckie realia już od jakiegoś czasu niezwykle pobudzają moją wyobraźnię. Stąd wziął się cykl o gitarach, basach, syntezatorach made in CCCP, stąd moje poszukiwania książek, gazet z tamtych czasów, stąd też w końcu i ten wywiad. Udało mi się namówić na taką wspomnieniową podróż wokalistę zespołu GRENOUER. Andriej "Ind" posiada nie tylko dużą wiedzę i dobrą pamięć, ale jest też wspaniałym rozmówcą, gawędziarzem, kimś na wzór współczesnego minstrela.

fot.Dmitry Vedenin

- Cześć, Andriej! Zgodziłeś się poświęcić swój czas i trochę opowiedzieć mi, i moim Czytelnikom, o radzieckich realiach. Urodziłeś się w czasach komunizmu i wiele z niego pamiętasz, dlatego też, jako świadkowi tamtych czasów chcę Ci zadać kilka pytań. Na początek chcę spytać: czego słuchałeś w domu? Czego słuchali Twoi rodzice?

Andriej 'Ind'(Grenouer, wokal): Twój pokorny sługa urodził się w połowie lat 70. w rodzinie muzyków-pedagogów, a przy tym, ponieważ byli wtedy jeszcze studentami, to oceany melodii wcześnie trafiły do moich słuchowych receptorów. Jaki to był konkretnie repertuar, dokładnie nie wiem, klasyczne utwory różnych gatunków, ale faktem jest, że środowisko muzyczne stało się rzeczywistym ciągłym tłem. Kiedy mama grała na fortepianie coś melodyjnego, papierowe samolociki kręciły ósemki pod sufitem, kiedy zaczynała wykonywać coś marszowego, zaopatrywałem się w plastikową szablę i zaczynałem maszerować. Pierwszym mniej więcej świadomym odsłuchiwaniem był "Album dla młodzieży" Czajkowskiego, i tam nie mogłem zdzierżyć smutnych tematów, jak "Choroba lalki" i "Pogrzeb lalki"; jednak na pewno takie tematy są ważne dla ukształtowania emocji dziecka, przecież jeśli będziemy podawać wszystko w tęczowych kolorach, to nigdy nie będzie chciał zdjąć "różowych okularów". W latach 70. jedyna w ZSRR fabryka płyt gramofonowych «Мелодия» zaczęła wypuszczać bajki dla dzieci do słuchania, niektóre z nich - "Masza i Witia kontra Dzikie gitary", "Czterej muzykanci z Bremy", "Niebieski piesek" brzmiały prawie jak rockowe musicale (kompozytorem był Giennadij Gładkow), i te płyty po prostu zasłuchałem do dziur, bo brzmiały jasno i ze smakiem. Prawdziwy rock również pojawił się w domu, nie trudno się domyśleć, że słuchał go ojciec, ale od razu trzeba doprecyzować, że jego melomania przechylała się w stronę jazzu, dlatego też i ten rock głównie był z jazzowym ukłonem – Chicago, Blood, Sweat& Tears i Earth, Wind& Fire, a swoje rockowe wychowanie w przyszłości sam sobie zbudowałem. 
W ogóle mój ojciec miał pół kredensu winyli z rzędu tych, które oficjalnie sprzedawano w sklepach - klasykę «Джазовые панорамы»/"Jazzowe przeglądy"/, pstrokate składanki «Мелодии и ритмы зарубежной эстрады» /"Melodie i rytmy zagranicznej estrady"/ , James Last, Engelbert Humperdinck, Joe Dassin, Mireille Mathieu, włoska estrada - przede wszystkim Adriano Celentano, całe morze rodzimych  виа (wokalno-instrumentalne zespoły) oraz wykonawców ze Wschodniej Europy. Z Polski od razu mi się przypomina Czesław Niemen i Skaldowie.

- A jak Twoi rodzice zdobywali płyty z polską muzyką? Były ogólnie dostępne?

Andriej 'Ind': To akurat były ogólnie dostępne czarne płyty, z gatunku tych, które można było kupić z lady sklepu. A dokładniej, żeby je kupić, trzeba było wystać w kolejce i były nie takie tanie. Poza tym, nie zapominajmy, o tak "popularnym" radzieckim zjawisku, jak deficyt. Kiedy posiadało się pieniądze, to towary nawet pierwszej potrzeby bez problemu można było kupić chyba tylko w Moskwie. Dlatego oficjalnie dopuszczone płyty wielkich gwiazd typu Abba, Elton John, Boney M, Stars On 45 i Урия Гип (właśnie tak w rosyjskim tłumaczeniu «Мелодия» wydała Uriah Heep) zdobyć można było tylko spod lady z odpowiednią marżą, albo przy super szczęśliwym zbiegu okoliczności. 
Wydawnictwa braci z krajów socjalistycznych cieszyły się o wiele mniejszym zbytem, ale i te były chętnie kupowane, ponieważ było to swego rodzaju przedsmakiem niedostępnej zagranicy z większą dozą wolności, a to także znajdowało swoje odbicie w przedstawionym materiale muzycznym. 
Warto też oddzielnie opowiedzieć o okładkach, o designie, w które «Мелодия» wyposażała swoje wydania. Zazwyczaj, nie miały one nic wspólnego z designem oryginału - jedno- dwu- maksymalnie trójkolorowa abstrakcja (albo w ogóle blade tło), czasami czarno-białe zdjęcie artysty, z dodatkiem skąpej informacji tylko po rosyjsku, która mogła ograniczać się do wymienienia tytułów. Matowa koperta, jednakowa czcionka, żadnych książeczek z tekstami, surowy jednobarwny środek, zbyt gruby winyl i  nie zawsze odpowiednia jakość dźwięku - estetyka "wszystko na jedno kopyto"; jednak, że bywa także inaczej, dowiedziałem się dopiero, gdy sam zacząłem być melomanem, poznając reguły i szczegóły analogowego przemysłu. Dziś w Internecie pojawiło się wiele parodystycznych obrazków, jak w ZSRR mogły wyglądać winylowe wydania Sex Pistols, Kiss  i ZZ Top (ostatnie z portretem Marksa, Engelsa i Lenina), a także współczesnych zespołów, i mam wrażenie, że naprawdę taka surowość formy pasuje wyłącznie grupie Radiohead.

- Powiedz, proszę, czy pocztówki grające były popularne ZSRR (wiesz na kartkę nagrywano jeden utwór i, na przykład, życzenia z okazji urodzin)?

Andriej 'Ind': Oczywiście, nie tylko słyszałem o takich życzeniach, ale i trzymałem w rękach podobnego rodzaju artefakty. To mogły być nie koniecznie życzenia, a jakikolwiek prywatny list, na przykład, pozdrowienia z kurortu ze zdjęciem morza, atrakcji turystycznej. Na jednej stronie kartki ze specjalnego materiału tłoczono informację dźwiękową (głos, przypuszczam, na początku nagrywano na taśmę magnetofonową) - krótki tekst i kawałek piosenki albo krótka piosenka do wyboru. Na ówczesne warunki była to bardzo przyjemna pamiątka albo forma przysłania życzeń. W warunkach niedostatku informacji, pocztówka grająca, mam wrażenie, była rzeczywistym wsparciem dla melomana, fakt, że sam niejednokrotnie zetknąłem się z przykładami, kiedy przedmiotami nagrań były najpopularniejsze przeboje i piosenki dla dzieci. Być może słyszałaś o gazecie «Кругозор»/"Widnokrąg"/, wychodziła w kwadratowym formacie i miała po środku dziurkę, ponieważ oprócz stron zawierała giętkie płyty, które służyły za dźwiękową ilustrację do artykułów, i gazety nie trzeba było rozcinać.


- Kiedyś pisałam o muzyce na kościach. Sam spotkałeś się z płytami na zdjęciach rentgenowskich? Czy to była masowa produkcja?

Andriej 'Ind': Tej rzeczy nie zastałem, wszak ona była jeszcze przed kartkami dźwiękowymi, ale również widziałem na własne oczy przykłady muzyki na kościach. Rolę fizycznego nośnika grały zdjęcia rentgenowskie, na które zaradni nanosili wszystkie możliwe nagrania, a zwłaszcza rzadkie i zakazane, którymi można było z sukcesem potargować lub się wymieniać. Na "śpiewających kościach" nie było ani etykietek, ani tytułów, jakość dźwięku - patefonowa, ale ta rzecz wygladała tajemniczo, infernalnie i owocnie spełniała funkcję propagowania muzyki w warunkach "żelaznej kurtyny". Epokę kości zamieniły magnetofony szpulowe, były nieporównywalnie wygodniejsze w użyciu, choć, rzecz jasna, pozostawały drogą przyjemnością i, oczywiście, czyste magnetofonowe taśmy operacyjnie stały się towarem deficytowym. Możliwość kopiowania muzyki w warunkach domowych stała się przewrotem, nagrania zaczęły mnożyć się jak grzyby po deszczu.

- Kiedy u was w domu pojawił się pierwszy magnetofon?

Andriej 'Ind': Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy dokładnie pojawił się magnetofon szpulowy, dobrze pamiętam tylko, że regularnie się psuł i wciągał taśmę. W 1984 roku ojciec dokonał skrajnie rewolucyjnego zakupu - nabył japoński magnetofon kasetowy. To właśnie ten agregator w rzeczywisty sposób w przyszłości zmienił moje muzykalne wnętrze. Wydaje mi się, że wraz z jego pojawieniem się, zacząłem odnosić się inaczej do muzyki - a dokładniej, metodą prób i błędów zaczął się kształtować własny gust muzyczny.

- Nagrywałeś na nim piosenki z radia?

Andriej 'Ind': I z telewizora, i z radia...tutaj na początku parodiowałem ojca, ponieważ prócz wykładania zaczął zarabiać na artystycznej działalności w pewnej fabryce - nie w charakterze wykonawcy, a, powiedzmy, redaktora muzycznego. Ojciec nagrywał różne piosenki, które pojawiały się w eterze, potem przekładał wszystko na partytury nutowe.

- A samego siebie?

Andriej 'Ind': Oczywiście, i samego siebie, ale na nagraniu brzmiało to nie tak dobrze, jak u mnie w głowie, dlatego też skończyłem z tym i do teraz kiedy nie znajdę wspomagającego składu to nie nauczę się dobrze wykonywać utworu wyłącznie z akompaniamentem fortepianu czy gitary. Tak, tutaj odrazu trzeba zaznaczyć, że mówię o pierwszych eksperymentach, po tym, jak zdecydowałem się, że zostanę "współczesnym śpiewakiem". To znaczy, na początku wymyśliłem, że zostanę wykonawcą (i ta myśl sama z siebie przyszła mi do głowy i przedstawiła się jako jedynie poprawna, chociaż w szkole muzycznej brałem się za skrzypce, a nie za struny głosowe), a potem zacząłem już orientować się w jakim stylu i co to w ogóle będzie. Dziwne, ale rodzice jakoś nie bardzo zwrócili uwagę na moją nową pasję, choć prawdziwe wokalne ćwiczenia w tamtym czasie zapewne były by bardzo na miejscu; już pod przymusem pociągnąłem do końca naukę skrzypiec, a w wolnym czasie krzywiłem się przed lustrem z miotłą albo kijem do hokeja zamiast gitary.

- Pamiętam, że na szpulowym magnetofonie moi rodzice nagrywali nie tylko muzykę, ale także mojego brata i moje pierwsze słowa, jak mówiliśmy wierszyki. U ciebie też coś takiego się ostało?

Andriej 'Ind': Możliwe, że archiwa taśm zawierają sample mojego głosu z dzieciństwa, ale nie zdziwię się, jeśli rodzice byli zbyt zajęci, żeby wziąć na siebie realizację takiej idei. Być może, w ogóle, myśl o tym, żeby co by się nie działo zatrzymać chwilę stała się mocno aktualna dopiero w naszych szybko przemykających czasach, a wtedy ważniejsze było nakarmić, uchronić od chorób, nie rozpuścić, dobrze wychować dziecko. Co by nie mówić, rosłem na dużego ciemięgę, byłem wiecznie zatroskany i lubiłem się polenić.

- A jeszcze a propos tamtych czasów  - czytałeś wtedy prasę muzyczną?

Andriej 'Ind': W ZSRR stricte muzyczna prasa była dużą rzadkością, jeśli artykuły nie dotyczyły klasycznej albo oficjalnej estradowej muzyki, wspomniany wyżej «Кругозор» długi czas zostawał jedynym megafonem, na jego "stronach" można było coś niecoś przeczytać o Bee Gees, The Eagles, Mamas And Papas i innych, a najważniejsze - posłuchać. Jednak mimo wszystko z zagranicznych artystów priorytetowymi byli przedstawiciele antykapitalistycznego protestu, różnoracy wojownicy o pokój. Większość młodzieżowych gazet w ogóle położyła embargo na zachodnią muzykę i przeciwstawiała jej ulizanych rodzimych wykonawców. Sytuacja mocno się zmieniła z przyjściem do władzy Gorbaczowa, który ogłosił głasnost [jawność - element reform M.Gorbaczowa, który polegał m.in. na tym, ze zelżała cenzura - przyp.K.P.]. Zakaz publikowania zachodniej muzyki rozwiązał się sam i prasa młodzieżowa zapełniła się artykułami o popowych i rockowych wykonawcach. Póki poważne magazyny jak «Огонек», «Смена», «Юность» kładły akcent na ważnych w danym momencie ludzi, którzy ukochali prawdę lub romantyków z rodzimego rocka, to prawdziwym faworytem młodzieży, interesującej się współczesną muzyką, stał się  «Ровесник»/"Rówieśnik"/. Nie wszystkie publikacje były tam do końca dokładne, jednak nowości o takich artystach jak The Beatles, Rolling Stones, Michael Jackson, Madonna, Phil Collins, A-Ha, Duran Duran  oraz trochę później - o boomie hard rocka i heavy metalu, szybko zaczęły zajmować połowę gazety, włącznie z kasetami i mini plakatami. Do podobnego formatu zaczęły dążyć «Студенческий меридиан»/"Studencki Południk"  i «Парус»/"Żagiel"/, ale prawdziwą konkurencję dla "Rówieśnika" mógł stworzyć wielkością nakładu tylko nowy młodzieżowy magazyn «Мы»/"My"/. Tak czy inaczej, dodatkami w postaci kaset zaczęły przyciągać nawet takie nietypowe wydania, jak «Работница»/"Robotnica"/ i «Крестьянка»/"Chłopka"/, radzieckie kobiety mogły teraz wzdychać do pięknych chłopaków z Europe, Scorpions i U2. Pod koniec lat 80. podczas ferii zimowych razem z klasą pojechałem do Mińska, gdzie nie przeglądając wcześniej, kupiłem małe broszurowe wydanie «Поп-музыка – обозрение»/"Muzyka pop - przegląd"/ (z dzisiejszego punktu widzenia bardziej przypominało fanzin). Jego treść rzuciła mnie na podłogę, do tego czasu uważałem się już za eksperta w sferze ciężkiego rocka, ale ten numer "Muzyki pop", specjalne wydanie o metalu, obfitował w nazwy, które mi niczego nie mówiły – Death Angel, Kreator, Anthrax! Jeszcze większy szok czekał na mnie po powrocie do domu, kiedy zdobyłem nagrania tych zespołów, przecież dotychczas moje wyobrażenie o metalu opierało się hard'n'heavy. Na początku lat 90. prasa muzyczna zrobiła poważny krok do przodu, zaczęły pojawiać się wyspecjalizowane muzyczne wydania i nawet takie, który pisały wyłącznie o metalu - ma się rozumieć, że to były artykuły tłumaczone z zachodnich czasopism. Wiele z nich po pierwszym numerze przestawało istnieć, ale rozchodziły się w wielkim nakładzie, zapotrzebowanie było poważne. Poza tym, nawet za bajecznie duże pieniądze, ale przynajmniej już można było kupić, ale to w księgarniach, oryginalne czasopisma - głównie niemiecki Metal Hammer i francuski Hard Rock.

- A jaką płytę kupiłeś sobie jako pierwszą?

Andriej 'Ind': Lepiej wymienić od razu trzy pierwsze - Yngwie Malmsteen “Trilogy”, składanka Rainbow [okazało sie, ze posiadam taki sam analog - przyp.K.P.], wypuszczona zgodnie z najlepszymi tradycjami firmy «Мелодия» i fiński Boycott. Te trzy płyty dla mnie, chłopaka, stały się swego rodzaju tym, czym w dzieciństwie były winyle «Маша и Витя против Диких гитар», «Бременские музыканты» i «Голубой Щенок». Puszczałem je codziennie nie po jeden, nie po dwa razy, tak, że Malmsteen'а musiałem w końcu kupić jeszcze raz, bo się porysował. Wydaje mi się, że ta muzyka stała się dobrym fundamentem dla tego, żeby zacząć drogę po wydeptanej ścieżce w świat hard rocka, a później heavy metalu i tak dalej. Dlaczego te trzy płyty? Były w wolnej sprzedaży, nawet w kioskach «Союзпечати». Dalej, oczywiście, moja kolekcja płyt zaczęła rosnąć, ale w niej pojawiały się też przypadkowe i zupełnie niepotrzebne albumy. Jeszcze w czasach szkolnych przekonałem się, że  «Мелодия» skąpo karmiła klienta nie tylko ograniczoną racją, ale i niskiej jakości towarem, miałem okazję potrzymać w rękach prawdziwe oryginalne płyty. Cena na bazarze, co prawda, był dla mnie zupełnie nie do przyjęcia (i pozwolić sobie kupić oryginalny winyl mogłem dopiero w studenckich czasach i to nie co miesiąc), dlatego najprostszym wyjściem było kupować kasety i oddawać je w studia kasetowych nagrań. Kasety też kosztowały nie tanio, nagranie też nie mało, ale to zawsze było już bardziej dostępne i co najważniejsze - była możliwość wybierać. W studiach wisiały listy w porządku alfabetycznym z nazwami zespołów różnych gatunków i informacją o roku wydania albumu. Tutaj też czasami zdażały się błędy, ale w większości było dobrze, ponieważ miałem konkretny krąg zainteresowań oraz wykazywałem niezwyczajne zainteresowanie w tematyce (dodatkowo hardnheavy zaczął z rzadka pojawiać się w TV),  to traciłem swoje skromne oszczędności na absolutnie dobrą muzykę – Kiss, Motley Crue, Ozzy Osbourne, Alice Cooper, Queen, Aerosmith, Metallica, Megadeth, Van Halen, King Diamond, Cinderella, Def Leppard, Helloween, Poison, AC/DC, Styx, Judas Priest, Motorhead - nie można się przyczepić.


fot.Dmitry Vedenin

- Chociaż czasy ZSRR to był ciężki i smutny okres, to ludzie byli bliżej siebie. Również muzyka łączyła, pożyczano sobie wzajemnie zgrania. Także to, że ktoś szedł z winylem po ulicy mogło stać się powodem do rozmowy. Teraz cała muzyka jest schowana w maleńkich słuchawkach. Nie żal Ci tamtych czasów z tej perspektywy?

Andriej 'Ind': Po prawdzie gdybym żałował minionych czasów to bym mówił jak staruszek. I w słuchawkach jest swoje piękno, swojego rodzaju wygoda. Ale absolutna racja, że teraz trudno wyobrazić sobie, że ludzie mogą poznać się w metrze tylko dlatego, że w słuchawkach buczy u nich muzyka i ubrani są w koszulki tej samej grupy. Wcześniej muzyka była pewną przepustką do zamkniętego świata, mogłem po prostu równie dobrze poznać się z kimś w komunikacji miejskiej czy na ulicy, jeśli widziałem kogoś z płytami lub długimi włosami. Przypomniałem sobie krąg znajomych, z którymi rozmawiałem o muzyce - byłо dość pstrokate, w szkole - chłopaki ze starszych klas, nauczyciel WFu i nawet mąż naszej bibliotekarki, na bazarze był osobny mały punkt, tak zwana «балка», gdzie w niedziele o określonym czasie zbierali się metale, żeby wymienić się nagraniami, naszywkami, znaczkami, zdjęciami, a co najważniejsze - żeby się spotkać i wymienić doświadczeniem. Jako fan korespondowałem za pośrednictwem poczty ze swoimi idolami i dzięki temu to doświadczenie przydało mi się, kiedy zacząłem odpowiadać na listy fanów Grenouer.

- Również  to, że muzyka stała się tak prosto dostępna zdjęło z niej część magii. Bardziej jednak cenimy to, co nie jest dostępne, kiedy informacje trzeba zdobyć, a nie dostać za jednym kliknięciem. Zgadzasz się z tym?

Andriej 'Ind': Magia, sekret...to sa bardzo trafne słowa. Brak informacji zachęcał nas do poszukiwań. Poszukiwania potrzebowały czasu, samozaparcia i co najważniejsze - środków, a w młodości z tym ciągle jest problem. Ale nie szkodzi, ja specjalnie poszedłem pracować jako cieć i odśnieżając, marzyłem o gitarach elektrycznych niespotykanego kształtu i głośnej perkusji. Zabawne, że oprócz tego wszystkiego, nawet będąc małym fanem czułem się częścią ogromnego świata, którego ciężkie gitarowe dźwięki na zawsze stały się częścią mojego serca.



- A ty jesteś nadal kolekcjonerem? Zbierasz płyty czy wolisz iTunes?

Andriej 'Ind': Kolekcjonerowi ze stażem trudno odmówić sobie kupna płyt kompaktowych. Być może, iTunes jest wygodny i łatwy w użyciu, ale ja nie widzę w tym nic podobnego do kolekcjonowania. To jest zwyczajny shopping, przy czmy, jak mi się wydaje, po zbyt zawyżonych cenach, ponieważ w odróżnieniu od fizycznego nośnika, tego towaru nie można odsprzedać, ani podarować. Przejście z winyli i kaset na kompakty było w pewnym stopniu czymś organicznym, ponieważ CD zachowało pierwotną podstawę - muzyki można było nie tylko posłuchać, ale i dotknąć. Dla mnie naprawdę ważne jest jak wygląda okładka, książeczka, fotografie, jakie zastosowano czcionki, przeczytać teksty i całą faktograficzną informację. Jeśli przemysł może zaoferować nowy format, który jest w stanie połączyć wygodę i ergonomię z wyglądem oraz cechami haptycznymi [związanymi z dotykiem - przyp.K.P.] (nie wiem, może nawet w formie hologramu), to nie wykluczone, że się na niego przerzucę. Ale na danym etapie plików w komputerze czy telefonie to jest dla mnie nie wystarczalne, tym bardziej, jako artyście, który ma pełna wiedzę o produkcji, o tym, co to znaczy nagrać album, jak wielki sztab ludzi jest włączony do tego procesu. Każda optymalizacja ma swoje granice, nie zawsze wychodzi na korzyść i tym bardziej nie zawsze zadowala interesy wszystkich. Funkcjonalność w skali masowej jest dobra dla przeciętnych ludzi, ale nie można wciskać wszystkim tego samego, przecież duża liczba indywidualistów przechowuje swoje odmienne, wyłączne zainteresowania, wyobrażenia i potrzeby.

3 komentarze:

  1. Nostalgia... kurde, chyba jutro wezmę jeden z moich trzech winyli i tak uzbrojony wsiądę do zbiorkomu. Kto wie, może zainicjuję małą retro-rewolucję?
    Super tekst dla tych, którzy lubią muzykę zdobywać i wyszukiwać, a nie streamować.

    OdpowiedzUsuń
  2. @insider: Cieszę się, że wywiad Ci sie spodobał - a z tą płytą to uważaj, żeby Ci się nie porysowała;) aha i nie wiem czy podróżowanie z płytą Piccolo coro dell'antoniano nie wywoła jednak ogólnego niezrozumienia ;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, Ksenia - ja się na dzielni maskuję jako zły metal, a Ty mnie tak bezlitośnie demaskujesz.

    OdpowiedzUsuń