czwartek, 31 stycznia 2013

Wystawa "Czas dzwoneczków"


W Moskwie, w Centrum Fotografii imienia Braci Lumiere otworzono dziś wystawę pt. «Время Колокольчиков»/"Czas dzwoneczków"/, której tytuł nawiązuje do utworu Aleksandra Baszłaczowa. O nim opowiem szerzej już niedługo - dziś skupię się na samej wystawie, która przedstawia fotograficzną kronikę poświęconą Leningradzkiemu Rock Klubowi. Odwiedzający będą mieli okazję zobaczyć nie tylko kultowe zdjęcia Wiktora Coja, Borisa Griebienszczikowa (АКВАРИУМ) czy Jurija Szewczuka (ДДТ), ale także unikalne zdjęcia nie znane szerokiej publiczności. Prócz prac fotograficznych na wystawie zostaną pokazane przykłady oryginalnych afiszy i plakatów oraz okładek płyt. Większość ekspozycji na szczęście została zamieszczona w albumie, który swoim wstępem opatrzył Artiom Troicki (o nim też już niedługo napiszę szerzej).

Prócz wystawy, którą będzie można oglądać przez dwa najbliższe miesiące, będą w tym czasie odbywały się wykłady i ćwiczenia z profesjonalnej fotografii. Zaplanowano również duży program koncertowy, którego uczestnikami będą bohaterzy wystawy. Na otwarciu wystawy wystąpił brat Jegora Lietowa - Siergiej Lietow, a w następnym tygodni jest już planowany wieczorek poetycki jednej z najbardziej barwnych postaci związanych z Leningradzkim Rock Klubem- Olega Garkuszy(АукцЫон).

 Oleg Garkusza(АукцЫон)

Nowy klip GRENOUER

No to specjalnie dla Was - trailer nowego klipu zespołu GRENOUER! To pierwszy klip promujący nowy album "Blood on the Face". Jego powstanie zawdzięcza się dwóm osobom.

Aleksandr "True" Afanasjew  - kiedyś dyrektor agencji koncertowej, dziś fotograf i reżyser. Jak sam mówi: "Dla mnie to nie jest pierwsza muzyczna praca z klipem, ale pierwsza, z której jestem naprawdę zadowolony. Na tym klipie w końcu udało mi się pracować ze świetnym operatorem Aleksandrem Jewdokimowem, a także z dużą liczbą ciekawych osób, którym jestem wdzięczny za wcielenie scenariusza. Przemysł muzyczny w Rosji przeżywa ciężkie czasy i jestem szczęśliwy, że możemy jeszcze stanowić tą część mechanizmu, która wciąż posuwa do przodu wysokiej jakości muzykę alternatywną. Czas trwania wideo jest ograniczony przez muzykę, ale postaraliśmy się włożyć w niego niewielki kawałek kina. Dla mnie ten klip jest oo samotności jednego konkretnego człowieka, który z uporem odpycha od siebie rzeczywistość, to co go otacza. Człowieka-ascety, który żyje w swoim wymyślonym świecie, tak jak i my to czasem robimy. Hasło klipu mówi "Еveryone creates his own loneliness", i mam wielką nadzieję, że to nie stanie się naszą życiową dewizą."

Aleksandr "Hipnoza" Jewdokimow - reżyser z wykształcenia, który ponad dziesięć lat pracuje w przemyśle muzycznym i modowym.
“Dla mnie zawsze jest wielką przyjemnością nie po prostu dobrze jakościowo wypełnić scenariusz, ale  także dodatkowo opowiedzieć historię przez wizualne metafory.  Na tym klipie mogłem światłem, plastyką,  kompozycją oddać obraz świata mojego bohatera, skłóconego ze swoim własnym "ja". Kiedy reżyser stawia zadanie w taki sposób, to czujesz, że jest w tym coś prawdziwego.To, w co warto włożyć duszę. Jestem szczęśliwy, że coraz więcej muzyków odnosi się do robienia klipów nie tylko jak do komercyjnej wizytówki, ale również jako do artystycznego przesłania, które ma pobudzić słuchaczy. Jestem zadowolony z produktywnej pracy reżyserem i, rzecz jasna, z rezultatu, z głęboko odczuwającymi i profesjonalnymi ludźmi zawsze jest przyjemnie tworzyć coś nowego. Jak zawsze, dziękuję naszemu ekipie zdjęciowej: chłopaki, jesteście najlepsi!"

Oto przed Wami przedsmak nowego klipu GRENOUER:  



Большое спасибо Андрею "Ind" за предоставленную информацию!

środa, 30 stycznia 2013

Stillife - kołysanki dla rockowych dzieci



nazwa: STILLIFE
rok powstania: 1998
miejsce powstania: Rostów nad Donem
język utworów: angielski, niemiecki, rosyjski
oficjalna strona zespołu: http://stillife.ru/

Kiedy przeczytałam opis, gdzie nazwano gatunek muzyczny, w którym porusza się STILLIFE, jako elektro-gothic/darkwave, to powiem szczerze ucieszyłam się, iż wcześniej posłuchałam ich utworów, bo pokrętna  terminologia raczej by mnie nie odstraszyła od zespołu. 

STILLIFE powstał jako duet założony przez Stanisława Iwanowa "Stan_I" oraz Michaiła Sokołowa "M.S.". Po dwóch latach pracy, panowie własnymi siłami wydają debiutancki album, który ukazuje się jeszcze na kasecie. Rok później zespół trafia pod skrzydła jednej z największych wytwórni - Irond - a ich pierwszy album pojawia się na płycie kompaktowej wraz z bonusowymi utworami.

Na kolejnym albumie STILLIFE dokonał ciekawego zabiegu umieszczając cover niemieckiej grupy, a ta dla odmiany umieściła jedną z niemieckojęzycznych kompozycji na swoim krążku.

Z okazji swojego dzisięciolecia grupa postanowiła wydać limitowaną płytę, ale przy jej realizacji o mało nie doszło do rozpadu STILLIFE. Skończyło się tym, że krążek owszem ukazał się, jednak działalność zespołu została zawieszona na najbliższych kilkanaście miesięcy.

Kolekcjonerskie wydanie "Lullabies"


Na szczęście dla swoich fanów panowie znów zeszli się w studio, bo jak stwierdzili życie jest zbyt krótkie by je marnować i postanowili zabrać się do pracy. Trzeba przyznać, że taka postawa dość szybko przyniosła owoce. Duet nagrał prócz własnych nowych utworów, cover «A.u.S.» LACRIMOSY.

W ostatnim dniu 2012 roku swoją premierę miał najnowszy album "Lullabies", który mnie zauroczył! Niby żadnych fajerwerków tam nie ma, a podobnych wykonań kołysanek pewnie można by znaleźć wiele, jednak dla mnie STILLIFE świetnie wpasowali się rockowo-gotyckim pazurem w klimat usypiających piosenek. A jak jeszcze dodam do tego, że powyższy krążek można kupić w pięknej kolekcjonerskiej wersji - to nic tylko jej szukać. A jak mi nie wierzycie, ze to ciekawa muzyka, to posłuchajcie zapowiedzi "Lullabies" w pigułce.




Dyskografia:

(2001) Raining December
(2002) Only Silence (EP)
(2003) Remembrance
(2005) Memories
(2008) Destiny
(2012) Lullabies

wtorek, 29 stycznia 2013

W ARII zawrzało...

Niestety dzisiejszy dzień powitał mnie smutną wiadomością, którą podzieliła się Margarita Puszkina - w zespole, dla którego od lat pisze teksty zawrzało. 

Tu krótki szkic dla niewtajemniczonych. 
Pod koniec czerwca АРИЯ ogłosiła, że rozstaje się ze swoim wokalistą - Arturem Bierkutem (z którym prawie dziewięć lat współpracowała), co podobno było dość dużym zaskoczeniem dla tego ostatniego. Przyczyną rozstania były nieporozumienia, które Witalij Dubinin streścił w ten sposób, iż podobno Artur nie rozwijał się muzycznie i to stopowało cały zespół.
Jakkolwiek było - Bierkut dość szybko się pozbierał i stworzył pod własnym nazwiskiem zespół, z którym zaczął powoli tworzyć własny repertuar. 

Oczywiście tych kilka nowych utworów nie starczało Arturowi na zagranie pełnowymiarowego koncertu, więc zaczął posiłkować się "aryjskimi" kompozycjami. Z treści oświadczenia, które АРИЯ umieściła dziś na swojej stronie wynika, że właściciele praw (czyli pozostali muzycy; Artur będąc w szeregach АРИИ zdążył włączyć do ich repertuaru tylko jeden utwór własnego autorstwa) niejednokrotnie prosili wokalistę o uregulowanie sprawy. Jednak ten, choć wpierw zgodził się, w końcu odstąpił od rozmów.

Rezultat jest taki, że teraz АРИЯ składa pozew do sądu i będzie się starać, aby odgórnie zakazano Bierkutowi wykonywania i nagrywania tych utworów, których autorami są Witalij Dubinin, Władimir Hołstinin, Margarita Puszkina, Siergiej Popow i Siergiej Terentjew - czyli 95% "aryjskiego" dorobku.

Szkoda, ze sprawy jednak nie udało się zakończyć w "czterech ścianach" i musiała wypłynąć na publiczne forum. To może samej sprawie nie zaszkodzi, ale stosunkom międzyludzkim  - na pewno. Dotychczas АРИЯ jawiła się jako jeden z właściwie nieskalanych takimi aferami zespołów. Kiedy w zamierzchłym 1987 roku odszedł od grupy m.in.Andriej Bolszakow sprawę postawił jasno - nie chciał, żeby АРИЯ wykonywała  jego utwory i ta trzymała się tej umowy. 

Teraz czy to zabrakło Arturowi instynktu - przecież wiadomo, że taki spór nie przyniesie mu korzyści (i tak wielu fanów АРИИ nie lubiło jego twórczości solowej, a teraz tylko dołożył im argumentów ad personam), czy też "aryjczyków" zawiodły nerwy (bo na razie mamy tylko wypowiedź z ich strony i trudno wyrokować o  tym, kto miał rację) - jakkolwiek nie wygląda to dobrze. Oczywiście od razu posypały się krytyczne uwagi na obie strony konfliktu, a "wszechwiedzący fani" już wydali wyrok i sami ustalili fakty.

Dla mnie rezultat sprawy będzie miał mimo wszystko drugorządne znaczenie - mi po prostu wszystkich wciągniętych do tej sprawy szkoda. Bo to naprawdę mili ludzie i prawdziwi profesjonaliści. 

A na poprawę humoru dla nas wszystkich proponuję jeden z moich ulubionych efektów współpracy Bierkuta z zespołem АРИЯ.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mark Areskin - designer z mroczną duszą

Ładnie tu, prawda? Tak klimatycznie mroczno:) Dzięki designerowi z Armenii, z Erewania, który na co dzień projektuje okładki płyt, loga dla zespołów, książeczki do płyt, plakaty i inne przydatne muzykom obrazy, mój blog wzbogacił się o taki świetny baner. 

Mark Areskin ma na swoim koncie już niejedno zlecenie, a lista zadowolonych z jego usług zleceniodawców rośnie z każdym miesiącem. A w portfolio takie zespoły jak m.in. GRENOUER, DEFORMITY...Zresztą nie tylko rosyjskie zespoły i organizacje (jak np. GlobMetal Promotions) zamawiały prace u młodego artysty. Mark współpracował także z włoskimi, francuskimi i, rzecz jasna, armeńskimi wykonawcami. Co by jednak o nim nie mówić - lepiej spojrzeć samemu na jego prace i naocznie się przekonać o jego talencie.
















To oczywiście tylko część z prac Marka, które jednak dają pojęcie o tym jak bujną wyobraźnią obdarzony jest grafik. Sama bardzo lubię, gdy w okładkę można wpatrywać się długo i wciąż odnajdywać nowe szczegóły. Proste okładki też mają swój urok, ale takie wielopłaszczyznowe, chyba wolniej dopada "opatrzenie się".

Jeśli kogoś zaintrygowały prace Marka - zapraszam na jego stronę. Można tam i pooglądać i złożyć zamówienie na niebanalną oprawę stworzonej przez Was muzyki.

piątek, 25 stycznia 2013

Historia rosyjskiego rocka na ekranie (3)

Dla odmiany, dziś proponuję film, który opowiada o współczesnym rosyjskim rocku. "Get True Stay Loud" to prawie dwugodzinny dokument nakręcony w konwencji wywiady-rzeki z kilkudziesięcioma muzykami. Ci opowiadają o swoich radościach i ciemniejszych stronach bycia muzykiem. To, co ich boli, to czego im brakuje - są to rzeczy nie tylko typowe dla Rosji, a uniwersalne. Rosja już dawno dogoniła resztę świata, a w pewnych sferach i przegoniła. Problemem pozostaje wiara w swoje umiejętności, brak odzewu ze strony słuchaczy (choć inni twierdza, że główne trzy problemy to: armia, rodzina i pieniądze).

Film jest w nieocenzurowanej wersji - więc jeśli ktoś chce wzbogacić swój repertuar tzw. mata, czyli przekleństw i wulgarnych określeń  - to też i taką leksykalną korzyść może z niego wyciągnąć, bo klną dość lekko, ale za to z fantazją;)

Jedno, czego można żałować to to, iż przy tak dużym projekcie zobaczymy mimo wszystko mało grup, bo film pokazuje naprawdę niewielki wycinek tej sceny. Cieszy, że na ekran trafiły niszowe zespoły, jednak gdyby ktoś chciał z tego dokumentu dowiedzieć się "co w Rosji piszczy" - to może odnieść mylne wrażenie. Muzyki w Rosji o wiele więcej i jest ona o niebo bardziej zróżnicowana niż pokazuje to film. 

Co by jednak nie powiedzieć, dobrze, ze "Get True Stay Loud" powstał, bo ostatnio mało się dokumentuje rocka na tak profesjonalnym poziomie.

wtorek, 22 stycznia 2013

Dawno temu w ZSRR - opowiada Andriej "Ind"

Radzieckie realia już od jakiegoś czasu niezwykle pobudzają moją wyobraźnię. Stąd wziął się cykl o gitarach, basach, syntezatorach made in CCCP, stąd moje poszukiwania książek, gazet z tamtych czasów, stąd też w końcu i ten wywiad. Udało mi się namówić na taką wspomnieniową podróż wokalistę zespołu GRENOUER. Andriej "Ind" posiada nie tylko dużą wiedzę i dobrą pamięć, ale jest też wspaniałym rozmówcą, gawędziarzem, kimś na wzór współczesnego minstrela.

fot.Dmitry Vedenin

- Cześć, Andriej! Zgodziłeś się poświęcić swój czas i trochę opowiedzieć mi, i moim Czytelnikom, o radzieckich realiach. Urodziłeś się w czasach komunizmu i wiele z niego pamiętasz, dlatego też, jako świadkowi tamtych czasów chcę Ci zadać kilka pytań. Na początek chcę spytać: czego słuchałeś w domu? Czego słuchali Twoi rodzice?

Andriej 'Ind'(Grenouer, wokal): Twój pokorny sługa urodził się w połowie lat 70. w rodzinie muzyków-pedagogów, a przy tym, ponieważ byli wtedy jeszcze studentami, to oceany melodii wcześnie trafiły do moich słuchowych receptorów. Jaki to był konkretnie repertuar, dokładnie nie wiem, klasyczne utwory różnych gatunków, ale faktem jest, że środowisko muzyczne stało się rzeczywistym ciągłym tłem. Kiedy mama grała na fortepianie coś melodyjnego, papierowe samolociki kręciły ósemki pod sufitem, kiedy zaczynała wykonywać coś marszowego, zaopatrywałem się w plastikową szablę i zaczynałem maszerować. Pierwszym mniej więcej świadomym odsłuchiwaniem był "Album dla młodzieży" Czajkowskiego, i tam nie mogłem zdzierżyć smutnych tematów, jak "Choroba lalki" i "Pogrzeb lalki"; jednak na pewno takie tematy są ważne dla ukształtowania emocji dziecka, przecież jeśli będziemy podawać wszystko w tęczowych kolorach, to nigdy nie będzie chciał zdjąć "różowych okularów". W latach 70. jedyna w ZSRR fabryka płyt gramofonowych «Мелодия» zaczęła wypuszczać bajki dla dzieci do słuchania, niektóre z nich - "Masza i Witia kontra Dzikie gitary", "Czterej muzykanci z Bremy", "Niebieski piesek" brzmiały prawie jak rockowe musicale (kompozytorem był Giennadij Gładkow), i te płyty po prostu zasłuchałem do dziur, bo brzmiały jasno i ze smakiem. Prawdziwy rock również pojawił się w domu, nie trudno się domyśleć, że słuchał go ojciec, ale od razu trzeba doprecyzować, że jego melomania przechylała się w stronę jazzu, dlatego też i ten rock głównie był z jazzowym ukłonem – Chicago, Blood, Sweat& Tears i Earth, Wind& Fire, a swoje rockowe wychowanie w przyszłości sam sobie zbudowałem. 
W ogóle mój ojciec miał pół kredensu winyli z rzędu tych, które oficjalnie sprzedawano w sklepach - klasykę «Джазовые панорамы»/"Jazzowe przeglądy"/, pstrokate składanki «Мелодии и ритмы зарубежной эстрады» /"Melodie i rytmy zagranicznej estrady"/ , James Last, Engelbert Humperdinck, Joe Dassin, Mireille Mathieu, włoska estrada - przede wszystkim Adriano Celentano, całe morze rodzimych  виа (wokalno-instrumentalne zespoły) oraz wykonawców ze Wschodniej Europy. Z Polski od razu mi się przypomina Czesław Niemen i Skaldowie.

- A jak Twoi rodzice zdobywali płyty z polską muzyką? Były ogólnie dostępne?

Andriej 'Ind': To akurat były ogólnie dostępne czarne płyty, z gatunku tych, które można było kupić z lady sklepu. A dokładniej, żeby je kupić, trzeba było wystać w kolejce i były nie takie tanie. Poza tym, nie zapominajmy, o tak "popularnym" radzieckim zjawisku, jak deficyt. Kiedy posiadało się pieniądze, to towary nawet pierwszej potrzeby bez problemu można było kupić chyba tylko w Moskwie. Dlatego oficjalnie dopuszczone płyty wielkich gwiazd typu Abba, Elton John, Boney M, Stars On 45 i Урия Гип (właśnie tak w rosyjskim tłumaczeniu «Мелодия» wydała Uriah Heep) zdobyć można było tylko spod lady z odpowiednią marżą, albo przy super szczęśliwym zbiegu okoliczności. 
Wydawnictwa braci z krajów socjalistycznych cieszyły się o wiele mniejszym zbytem, ale i te były chętnie kupowane, ponieważ było to swego rodzaju przedsmakiem niedostępnej zagranicy z większą dozą wolności, a to także znajdowało swoje odbicie w przedstawionym materiale muzycznym. 
Warto też oddzielnie opowiedzieć o okładkach, o designie, w które «Мелодия» wyposażała swoje wydania. Zazwyczaj, nie miały one nic wspólnego z designem oryginału - jedno- dwu- maksymalnie trójkolorowa abstrakcja (albo w ogóle blade tło), czasami czarno-białe zdjęcie artysty, z dodatkiem skąpej informacji tylko po rosyjsku, która mogła ograniczać się do wymienienia tytułów. Matowa koperta, jednakowa czcionka, żadnych książeczek z tekstami, surowy jednobarwny środek, zbyt gruby winyl i  nie zawsze odpowiednia jakość dźwięku - estetyka "wszystko na jedno kopyto"; jednak, że bywa także inaczej, dowiedziałem się dopiero, gdy sam zacząłem być melomanem, poznając reguły i szczegóły analogowego przemysłu. Dziś w Internecie pojawiło się wiele parodystycznych obrazków, jak w ZSRR mogły wyglądać winylowe wydania Sex Pistols, Kiss  i ZZ Top (ostatnie z portretem Marksa, Engelsa i Lenina), a także współczesnych zespołów, i mam wrażenie, że naprawdę taka surowość formy pasuje wyłącznie grupie Radiohead.

- Powiedz, proszę, czy pocztówki grające były popularne ZSRR (wiesz na kartkę nagrywano jeden utwór i, na przykład, życzenia z okazji urodzin)?

Andriej 'Ind': Oczywiście, nie tylko słyszałem o takich życzeniach, ale i trzymałem w rękach podobnego rodzaju artefakty. To mogły być nie koniecznie życzenia, a jakikolwiek prywatny list, na przykład, pozdrowienia z kurortu ze zdjęciem morza, atrakcji turystycznej. Na jednej stronie kartki ze specjalnego materiału tłoczono informację dźwiękową (głos, przypuszczam, na początku nagrywano na taśmę magnetofonową) - krótki tekst i kawałek piosenki albo krótka piosenka do wyboru. Na ówczesne warunki była to bardzo przyjemna pamiątka albo forma przysłania życzeń. W warunkach niedostatku informacji, pocztówka grająca, mam wrażenie, była rzeczywistym wsparciem dla melomana, fakt, że sam niejednokrotnie zetknąłem się z przykładami, kiedy przedmiotami nagrań były najpopularniejsze przeboje i piosenki dla dzieci. Być może słyszałaś o gazecie «Кругозор»/"Widnokrąg"/, wychodziła w kwadratowym formacie i miała po środku dziurkę, ponieważ oprócz stron zawierała giętkie płyty, które służyły za dźwiękową ilustrację do artykułów, i gazety nie trzeba było rozcinać.


- Kiedyś pisałam o muzyce na kościach. Sam spotkałeś się z płytami na zdjęciach rentgenowskich? Czy to była masowa produkcja?

Andriej 'Ind': Tej rzeczy nie zastałem, wszak ona była jeszcze przed kartkami dźwiękowymi, ale również widziałem na własne oczy przykłady muzyki na kościach. Rolę fizycznego nośnika grały zdjęcia rentgenowskie, na które zaradni nanosili wszystkie możliwe nagrania, a zwłaszcza rzadkie i zakazane, którymi można było z sukcesem potargować lub się wymieniać. Na "śpiewających kościach" nie było ani etykietek, ani tytułów, jakość dźwięku - patefonowa, ale ta rzecz wygladała tajemniczo, infernalnie i owocnie spełniała funkcję propagowania muzyki w warunkach "żelaznej kurtyny". Epokę kości zamieniły magnetofony szpulowe, były nieporównywalnie wygodniejsze w użyciu, choć, rzecz jasna, pozostawały drogą przyjemnością i, oczywiście, czyste magnetofonowe taśmy operacyjnie stały się towarem deficytowym. Możliwość kopiowania muzyki w warunkach domowych stała się przewrotem, nagrania zaczęły mnożyć się jak grzyby po deszczu.

- Kiedy u was w domu pojawił się pierwszy magnetofon?

Andriej 'Ind': Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy dokładnie pojawił się magnetofon szpulowy, dobrze pamiętam tylko, że regularnie się psuł i wciągał taśmę. W 1984 roku ojciec dokonał skrajnie rewolucyjnego zakupu - nabył japoński magnetofon kasetowy. To właśnie ten agregator w rzeczywisty sposób w przyszłości zmienił moje muzykalne wnętrze. Wydaje mi się, że wraz z jego pojawieniem się, zacząłem odnosić się inaczej do muzyki - a dokładniej, metodą prób i błędów zaczął się kształtować własny gust muzyczny.

- Nagrywałeś na nim piosenki z radia?

Andriej 'Ind': I z telewizora, i z radia...tutaj na początku parodiowałem ojca, ponieważ prócz wykładania zaczął zarabiać na artystycznej działalności w pewnej fabryce - nie w charakterze wykonawcy, a, powiedzmy, redaktora muzycznego. Ojciec nagrywał różne piosenki, które pojawiały się w eterze, potem przekładał wszystko na partytury nutowe.

- A samego siebie?

Andriej 'Ind': Oczywiście, i samego siebie, ale na nagraniu brzmiało to nie tak dobrze, jak u mnie w głowie, dlatego też skończyłem z tym i do teraz kiedy nie znajdę wspomagającego składu to nie nauczę się dobrze wykonywać utworu wyłącznie z akompaniamentem fortepianu czy gitary. Tak, tutaj odrazu trzeba zaznaczyć, że mówię o pierwszych eksperymentach, po tym, jak zdecydowałem się, że zostanę "współczesnym śpiewakiem". To znaczy, na początku wymyśliłem, że zostanę wykonawcą (i ta myśl sama z siebie przyszła mi do głowy i przedstawiła się jako jedynie poprawna, chociaż w szkole muzycznej brałem się za skrzypce, a nie za struny głosowe), a potem zacząłem już orientować się w jakim stylu i co to w ogóle będzie. Dziwne, ale rodzice jakoś nie bardzo zwrócili uwagę na moją nową pasję, choć prawdziwe wokalne ćwiczenia w tamtym czasie zapewne były by bardzo na miejscu; już pod przymusem pociągnąłem do końca naukę skrzypiec, a w wolnym czasie krzywiłem się przed lustrem z miotłą albo kijem do hokeja zamiast gitary.

- Pamiętam, że na szpulowym magnetofonie moi rodzice nagrywali nie tylko muzykę, ale także mojego brata i moje pierwsze słowa, jak mówiliśmy wierszyki. U ciebie też coś takiego się ostało?

Andriej 'Ind': Możliwe, że archiwa taśm zawierają sample mojego głosu z dzieciństwa, ale nie zdziwię się, jeśli rodzice byli zbyt zajęci, żeby wziąć na siebie realizację takiej idei. Być może, w ogóle, myśl o tym, żeby co by się nie działo zatrzymać chwilę stała się mocno aktualna dopiero w naszych szybko przemykających czasach, a wtedy ważniejsze było nakarmić, uchronić od chorób, nie rozpuścić, dobrze wychować dziecko. Co by nie mówić, rosłem na dużego ciemięgę, byłem wiecznie zatroskany i lubiłem się polenić.

- A jeszcze a propos tamtych czasów  - czytałeś wtedy prasę muzyczną?

Andriej 'Ind': W ZSRR stricte muzyczna prasa była dużą rzadkością, jeśli artykuły nie dotyczyły klasycznej albo oficjalnej estradowej muzyki, wspomniany wyżej «Кругозор» długi czas zostawał jedynym megafonem, na jego "stronach" można było coś niecoś przeczytać o Bee Gees, The Eagles, Mamas And Papas i innych, a najważniejsze - posłuchać. Jednak mimo wszystko z zagranicznych artystów priorytetowymi byli przedstawiciele antykapitalistycznego protestu, różnoracy wojownicy o pokój. Większość młodzieżowych gazet w ogóle położyła embargo na zachodnią muzykę i przeciwstawiała jej ulizanych rodzimych wykonawców. Sytuacja mocno się zmieniła z przyjściem do władzy Gorbaczowa, który ogłosił głasnost [jawność - element reform M.Gorbaczowa, który polegał m.in. na tym, ze zelżała cenzura - przyp.K.P.]. Zakaz publikowania zachodniej muzyki rozwiązał się sam i prasa młodzieżowa zapełniła się artykułami o popowych i rockowych wykonawcach. Póki poważne magazyny jak «Огонек», «Смена», «Юность» kładły akcent na ważnych w danym momencie ludzi, którzy ukochali prawdę lub romantyków z rodzimego rocka, to prawdziwym faworytem młodzieży, interesującej się współczesną muzyką, stał się  «Ровесник»/"Rówieśnik"/. Nie wszystkie publikacje były tam do końca dokładne, jednak nowości o takich artystach jak The Beatles, Rolling Stones, Michael Jackson, Madonna, Phil Collins, A-Ha, Duran Duran  oraz trochę później - o boomie hard rocka i heavy metalu, szybko zaczęły zajmować połowę gazety, włącznie z kasetami i mini plakatami. Do podobnego formatu zaczęły dążyć «Студенческий меридиан»/"Studencki Południk"  i «Парус»/"Żagiel"/, ale prawdziwą konkurencję dla "Rówieśnika" mógł stworzyć wielkością nakładu tylko nowy młodzieżowy magazyn «Мы»/"My"/. Tak czy inaczej, dodatkami w postaci kaset zaczęły przyciągać nawet takie nietypowe wydania, jak «Работница»/"Robotnica"/ i «Крестьянка»/"Chłopka"/, radzieckie kobiety mogły teraz wzdychać do pięknych chłopaków z Europe, Scorpions i U2. Pod koniec lat 80. podczas ferii zimowych razem z klasą pojechałem do Mińska, gdzie nie przeglądając wcześniej, kupiłem małe broszurowe wydanie «Поп-музыка – обозрение»/"Muzyka pop - przegląd"/ (z dzisiejszego punktu widzenia bardziej przypominało fanzin). Jego treść rzuciła mnie na podłogę, do tego czasu uważałem się już za eksperta w sferze ciężkiego rocka, ale ten numer "Muzyki pop", specjalne wydanie o metalu, obfitował w nazwy, które mi niczego nie mówiły – Death Angel, Kreator, Anthrax! Jeszcze większy szok czekał na mnie po powrocie do domu, kiedy zdobyłem nagrania tych zespołów, przecież dotychczas moje wyobrażenie o metalu opierało się hard'n'heavy. Na początku lat 90. prasa muzyczna zrobiła poważny krok do przodu, zaczęły pojawiać się wyspecjalizowane muzyczne wydania i nawet takie, który pisały wyłącznie o metalu - ma się rozumieć, że to były artykuły tłumaczone z zachodnich czasopism. Wiele z nich po pierwszym numerze przestawało istnieć, ale rozchodziły się w wielkim nakładzie, zapotrzebowanie było poważne. Poza tym, nawet za bajecznie duże pieniądze, ale przynajmniej już można było kupić, ale to w księgarniach, oryginalne czasopisma - głównie niemiecki Metal Hammer i francuski Hard Rock.

- A jaką płytę kupiłeś sobie jako pierwszą?

Andriej 'Ind': Lepiej wymienić od razu trzy pierwsze - Yngwie Malmsteen “Trilogy”, składanka Rainbow [okazało sie, ze posiadam taki sam analog - przyp.K.P.], wypuszczona zgodnie z najlepszymi tradycjami firmy «Мелодия» i fiński Boycott. Te trzy płyty dla mnie, chłopaka, stały się swego rodzaju tym, czym w dzieciństwie były winyle «Маша и Витя против Диких гитар», «Бременские музыканты» i «Голубой Щенок». Puszczałem je codziennie nie po jeden, nie po dwa razy, tak, że Malmsteen'а musiałem w końcu kupić jeszcze raz, bo się porysował. Wydaje mi się, że ta muzyka stała się dobrym fundamentem dla tego, żeby zacząć drogę po wydeptanej ścieżce w świat hard rocka, a później heavy metalu i tak dalej. Dlaczego te trzy płyty? Były w wolnej sprzedaży, nawet w kioskach «Союзпечати». Dalej, oczywiście, moja kolekcja płyt zaczęła rosnąć, ale w niej pojawiały się też przypadkowe i zupełnie niepotrzebne albumy. Jeszcze w czasach szkolnych przekonałem się, że  «Мелодия» skąpo karmiła klienta nie tylko ograniczoną racją, ale i niskiej jakości towarem, miałem okazję potrzymać w rękach prawdziwe oryginalne płyty. Cena na bazarze, co prawda, był dla mnie zupełnie nie do przyjęcia (i pozwolić sobie kupić oryginalny winyl mogłem dopiero w studenckich czasach i to nie co miesiąc), dlatego najprostszym wyjściem było kupować kasety i oddawać je w studia kasetowych nagrań. Kasety też kosztowały nie tanio, nagranie też nie mało, ale to zawsze było już bardziej dostępne i co najważniejsze - była możliwość wybierać. W studiach wisiały listy w porządku alfabetycznym z nazwami zespołów różnych gatunków i informacją o roku wydania albumu. Tutaj też czasami zdażały się błędy, ale w większości było dobrze, ponieważ miałem konkretny krąg zainteresowań oraz wykazywałem niezwyczajne zainteresowanie w tematyce (dodatkowo hardnheavy zaczął z rzadka pojawiać się w TV),  to traciłem swoje skromne oszczędności na absolutnie dobrą muzykę – Kiss, Motley Crue, Ozzy Osbourne, Alice Cooper, Queen, Aerosmith, Metallica, Megadeth, Van Halen, King Diamond, Cinderella, Def Leppard, Helloween, Poison, AC/DC, Styx, Judas Priest, Motorhead - nie można się przyczepić.


fot.Dmitry Vedenin

- Chociaż czasy ZSRR to był ciężki i smutny okres, to ludzie byli bliżej siebie. Również muzyka łączyła, pożyczano sobie wzajemnie zgrania. Także to, że ktoś szedł z winylem po ulicy mogło stać się powodem do rozmowy. Teraz cała muzyka jest schowana w maleńkich słuchawkach. Nie żal Ci tamtych czasów z tej perspektywy?

Andriej 'Ind': Po prawdzie gdybym żałował minionych czasów to bym mówił jak staruszek. I w słuchawkach jest swoje piękno, swojego rodzaju wygoda. Ale absolutna racja, że teraz trudno wyobrazić sobie, że ludzie mogą poznać się w metrze tylko dlatego, że w słuchawkach buczy u nich muzyka i ubrani są w koszulki tej samej grupy. Wcześniej muzyka była pewną przepustką do zamkniętego świata, mogłem po prostu równie dobrze poznać się z kimś w komunikacji miejskiej czy na ulicy, jeśli widziałem kogoś z płytami lub długimi włosami. Przypomniałem sobie krąg znajomych, z którymi rozmawiałem o muzyce - byłо dość pstrokate, w szkole - chłopaki ze starszych klas, nauczyciel WFu i nawet mąż naszej bibliotekarki, na bazarze był osobny mały punkt, tak zwana «балка», gdzie w niedziele o określonym czasie zbierali się metale, żeby wymienić się nagraniami, naszywkami, znaczkami, zdjęciami, a co najważniejsze - żeby się spotkać i wymienić doświadczeniem. Jako fan korespondowałem za pośrednictwem poczty ze swoimi idolami i dzięki temu to doświadczenie przydało mi się, kiedy zacząłem odpowiadać na listy fanów Grenouer.

- Również  to, że muzyka stała się tak prosto dostępna zdjęło z niej część magii. Bardziej jednak cenimy to, co nie jest dostępne, kiedy informacje trzeba zdobyć, a nie dostać za jednym kliknięciem. Zgadzasz się z tym?

Andriej 'Ind': Magia, sekret...to sa bardzo trafne słowa. Brak informacji zachęcał nas do poszukiwań. Poszukiwania potrzebowały czasu, samozaparcia i co najważniejsze - środków, a w młodości z tym ciągle jest problem. Ale nie szkodzi, ja specjalnie poszedłem pracować jako cieć i odśnieżając, marzyłem o gitarach elektrycznych niespotykanego kształtu i głośnej perkusji. Zabawne, że oprócz tego wszystkiego, nawet będąc małym fanem czułem się częścią ogromnego świata, którego ciężkie gitarowe dźwięki na zawsze stały się częścią mojego serca.



- A ty jesteś nadal kolekcjonerem? Zbierasz płyty czy wolisz iTunes?

Andriej 'Ind': Kolekcjonerowi ze stażem trudno odmówić sobie kupna płyt kompaktowych. Być może, iTunes jest wygodny i łatwy w użyciu, ale ja nie widzę w tym nic podobnego do kolekcjonowania. To jest zwyczajny shopping, przy czmy, jak mi się wydaje, po zbyt zawyżonych cenach, ponieważ w odróżnieniu od fizycznego nośnika, tego towaru nie można odsprzedać, ani podarować. Przejście z winyli i kaset na kompakty było w pewnym stopniu czymś organicznym, ponieważ CD zachowało pierwotną podstawę - muzyki można było nie tylko posłuchać, ale i dotknąć. Dla mnie naprawdę ważne jest jak wygląda okładka, książeczka, fotografie, jakie zastosowano czcionki, przeczytać teksty i całą faktograficzną informację. Jeśli przemysł może zaoferować nowy format, który jest w stanie połączyć wygodę i ergonomię z wyglądem oraz cechami haptycznymi [związanymi z dotykiem - przyp.K.P.] (nie wiem, może nawet w formie hologramu), to nie wykluczone, że się na niego przerzucę. Ale na danym etapie plików w komputerze czy telefonie to jest dla mnie nie wystarczalne, tym bardziej, jako artyście, który ma pełna wiedzę o produkcji, o tym, co to znaczy nagrać album, jak wielki sztab ludzi jest włączony do tego procesu. Każda optymalizacja ma swoje granice, nie zawsze wychodzi na korzyść i tym bardziej nie zawsze zadowala interesy wszystkich. Funkcjonalność w skali masowej jest dobra dla przeciętnych ludzi, ale nie można wciskać wszystkim tego samego, przecież duża liczba indywidualistów przechowuje swoje odmienne, wyłączne zainteresowania, wyobrażenia i potrzeby.

czwartek, 17 stycznia 2013

KURSK, czyli Finowie po rosyjsku


nazwa: КУРСК/KURSK/
rok powstania: 2007
miejsce powstania: Tampere/Oulu, Finlandia
język utworów: rosyjski
oficjalna strona zespołu: http://kypck-doom.com/

O tym zespole jeszcze nie wspominałam, a kiedy jeszcze latem rozmawiałam prywatnie z perkusistą grupy КОРАБЛЬ ПРИЗРАК, obiecałam sobie, ze niedługo o nich napiszę. Trochę czasu upłynęło, bliżej nam do następnego lata, niż do poprzedniego, ale co się odwlecze to nie uciecze:) 

КУРСК założył wokalista, który wcześniej przez dwa i pół roku uczył się w Sankt Petersburgu. Przez ten  czas był też  pracownikiem fińskiej ambasady w Moskwie. Dziś korzystając z pobranej nauki w Pitrze i Oxfordzie zawodowo wykłada język rosyjski na uniwersytecie w Tampere, w wolnych chwilach zaś pisze teksty i śpiewa w swojej doom metalowej kapeli.


Chłopaki trochę bawią się rosyjską konwencją: ubierają się w nawiązujące do mundurów czerwonej armii ciuchy, z pięcioramiennymi czerwonymi gwiazdami, z customowymi gitarami stylizowanymi na automat kałasznikowa i jednostrunowym basem (!). Na szczęście robią to mimo wszystko ze smakiem i co najważniejsze ich muzyka jest po prostu dobra! A teksty? Te inspirowane są nieraz codziennością, a czasem rosyjską literaturą, którą wokalista szczególnie sobie upodobał. Dowodem na to jest chociażby utwór "Demon" - zainspirowany poematem Michaiła Lermontowa o tym samym tytule.

W tym teledysku warto też zobaczyć jak zgrabnie została połączony motyw literacki i malarskie, który nawiązują do cyklu dzieł Andrieja Wróbla.



Andriej Wróbel "Demon siedzący"

Polecam bliższe zapoznanie się z muzyką tego zespołu - jedno, czego nie polecam, to nauki rosyjskiej fonetyki od Erkkiego, bo cytując perkusistę КОРАБЛЬ ПРИЗРАК - Aleksego Sieliezniowa: oczywiście on ma akcent, i niektóre językowe nawyki w utworach też kuleją. Jednak fiński jest daleki od języków słowiańskich. Tak, tego tłumaczyć nam nie trzeba (sama przez dwa lata ze skutkami raczej średnimi zakuwałam fiński), ale biorąc pod uwagę właśnie jak odległe są te języki - trzeba docenić, że nauka Erkkiego nie poszła w las.

Dyskografia:

(2008) "Черно"/"Czerń"/
(2011) "Ниже"/"Niżej"/

środa, 16 stycznia 2013

Rosyjskie spotkanie z Udo

Kim jest Udo Dirkschneider chyba nie muszę przedstawić. Jednak jeśli komuś trzeba przypomnieć - to był on wieloletnim wokalistą niemieckiego zespołu heavy metalowego ACCEPT, a od 1987 roku prowadzi także własny zespół U.D.O., a jego charakterystyczny zachrypnięty głos stanowi markę samą w sobie.

Pierwsze spotkanie Udo z rosyjskim metalem miało miejsce, gdy w 2001 roku wziął gościnny udział w nagraniu utworu "Штиль"/"Sztil"/z zespołem АРИЯ. Całkiem nieźle sobie wtedy poradził z językiem rosyjskim, którym nie władał. Wyłącznie z fonetycznego zapisu - najpierw przełożonego na angielski, a potem na niemiecki - odtworzył rosyjski tekst.



Współpraca, choć jednorazowa, musiała dobrze zapaść w pamięci niemieckiego wokalisty, ponieważ, jak wczoraj ogłosiła grupa U.D.O. - ich nowym gitarzystą został Rosjanin (!). A tym szczęściarzem jest znany nam z grupy EVERLOST - Andriej Smrinow, który ostatnio brał również udział jako muzyk sesyjny w rosyjskim tournee Blaze'a Bayleya i Paula Di'Anno. Wcześniej Andriej terminował u Alika Granowskiego w zespole МАСТЕР, więc jego portfolio wygląda całkiem pokaźnie. Teraz do tej listy Smirnow może dopisać U.D.O. - można mu tylko pogratulować i życzyć powodzenia!:)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Bas "Białoruś"



Może to nie był szczyt techniki, ale znaczący krok w dobrą stronę!

Bas "Białoruś" była ostatnim instrumentem, który produkowała fabryka w Borysowie. To, co już na pierwszy rzut oka odróżnia ją od pozostałych radzieckich gitar to kolor - zamiast smolistoczarnego, jasne barwy z metalicznym połyskiem. Spotykane były egzemplarze w kolorach marchewkowo-koralowym, jasnoniebieskim, ciemnoniebieskim, srebrnym i ciemnoróżowym. Ich gryfy były natomiast pociągnięte albo przezroczystym, albo czarnym lakierem. Nowością były również zamontowane klucze, które kształtem przypominały serce.



A propos gryfu, to był on dość masywny i chyba najszerszy ze wszystkich radzieckich basów. 

22-progowy gryf (menzura: 863 mm) przykręcano na cztery śruby do pudła, a na metalowej tabliczce znajdowało się logo fabryki.

To, co kolekcjonerzy starych gitar lubią najbardziej:)

W "Białorusiach" fabrycznie montowano dwa humbeckery (w dwóch kolorystycznych wariantach: czarnym i białym) z regulacją poziomu, były to jedyne takie przetworniki we wszystkich  radzieckich gitarach.

Regulacja prętu bez specjalnego klucza nie była łatwa.

Pokrętła i trójpozycyjny przełącznik odpowiadały za głośność, brzmienie gitary oraz rozłączanie cewek. I co najważniejsze - te basy posiadały wyjście typu "jack" (!). Co w tym takiego dziwnego? A to, że pozostałe radzieckie gitary posiadały wejścia na wtyczki kabli telefonicznych starego typu.

U mnie w domu była podobna nie działająca centrala i miała właśnie takie kable: wąskie, długie a'la jack na bardzo sztywnym, ale mocnym kablu.

"Białoruś" można uznać za jeden z najbardziej udanych radzieckich instrumentów przeznaczonych do grania ciężkiej muzyki. Dziś jednak najczęściej służy jako eksponat w prywatnych kolekcjach.

sobota, 12 stycznia 2013

CRIMSON BLUE


nazwa: CRIMSON BLUE
miejsce powstania: Moskwa
rok powstania: 2007
język utworów: angielski
oficjalna strona zespołu: http://crimsonblue.ru

Zespół był wcześniej znany pod nazwą TRAGIC RAVEN, przeszedł zmianę stylistyczną i kilka zmian personalnych. Dziś ich grupa jest coraz bardziej rozpoznawalna na rosyjskim, ale nie tylko, rynku muzycznym.

Założycielami zespołu była wokalistka Dominica "Dani" Hellstrom i gitarzysta Iggy Hans, którzy do dziś tworzą ideologiczny tandem, wokół którego skupiają się pozostali muzycy (na dzień dzisiejszy dopełniają ich basista - Alez Verge oraz perkusista Jenn). W swojej muzyce od początku starali się łączyć motywy art-rocka i nu-metalu. Brzmi paradoksalnie, ale takie były zapatrywania dwójki założycieli, którzy wzorowali się na takich zespołach jak YES, GENESIS, CAMEL oraz KOЯN i TOOL jednocześnie. 


Kiedy w końcu po półtora roku prób udaje im się nagrać inetrnetowy album, bez menedźera, promocji ze strony wyskonakładowej prasy, nie mówiąc już o telewizji czy radiu, zespół wypływa na szerokie wody. Kolejny album CRIMSON BLUE nagrali w ciągu 35 dni i ukazał się nakładem jednej z największych wytwórni.

Dziś zespół ma już własny, rozpoznawalny image i konkretnie sformułowaną misję: "Dać swoją twórczością każdemu człowiekowi poznać męki poszukiwania światłości, sztuki, wieczności". Co ważne -grupie udało się dość szybko wypracować specyficzny entourage, w którego skład, prócz teatralnych scenicznych strojów, wchodzi talizman Carol, znak z logo, którego kształt znajdziemy też w oryginalnym statywie mikrofonu wokalistki.

CRIMSON BLUE starają się być grupą ponadpokoleniową - tak przynamniej sami o sobie mówią, jednak moim zdaniem szybciej (choćby ze względu na image) przyjmie ich młoda publiczność. Jest o nich co raz głośniej, a będzie jeszcze głośniej. Nabierają rozpędu i być może za parę miesięcy będziecie mogli powiedzieć, że o tej słynnej grupie z Rosji, to już czytaliście:)





Dyskografia:

(2010) "Iceland" (album internetowy)
(2011/12) "Innocence"
(2012) "Tonalli" (siengiel internetowy)

wtorek, 8 stycznia 2013

Andriej Tropiłło - człowiek, którego warto znać (2).

Andriej Tropiłło

Andriej Tropiłło to człowiek-instytucja, choć jak to nierzadko bywa, trochę niedoceniony we własnej ojczyźnie. Jego działalność budziła niekiedy bardzo negatywne emocje, jednak zacznijmy od początku.

W 1979 roku Andriej Tropiłło zorganizował w leningradzkim Domu Kultury "Młody Technik" kółko, które specjalizowało się w nagrywaniu muzyki. Do ćwiczeń służył im nie bagatelny sprzęt, albowiem Andriej pożyczał sobie aparaturę od największej firmy nagraniowej w Rosji - "Melodii".

W tym samym czasie Tropiłło otworzył prywatnie nielegalne studio nagrań "AnTrop", z którego korzystały takie zespoły jak КИНО, АКВАРИУМ, АЛИСА, МАШИНА ВРЕМЕНИ. Cały ten podziemny biznes kręcił się na zasadzie, że nikt nikomu nie płacił: ani muzycy Tropille, ani on im. Z góry została przyjęta zasada, że to, co dana grupa nagra należy do Andrieja, ale nie wszyscy o tym pamiętali.

Wracając do Tropiłły - był on pierwszym profesjonalnym producentem w ZSRR, który jednocześnie wydawał muzykę na płytach, organizował zespołom koncerty, a kiedy trzeba było to i sam udzielał się jako sesyjny muzyk i wokalista od chórków.

W 1988 roku został dyrektorem leningradzkiej filii "Melodii", ale szybko został z niej usunięty. Był po prostu za dobry i pozwalał wszystkim ówczesnym zespołom rockowym nagrywać na sprzęcie należącym do państwowej firmy. 

Również w  tym czasie studio "AnTrop" zyskało zgodę na oficjalne wydawanie płyt. I tu dopiero Tropiłło nabrał wiatru w żagle! Korzystając z dziurawego radzieckiego prawa autorskiego zaczął legalnie wypuszczać na rynek kopie zachodnich albumów. Radzieckie wydania THE BEATLES, LED ZEPPELIN, ROLLING STONES czy SONIC YOUTH cieszyły nie tylko uszy fanów. Również okładki dostarczały wielu ciekawych wrażeń. Nazwy zespołów napisane były cyrylicą, albo w ogóle tłumaczone. Okładki były natomiast albo zupełnie inne, albo - jak na wydaniu Sgt.Pepper - wśród zdjęć artystów pojawiły się wklejone fotografie Tropiłły i Koli Wasina!!!


Czasami wydane pierwotnie jako dwa albumy, w radzieckiej wersji pojawiały się składanki - jak wspomniany Sierżant Pieprz, który został połączony z płytą "Revolver" THE BEATLES. 

Jak Tropille udało się ominąć prawo? Otóż wystarczyło na okładce zaznaczyć, że nagranie pochodzi, na przykład, z nagrania z radia. Dodatkowo na wszystkich płytach słynnych liverpoolczyków było napisane: z kolekcji Koli Wasina.

Kiedy Tropille wymówiono posadę w "Melodii" zajął się wraz ze słynnym dziennikarzem rockowym - Aleksandrem Żytińskim - organizowaniem festiwali.

Andriej miał w swojej biografii także krótki epizod współpracy z Polakami, z którymi próbował wydawać w latach 90. kasety magnetofonowe. Współpraca skończyła się jednak, z przyczyn niezależnych od zainteresowanych stron, po dwóch wydanych tytułach.

W połowie lat 90. Tropiłło znów wypłynął, ale tym razem nie jako producent, ale propagator idei balsamowania oraz zamrażania ciał zmarłych...

W 2011 roku próbowano Andrieja wraz z jego studiem wysiedlić - na szczęście akcja ta skończyła się fiaskiem urzędników.

W swoim życiu Tropiłło pomógł wielu zespołom, dzięki niemu leningradzki rock docierał do najdalszych zakątków Rosji i krajów Związku Radzieckiego. Wspomniana zasada, że nagrany materiał należał później do producenta przysporzyła mu wielu wrogów. Najgłośniejszym echem odbiła się afera z nagraniami grupy КИНО, która oskarżyła Andrieja, iż oddając ich nagrania  "Melodii", producent zrobił zamach na undergroundowy image mzuyków. Pewnie było w tym trochę racji - z drugiej strony, dzięki temu  posunięciu o zespole Coja dowiedziała się cała Rosja. 

Jakkolwiek by nie spojrzeć - Tropiłło oddał wielką usługę muzykom, ci zaś (nie licząc grupy АКВАРИУМ), odwrócili się później do niego plecami. A wielu bez niego zostałoby gwiazdami wyłącznie leningradzkich scen.

sobota, 5 stycznia 2013

DeformitY, czyli zagubione utwory Metalliki (?)


nazwa: DeformitY
rok powstania: 1994
miejsce powstania: Sowieck (polska nazwa Tylża), Obwód kaliningradzki
język utworów: angielski
oficjalna strona zespołu: http://vk.com/club3819234

Zespół powstał latem 1994 roku i zaczął od death metalowych dźwięków, później po zajęciu drugiego miejsca na festiwalu Kaliningrad in Rock, muzycy zawiesili swoją działalność na dwa lata, a kiedy znów pojawili się na scenie był to już inny skład i gatunkowo inna muzyka. Jak mówią muzycy, sami wyrośli na nagraniach takich klasyków jak Metallica, Slayer, Testament, Pantera. Rzecz jasna, wiele grup mogłoby się pochwalić podobnymi muzycznymi inspiracjami, co jest więc wyjątkowego w DeformitY?

Powiem szczerze, kiedy przesłuchałam ich płyty, to się bardzo pozytywnie zdziwiłam. Z jednej strony to takie klasyczne połączenie heavy metalu i thrashu, więc melodie niby znane, niby nic odkrywczego. Z drugiej strony - miałam autentyczne wrażenie, że ktoś podsunął mi jakieś zganione utwory Metalliki z okresu "Czarnego albumu". 

Aleksandr Garszyn (v. g.), Władimir Nikulin (g.), Aleksandr Płatonow (per.), Siergiej Waruchin (bas)

Wokalista swoim głosem bardzo trafnie naśladuje wokalną manierę Hetfielda i jest to o tyle przyjemne wrażenie, że nie robi tego na siłę. Wydaje mi się, że po prostu tak mu to wychodzi, bez większego spinania się i specjalnej intencji, że będzie śpiewał jak James.

Jak wspomniałam, na płycie "When Tomorrow Comes" wydanej w sierpniu 2012 roku, zespół trzyma się klasycznych gatunków metalu i w ich wykonaniu brzmią one bardzo przekonywująco. Oni nie pozują grając w danym stylu, są z nim mocno zżyci i to słychać! Na szczęście zespół trafił pod skrzydła firmy, która zajmuje się promoсją zespołów z całego świata - GlobMetal Promotions, więc jest duża szansa, że nie przepadnie w gęstwinie muzyki.

Podobno DeformitY grali już w Polsce, ale jeszcze siу na nich nie załapałam - trzeba jechać chyba do Kaliningradu, w końcu to nie tak daleko:) Do czego i Was zachęcam!

piątek, 4 stycznia 2013

Kawiarnia "Sajgon"

Całkiem niedawno pisałam o kotłowni "Kamczatce", dla dopełnienia obrazu Leningradu tamtych czasów, czyli końcówki lat 70. i początku 80., warto także wspomnieć o "Sajgonie". Tak bowiem nieformalnie nazwano kawiarnię, która mieściła się w reasturacji "Moskwa" (na Newskim Prospekcie 49). Gromadzili się wokół niej sławni muzycy i literaci, co zapewniło jej klimat i sławę. 

Do "Sajgonu" zaglądali m.in. W.Coj(KINO), B.Griebienszczikow(AKWARIUM), J.Szewczuk(DDT),  K.Kinczew(ALICJA), O.Garkusza (AukcYja). A jego fasadę możemy zobaczyć np. w filmie "Włamywacz", gdzie zbierała się miejscowa młodzież o undergroundowych gustach. 

Skąd kawiarnia wzięła nazwę? Krąży na ten temat kilka wersji, ale to, co je łączy to przenośne (identyczne jak w języku polskim) znaczenie nazwy "sajgon". 

Trzy pierwsze okna na parterze licząc od lewej strony to były "Sajgon"

Niestety w 1989 roku resteuracja została zamknięta, a po remoncie przeszła w inne ręce i na miejscu lokalu gastronomicznego pojawił się salon z ... włoską armaturą. Później zaczęły się pojawiać nieśmiałe propozycje, aby przywrócić pierwotną funkcję pomieszczeniom, ale skończyło się na dywagacjach. W końcu, w 2001 roku na Newski Prospekt 49 znów wprowadził się hotel. Tym razem był to Radisson SAS Royal hotel. Duży prestiż i wysokie stawki odstraszyły punków, rockersów i literacką śmietankę, ale o "Sajgonie" przypomina powieszona przy barze pamiątkowa tabliczka. Mała rzecz - a cieszy.

"Sajgon" został także w zbiorowej pamięci dzięki utworom - naliczono ich do dziś piętnaście, a wśród nich:

И я зайду в „Сайгон“ и выпью чашку кофе, а потом пойду к нему...
/I zajdę do "Sajgonu" i wypiję filiżankę kawy, a potem pójdę do niego.../




 Мы познакомились с тобой в „Сайгоне“ год назад...
/Poznałem się z tobą w "Sajgonie" rok temu.../


 Детство прошло в Сайгоне, / Я жил, никого не любя… 
/Dzieciństwo spędziłem w "Sajgonie",/ Żyłem, nikogo nie kochając.../

czwartek, 3 stycznia 2013

Trzy folkowe kapele z rockowym przytupem

Nie jest tajemnicą, że ciężki rock podlany sosem z folku jest prężnie rozwijającym się w Rosji gatunkiem. Rosjanie nie boją sie czerpać całymi garściami ze słowiańskich mitów, których my jakbyśmy się trochę wstydzili i uważali je za gorsze wersje celtyckich czy skandynawskich mitologii. To, czy połączenie mocnych riffów z tematyką i dźwiękami sięgającymi do naszych korzeni jest trafne, zależy właściwie wyłącznie od wykonawcy. 

Dziś przedstawiam trzech przedstawicieli, spośród których każdy chyba może znaleźć coś dla siebie. 

Na pierwszy ogień pójdzie СМУТА/SMUTA/, która na swoim koncie ma już kilka albumów, a kolejny ma się ukazać pod koniec stycznia. Zespół powstał w 2004 roku w Rybińsku i jak możemy przeczytać na ich oficjalnej stronie: łączy w swojej twórczości tradycyjne, ekstremalne style metalu ze współczesną schedą słowiańskiego pogaństwa i muzyki folklorystycznej. 



Kolejną grupą jest РАРОГЪ/RAROG/. Zespół także powstał w 2004 roku i dziś jmożna go uważać za jednego z liderów w swoim gatunku. Pochodzący z Moskwy muzycy, którzy mają na swoim koncie trzy pełnowymiarowe albumy, skupiają wokół siebie fanów na portalach społecznosciowych (Facebook, Vkontaktie - rosyjska odmiana FB, która skupia rosyjskojęzycznych użytkowników z całego świata), a ostatnio podpisali nawet umowę z firmą odzieżową - dzięki niej RAROG wzbogaci swój merchandising.




A na koniec chcę przedstawić najbardziej łagodną odmianę folkowego rocka. Powstali w Wołgogradzie, ale przenieśli się z wiadomych pobudek do Moskwy. Od 2002 roku zespół НАЧАЛО ВЕКА/POCZĄTEK WIEKU/ stara się zaaranżować folkowe nuty na współczesną nutę. Poniżej odsyłam do utworu, w którym gościnnie wystąpiła Natalia O'Shea znana jako Helawisa (tak, to ta sama harfistka, która zaśpiewała w duecie z Bierkutem "Там высоко...").

 

Folk w Rosji ma się całkiem nieźle, dobrze się sprzedaje i znajduje wciąż nowych odbiorców. Z czasem powstaje też coraz więcej odmian folku i póki nie ma on nic wspólnego z nazizmem (a są przecież i takie kapele i to dość długa lista), to chętnie podglądam co w tej słowiańskiej trawie piszczy.

środa, 2 stycznia 2013

Historia rosyjskiego rocka na ekranie (2)


Kluczowym bohaterem, związującym tematycznie cztery filmy, o których chcę Wam dziś opowiedzieć będzie Wiktor Coj. Wokalista grupy KINO nie jeden raz wystąpił na dużym ekranie i, jak wiadomo, miał w planach jeszcze kilka projektów. Tragiczny w skutkach wypadek samochodowy nie pozwolił na realizację planów Wiktora, ale i tak dużo po nim zostało.

1. "Конец каникул"/"Koniec wakacji"/ z 1986 roku to filmowy debiut Coja. Jest to praca dyplomowa Siergiej Łysenki, który nakręcił cztery teledyski w wyludnionym Kijowie (mieszkańcy albo uciekli, albo pochowali się w obawie przed skutkami niedawnego wybuchu w Czarnobylu). Utwory wiąże fabuła, która jest jednak najsłabszą częścią tej krótkometrażówki.

2. Kolejny film krótkometrażowy z Wiktorem Cojem to "Йа-хха" nagrana w tym samym roku i również będąca pracą dyplomową (reż.Raszyd Nugmanow). Tym razem trzeba uzbroić się w cierpliwość, przebrnąć przez ponad dwadzieścia minut artystowskich wizji, żeby trafić pod koniec na Coja i KINO. Rzecz pewnie warta obejrzenia, ale chyba tylko dla wytrwałych:)

3. Następnego filmu przyznam się nie obejrzałam do końca, po prostu nie zdzierżyłam. Film potwornie się zestarzał, a perspektywa oglądania go przez ponad dwie godziny, była ponad moje siły...Może innym razem, choć szczerze wątpię. To wątpliwej dziś jakości dzieło to "Асса"/"Assa"/ z 1987 roku. Coj nie jest tu główną postacią, a podobno wystąpił tylko dlatego, że jego żonę przyjęto do tej ekipy filmowej. Jak było naprawdę? Nie wiem, jakkolwiek, Wiktor pojawia się jako trzecio- czy czwartoplanowa postać.

 4. Rok później na radzieckie ekrany weszła "Игла"/"Igła"/, gdzie Coj gra pierwszoplanową rolę. Tym razem praca Raszyda Nagumowa jest już bardziej zrozumiała, choć nadal jest w niej wiele artystowskich wątków, które dziś trącą już myszką. Sam Wiktor popisuje się tym razem walkami wschodnimi i to też dziś już nie imponuje. W każdym razie "Igła" jest chyba najbardziej zbornym obrazem z Cojem. 

Jeśli ktoś uważa się za fana KINO, albo samego Coja pewnie te cztery filmy obejrzy i będą dla niego ważne, jako dokument. Wszystkie z nich można uznać za część filmowego kanonu radzieckiego rocka. A czy warto dla nich tracić czas? Spróbujcie sami.

wtorek, 1 stycznia 2013

NIESPODZIANKA!!!

Dla tych, co rano wstają i dla tych wstają trochę później mam niespodziankę:) Prawie rok temu przeprowadziłam wywiady dla czasopisma, które niestety splatowało zanim zdążyło opublikować mój materiał. Ten miał potem trafić na nowo powstającą stronę o metalu...ale ta też nie powstała. Cóż, po całej współpracy pozostała li i jedynie niepochlebna recenzja na temat mojej książki (nota bene człowiek, który ją pisał miał w ogóle mgliste pojęcie o muzyce). Nie chciałam wywiadu obcinać, więc publikuję go w pełnej wersji ,bo myślę, ich odpowiedzi dziś byłyby podobne.



Pomimo napiętych terminów muzyków, udało mi się zająć kilkadziesiąt minut Władimirowi Hołstininowi. Gitarzysta, który tworzył ARIĘ od samych początków, jest zarówno kompozytorem i producentem. Prywatnie zaś to człowiek raczej mało wylewny i trudno namówić go na dłuższą pogawędkę, chyba, że temat zejdzie na jego kolekcję gitar...

- W 2011 roku ARIA nagrała nowy album z nowym wokalistą. I od tego chciałabym zacząć naszą rozmowę. Już kilka miesięcy „Feniks” cieszy uszy waszych fanów. Czy sam proces nagrywania czymś różnił się od poprzednich albumów?

Władimir Hołstinin: Tak, tym razem postprodukcja albumu była zrobiona w Danii w JAILHOUSE STUDIOS. Reszta, jeśli nie liczyć nowego wokalisty, niczym się nie różniła.

- Widzimy kontynuację współpracy z Cashem z grupy SLOT. Od kogo tym razem wyszła inicjatywa: od Ciebie? Czy od niego?

Władimir Hołstinin: Tematy utworów są moje, a ubranie ich w tekst to zasługa Igora.

- Moja ulubiona kompozycja na „Feniksie” to „Дальний свет”/„Długie światła”/, kojarzy mi się z  hitami lat 80, w najlepszym tego sformułowania znaczeniu. Czy możesz powiedzieć coś więcej na temat jej powstania?

Władimir Hołstinin: Chciałem napisać bardzo prostą i niemodną piosenkę w duchu lat 80. To taka nostalgia po czasach, kiedy wszystko dopiero się zaczęło i wyraz szacunku dla grup, na muzyce których wyrośliśmy...

- A propos Twoich kompozycji, czy Siergiej Popow [drugi gitarzysta – przyp. K.P.], ma prawo wtrącać się do stworzonego przez Ciebie solo?

Władimir Hołstinin: Tak, pod warunkiem, że to będzie solówka do jego utworu (śmiech).

- Na miejsce Artura zaprosiliście Michaiła Żytniakowa – co konkretnie dla Ciebie było najważniejszym kryterium w doborze nowego wokalisty?

Władimir Hołstinin: Głos.

- A jak publiczność przyjmuje Michaiła?

Władimir Hołstinin: Mam wrażenie, że dobrze.

- Michaił to „świeża krew”, czy wlał nowe życie w wasze trasy?

Władimir Hołstinin: Tak naprawdę to nie jesteśmy imprezującym zespołem. W ARII zebrali się ludzie z dość różnymi spojrzeniami na życie, na politykę i na religię. Wiąże nas miłość do muzyki i czerpiemy radość z wspólnej pracy, ale w wolnym czasie rzadko zbieramy się razem.

- A co do tras, po tylu głośnych koncertach, kiedy wracasz do domu, przy czym wypoczywasz? To jakieś ciche zajęcie?

Władimir Hołstinin: I tak i nie. Mam w domu rybki Betta Splendens. Niedawno udało mi się wyhodować naprawdę rzadką w ubarwieniu ryb, żółto-niebieską gamę. A poza tym lubię spędzać czas na strzelnicy.

- Wróćmy do muzyki i do waszego ostatniego singla „Поле битвы”/„Pole bitwy”/. Nagrałeś tam utwór instrumentalny „На крыльях ветра”/„Na skrzydłach wiatru”/. Czy miałbyś chęć nagrać cały album z aranżacjami muzyki klasycznej, jak zrobił to np. Ritchie Blackmore na albumie „Impressions & Reflections”?

Władimir Hołstinin: O nie, to jest bardzo długa i nieprzyjemna praca, a ja jestem bardzo leniwym człowiekiem. Mam jeszcze jedną ideę, ale ona raczej nie dojdzie do skutku. A do tego masę czasu zabiera mi mandolina, na której staram się grać bluegrass dla duszy.

- A ta idea, czy to może muzyka filmowa? Chciałbyś spróbować swoich sił jako autor muzyki do filmu czy spektaklu?

Władimir Hołstinin: Nie, to nie dla mnie...

- W takim razie pozwól spytać o arkana Twojej pracy: jak wygląda brudnopis z melodiami Władimira Hołstinina? Czy to są akordy zapisane na kartce czy nagranie melodii w komputerze?

Władimir Hołstinin: Kiedyś wymyśliłem wstęp do utworu „Баллада о древнерусском воине”/„Ballada o staroruskim woju”/, gdy jechałem autobusem i zapisałem go na kawałku kartki, żeby nie zapomnieć. Ale to był wyjątek, teraz cała praca mieści się w komputerze i brudnopisy też są tam.

- A ile w Twojej twórczości jest natchnienia na wzór, jak to pisał Wysocki, „odwiedziła mnie muza”, a ile własnych poszukiwań?

Władimir Hołstinin: Na pewno występuje jedno i drugie, ale na nieszczęście, melodie przychodzą do głowy niespodziewanie i szybko. A już później zaczyna się wymagająca wysiłku praca nad stworzeniem utworu, która trwa miesiącami, jeśli nie liczyć do tego pracy nad tekstem (uśmiech).

- Napisałeś mnóstwo muzyki, czy zdarzyło Ci się, że wymyśliłeś melodię, riff i dopiero przy nagrywaniu zauważyłeś, że kiedyś już wykorzystałeś tą „nowość”? Coś na wzór podświadomego autoplagiatu?

Władimir Hołstinin: Ciągle o tym myślę, ale mimo tego odkrywam powtórzenia i przed, i po nagraniu. Walczyć z tym jest z czasem coraz trudniej, w końcu utworów przybywa, a pamięci jakoś tak ubywa!


- Czy prócz koncertów i prób ćwiczysz jeszcze na gitarze w domu?

Władimir Hołstinin: Nie ćwiczę, ale czasem muszę powtórzyć sobie swoje partie przed koncertami.

- Czy gitara ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?

Władimir Hołstinin: Oczywiście! Gitara, jak prawdziwa kobieta, cała jest jedną wielką zagadką.

A czy nachodzi Cię czasem myśl, aby nauczyć się gry na jakimś innym instrumencie prócz gitary i mandoliny?

Władimir Hołstinin: Tak, chciałem się trochę nauczyć grać na szkockich dudach. Dudy już mam, a czasu póki co nie. Ale nie tracę nadziei, już nawet znalazłem człowieka, u którego można wziąć kilka lekcji.

A propos mandoliny. Czy po albumie EPIDEMII „Эльфийская рукопись”/ „Elfowy rękopis” , na której albumie udzielałeś się na tym instrumencie, zajmowałeś się jeszcze produkcją całych albumów?

Władimir Hołstinin: Nie, to miało miejsce tylko jeden raz. Po pierwsze, ta praca zabiera dużo czasu, a po drugie muzycy ARII przyjęli moją producencką działalność z EPIDEMIĄ dosyć negatywnie i zdecydowałem się więcej tym nie zajmować.

- „Elfowy rękopis” był pierwszą rosyjską metal-operą. W projekcie tym brało udział wielu muzyków. Którego z nich było najtrudniej nagrywać?

Władimir Hołstinin: Z nikim nie było problemów przy nagrywaniu. Wszyscy byli przejęci ideą i pracowali z przyjemnością oraz dużym zaangażowaniem.

No to ostatnie moje pytanie dotyczące tego projektu: wśród wokalistów biorących udział w nagrywaniu „Elfowego rękopisu” był Dymitrij Borisienkow wokalista i gitarzysta legendarnej grupy ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК/CZARNY OBELISK/, który na co dzień zajmuje się produkowaniem albumów. Czy ten fakt jakoś wpływał na waszą współpracę? Było z nim lżej pracować czy wręcz przeciwnie?

Władimir Hołstinin: A z nim to nawet nie trzeba było pracować, jest prawdziwym profesjonalistą i wie, czego się od niego wymaga.

-  Jesteś znany nie tylko jako gitarzysta, ale także jako kolekcjoner gitar. Zakup której z nich najbardziej zapamiętałeś?

Władimir Hołstinin: To był mój pierwszy w życiu Fender, w odległym 1982 roku. Pieniędzy nie starczyło mi nawet na połowę jego wartości, a resztę sumy spłacałem prawie półtora roku. Pracowałem wtedy jako inżynier, po skończeniu politechniki, i każdego miesiąca musiałem oddać sto rubli, czyli całą swoją pensję!

A zawsze próbujesz gitarę przed jej kupnem, czy wystarcza Ci opis, rekomendacja, że dany model dobrze brzmi, ma wygodny gryf etc?

Władimir Hołstinin: Przy zakupach jestem skazany na internet, kupuję więc patrząc na fotografie i po opisie. Pomocne są moje doświadczenie i intuicja, ale bywają i nieudane wyroby.

Twoje gitary to eksponaty czy narzędzia pracy?

Władimir Hołstinin: Są takie i takie. Niektóre przedstawiają sobą wzór epoki, dobrze zachowany i rzadki instrument, inne wykonane są w jednym egzemplarzu i bardziej przypominają dzieła sztuki.

W swoim czasie prowadziłeś też master class. Jak czułeś się w roli nauczyciela? Czujesz do tego powołanie?

Władimir Hołstinin: Nie, zupełnie nie. Teraz w internecie można znaleźć bardziej uznanych nauczycieli. Uczyć się trzeba u muzyków, którzy wnieśli swój wkład w rozwój sztuki gitarowej i stworzyli własną szkołę.

Przemawia przez Ciebie skromność. Ostatnie moje pytanie będzie natomiast takie: co hasło „polska muzyka” Ci mówi? Jakie pierwsze skojarzenia przychodzą Ci do głowy?

Władimir Hołstinin: Mazurek, polonez, Chopin.

Dziękuję za rozmowę.

Witalij Dubinin (basista) wraz z Władimirem Hołstininem (gitarzystą) tworzą w ARII dobrze zgrany tandem muzyczny. Dubinin, który prawie od początku zasila szeregi legendarnej grupy jest zarazem jej producentem, a także często udziela się wokalnie na płytach i koncertach zespołu. Witalij jest człowiekiem bardzo otwartym, a co za tym idzie, bardzo bezpośrednim. Łatwo zirytować go nudnymi, nieprzemyślanymi pytaniami, ale kiedy znajdzie się z nim wspólny język - jest jak sezam pełen informacji i dobrego humoru.

Tak, jak w rozmowie z Władimirem, chciałabym zacząć nasze spotkanie od pytania o waszego nowego wokalistę. Jak z półrocznej perspektywy współpracy mógłbyś opisać Michaiła?

Witalij Dubinin: Michaił jest bardzo pracowitym, kontaktowym, sympatycznym w obejściu i przyciągającym do siebie człowiekiem. Bardzo szybko wpisał się w zespół i nie patrząc na różnicę wieku, wszyscy chłopacy bardzo się do niego zbliżyli.

Michaił zapewne może wiele się nauczyć od pozostałych „aryjczyków”. A czy Ty nauczyłeś się czegoś od niego?

Witalij Dubinin: Nie mogę mówić za resztę, ale, przynajmniej ja staram się być taki opanowany w kontaktach z nim jak on wobec innych. Niektórzy jego przyjaciele nazywają go „dyplomatą”, bardzo mi się to podoba, choć sam jestem zupełnie inny!

Ty też jesteś wokalistą. Porównując Twój głos na „АвАрии”/„AwArii”/[album, z autocoverami grupy – przyp.K.P.], gdzie przejąłeś rolę solisty, i na przykład na „Feniksie”, gdzie też się udzielasz, słychać dużą różnicę. Brałeś lekcje śpiewu między tymi albumami, czy wykorzystujesz doświadczenie wyniesione ze szkoły Gniesinych, gdzie przez pięć lat studiowałeś wokalistykę?

Witalij Dubinin: Nie, nie brałem w tym czasie lekcji śpiewu...(uśmiech). Po prostu te albumy są w bardzo odmiennym duchu, w różnym stylu, dlatego też są inaczej zaśpiewane. A do tego na „AwArii” zaśpiewałem zbyt miękko...A na „Feniksie” śpiewałem tak, jak zawsze śpiewałem na albumach ARII, począwszy od „Героя асфальта”/„Herosa asfaltu”/ [Witalij jako basista robił backwokale – przyp.K.P.]...Nie mogę powiedzieć, że Gniesinka nic mi nie dała, ale śpiewam tak jak mi się podoba, a nie tak jak jest prawidłowo.. (śmiech)

W 2011 roku ujrzała światło dzienne piosenka „Бабы, бабы”/„Baby, baby”/, którą nagrałeś poza ARIĄ, a która nawiązywała do stylistyki humorystycznej piosenki więziennej. Będzie ciąg dalszy?

Witalij Dubinin: Na Nowy Rok wrzuciłem też do sieci zapis demo jeszcze jednej piosenki „Пацаны”/ „Chłopaki”/...Dalej wróżyć nie mogę – trzeba ARIĄ się zająć. Ale może jakieś nagrania demo z serii „Baby, baby” jeszcze wrzucę do internetu.


To teraz porozmawiajmy o basie. Jesteś jednym z najlepszych basistów w Rosji, kogo wśród rosyjskich basistów wyróżniłbyś jako muzyków?

Witalij Dubinin: Po pierwsze – dziękuję za komplement! Po drugie, to na pewno Alika Granowskiego [pierwszy basista ARII, niezmienny od ćwierćwiecza lider zespołu MASTER – przyp.K.P.]! Uważam go za najlepszego. Jest wielu młodych dobrych basistów, Iwan Izotow [basista m.in. EPIDEMII – przyp.K.P.], na przykład...Ale tak w ogóle to ja raczej nie słucham rosyjskich grup. A dokładniej – w ogóle ich nie słucham. I kiedy mi się to zdarza, bardzo często jestem miło zaskoczony poziomem wykonania.

Spełniasz się także jako producent. Po ilu godzinach, siedząc przy pulpicie mikserskim, stwierdzasz: starczy, dziś już więcej nie mogę?

Witalij Dubinin: Jestem producentem tylko w ARII... To, o co pytasz oczywiście zdarza się, ale to nie zależy od czasu, który spędzam przy pulpicie...Jeśli wszystko idzie gładko i czujesz, że wychodzi dokładnie tak jak chciałeś, lub na odwrót nagle odkrywasz coś nowego, to, zazwyczaj, czasu i zmęczenia nie czujesz! I w drugą stronę, jeśli nic nie wychodzi, to gdy tylko to zrozumiesz, starasz się jak najszybciej skończyć.

Większość „aryjskiego” repertuaru wyszła spod Twoich palców, dlatego też chcę zapytać Cię o kilka utworów. „Отшельник”/„Pustelnik”/ - do tego utworu nakręcono nawet niezły klip, a wydaje mi się, że ta kompozycja jakoś tak przepadła, a szkoda.

Witalij Dubinin: No, to jest los nie tylko tego utworu...Kiedy jest ich wiele, trzeba któryś poświęcić. Ale jeśli utwór znika z setlisty, to znaczy, że nie wszystkim w grupie się on podoba, lub zwyczajnie nie pasuje do danego koncertu. Myślę, że zagramy jeszcze „Pustelnika” i inne dawno nie wykonywane utwory.

Masz talent do tworzenia bardzo energicznych utworów („Дух войны”/ „Duch wojny”/, „ Не хочешь, не верь мне”/ „Nie chcesz – to nie wierz”, „ Дезертир”/ „Dezerter”...). Ta energia rodzi się w czasie powstawania utworu czy podczas opracowywania w studiu?

Witalij Dubinin: Zazwyczaj, w czasie tworzenia, czasami podczas próby, jak to było z „Улица роз”/ „Ulica róż”/. Na początku przedstawiłem ją jako melodyjną balladę! (śmiech) Do studia idziemy już znając na 100%, co będziemy grać i jaki chcemy uzyskać rezultat.

Wcześniej pisałeś muzykę razem z Władimirem [Hołstininem – gitarzystą], dlaczego to z czasem się zmieniło?

Witalij Dubinin: Czasy się zmieniły, my się zmieniliśmy...Wcześniej spędzaliśmy wspólnie mnóstwo czasu na próbach, mieszkaliśmy miesiącami w jednym pokoju hotelowym. Razem robiliśmy aranżacje, próbowaliśmy jakieś tam kawałki, pomagaliśmy sobie wzajemnie coś tam nagrać itd. Teraz każdy ma komputer, z którym także zostaje się w czasie pisania muzyki. .. I żeby nagrać coś nikt ci nie jest potrzebny, a poradzić się można już na próbie, pokazując swoje gotowe demo. Czy to dobrze czy nie? I tak, i nie...Ale jest, tak jak jest. Tak jak wcześniej przysłuchujemy się wzajemnie swoim opiniom, i może, w najbliższym czasie napiszemy coś wspólnie.

A na temat którego z tekstów, do Twoich kompozycji, toczyłeś najdłuższy spór z Margaritą Puszkiną?

Witalij Dubinin: Jest kilka utworów, do których muzyki było wymyślonych wiele wariantów tekstów. Ale championem jest „Осколок льда”/„Kawałek lodu”/!!! Było napisanych do niego 18 czy 20 wariantów! (uśmiech)

Jesteś trzy dekady na scenie. Jak przez ten czas zmieniła się publiczność prócz tego, że kiedyś ludzie chodzili na koncerty z zapalniczkami, a teraz z komórkami?

Witalij Dubinin: Zewnętrznie ludzie oczywiście zmieniają się. Wcześniej chodzili w kitkach, teraz są wytatuowane mięśniaki! (śmiech) Ale to tylko przykład. Nie zmienia się najważniejsze – kiedy patrzysz ze sceny, to widzisz, przeważnie, kilka pierwszych rzędów, pozostałe jakoś zlewają się. I tak, w tych rzędach widzisz stale młodzież i ciągle otwarte radosne oczy! Jakby czas się zatrzymał... To jest po prostu fantastyczne uczucie! I dopiero po koncercie wracasz do rzeczywistości i rozumiesz, ile tak naprawdę masz lat...

Co do koncertów, czy pamiętasz taki, na którym dźwięk był najgorszy ze wszystkich i jak sobie poradziłeś z tym, żeby, nie słysząc pozostałych, utrzymać tempo?

Witalij Dubinin: Takich koncertów było bardzo dużo! Radziłem sobie tylko dzięki emocjom, starałem się robić to z maksymalnym oddaniem.! I ludzie to czuli i przyjmowali nas o wiele lepiej, niż wtedy gdy wszystko było bardziej lub mniej w porządku.

I ostatnie pytanie: czego można Ci życzyć?

Witalij Dubinin: Zdrowia! (śmiech)

Dziękuję Ci za rozmowę!

Witalij Dubinin: A ja Tobie za interesujące pytania.

Rozmowy przeprowadziła i przetłumaczyła: Ksenia Przybyś