poniedziałek, 29 października 2012

Jak Steve Vai rozgrzał Stodołę

I tak wczoraj zrealizował się ostatni mój prezebt urodzinowy. Fakt, że urodziny mam w lipcu, ale Steve Vai nie koncertował wówczas w Polsce, więc podarek od moich Rodziców został nieco przesunięty w czasie. Jednak warto było czekać na taką muzyczną ucztę.

Do Warszawy pojechałam Polskim Busem - jak ktoś jeszcze nie jechał, a ma do wyboru ten transport, to szczerze polecam. Cisza, spokój, szybciej niż kolej, taniej niż kolej, a do tego załapiesz się na ciastko, picie, loda! Tak, właściwie same plusy choć, jak ktoś jest dość wysoki (vide: ja), to mogą go potem trochę nogi boleć, bo fotele są dość ciasno poustawiane. Ale poza tym - rewelacja!

Na miejscu, czyli pod klubem "Stodoła" znalazłam się na kwadrans przed 19, o pełnej godzinie zaczęło się wpuszczanie do środka. A choć stałam w długaśnej kolejce, na szczęście nie zmarzłam, bo wpuszczający bardzo sprawnie poradzili sobie ze spokojnie czekającym tłumem.



W środku szybko do szatni i na balkon, bo byłam szczęśliwą posiadaczką vipowskiego biletu. Tam już kilkunastu ludzi testowała, z którego miejsca lepiej widać i ja przyłączyłam się do tego "chodzonego". Po kilku zmianach miejsca trafiłam na to, moim zdaniem, najlepsze i ustawiłam się w oczekiwaniu na początek koncertu.

Występ Steve'a miała poprzedzić Beverly McClellan - zwyciężczyni amerykańskiej wersji telewizyjnego show "The Voice", która wzięła także udział w nagrywaniu ostatniej płyty Vaia "The Story of Light". Powiem bez ogródek, że specjalnie nie czekałam na jej występ, bo support, to przecież w 90% przypadków, wypełniacz, tester dla dźwiękowców, a co gorsza, gwiazdy, które wypływają na fali telewizyjnych programów wzbudzają  u mnie, w znakomitej większości,  niesmak.


Po pierwszych wyśpiewanych przez Beverly wersach - oniemiałam. Co za głos! Siła, barwa, jego świadomość i tak rzadko spotykana - wyobraźnia muzyczna, rzuciły mnie na kolana. Publiczność przywitała Beverly bardzo gorąco i szybko nawiązała się między nami nie tylko nić porozumienia, ale cała wiązka pozytywnych emocji. Jeśli ktoś wszedł dopiero w czasie pierwszego utworu - mógł odnieść wrażenie, że trafił już na połowę koncertu - publiczność rozgrzana i rozśpiewana, wspaniale bawiła się w takt sążnistego bluesa McClellan.

Beverly, choć widziała, że rozkołysała na dobre publiczność, po kilku utworach zeszła i nie dała okazji, by prosić o bis. Wokalistka wiedziała, kiedy zejść ze sceny i kto tu jest gwiazdą wieczoru. Brawa za takt i wspaniały, energetyczny występ - choć przyszłam sceptycznie nastawiona, to już przy drugim utworze w głowie powstała mi myśl nawet, gdyby to był wyłącznie jej występ - warto było tu przyjechać!


Dobry kwadrans trwały przygotowania do występu Vaia, a potem na zadymioną specjalnie scenę wkroczył w kapeluszu Steve. Przywitany został ogłuszającą owacją! I tak po każdym utworze, a nieraz i przerywając  w dobrej wierze trochę artyście, zgromadzeni w "Stodole" widzowie oklaskiwali Mistrza.
Vai zagrał trochę z najnowszej płyty, ale też uraczył nas swoimi hitami. Jak to on: bawił się z publicznością i bez końca ją uwodził. Prezentował nam swoje umiejętności i kolejne gitary. Pięknie prezentowało się przy przygaszonych światłach srebrnego Ibaneza z podświetlanymi markerami. Pierwszy raz widziałam takiego na żywo w akcji i dopiero mogłam się przekonać jak mocnym światłem świecą markery i jaka bije od nich łuna! Bardzo ładny efekt:)

Tak, wywołać dobry efekt, to jest to co przyświeca Vaiowi od lat. Na szczęście to, czego się obawiałam na ten koncert - nie wystąpiło, a mianowicie: przerost formy nad treścią. Wszyscy wiemy, że Steve przykłada dużą wagę do swoich ubiorów (zmieniał je i tym razem kilka razy), nie tylko do jakości, ale i do kolorów swojego sprzętu i do całego show. Jednak to wszystko nie przesłoniło tego co najważniejsze - muzyki.

Oczywiście były małe wpadki, ale zarówno Vai, któremu sprzęt wpierw się opierał, czy dźwiękowcy, którzy bardzo się starali, ale czasem coś wymykało się spod kontroli, dawali sobie radę:)
A co to ma wspólnego z Rosją? bo w końcu do tego bloga to ma się nijak...choć nie do końca! Jeśli szukać połączeń, to choćby ostatnia płyta Vaia zaczyna się rosyjskim monologiem o historii światła:)

3 komentarze:

  1. Ech... też bym chciał tam być. Może następnym razem - daj znać, jak będziesz się wybierała :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Między nami internautami, to właśnie zastanawiam się na co się wybrać. Nie mam teraz jakoś planów - długo czekałam na koncert Vaia, a po nim jakaś taka pustka nastąpiła...chyba czas jechać do Rosji:)Jedziesz ze mną?;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jassne, rzucaj termin - biorę plecak i ruszamy!

    OdpowiedzUsuń