poniedziałek, 29 października 2012

Jak Steve Vai rozgrzał Stodołę

I tak wczoraj zrealizował się ostatni mój prezebt urodzinowy. Fakt, że urodziny mam w lipcu, ale Steve Vai nie koncertował wówczas w Polsce, więc podarek od moich Rodziców został nieco przesunięty w czasie. Jednak warto było czekać na taką muzyczną ucztę.

Do Warszawy pojechałam Polskim Busem - jak ktoś jeszcze nie jechał, a ma do wyboru ten transport, to szczerze polecam. Cisza, spokój, szybciej niż kolej, taniej niż kolej, a do tego załapiesz się na ciastko, picie, loda! Tak, właściwie same plusy choć, jak ktoś jest dość wysoki (vide: ja), to mogą go potem trochę nogi boleć, bo fotele są dość ciasno poustawiane. Ale poza tym - rewelacja!

Na miejscu, czyli pod klubem "Stodoła" znalazłam się na kwadrans przed 19, o pełnej godzinie zaczęło się wpuszczanie do środka. A choć stałam w długaśnej kolejce, na szczęście nie zmarzłam, bo wpuszczający bardzo sprawnie poradzili sobie ze spokojnie czekającym tłumem.



W środku szybko do szatni i na balkon, bo byłam szczęśliwą posiadaczką vipowskiego biletu. Tam już kilkunastu ludzi testowała, z którego miejsca lepiej widać i ja przyłączyłam się do tego "chodzonego". Po kilku zmianach miejsca trafiłam na to, moim zdaniem, najlepsze i ustawiłam się w oczekiwaniu na początek koncertu.

Występ Steve'a miała poprzedzić Beverly McClellan - zwyciężczyni amerykańskiej wersji telewizyjnego show "The Voice", która wzięła także udział w nagrywaniu ostatniej płyty Vaia "The Story of Light". Powiem bez ogródek, że specjalnie nie czekałam na jej występ, bo support, to przecież w 90% przypadków, wypełniacz, tester dla dźwiękowców, a co gorsza, gwiazdy, które wypływają na fali telewizyjnych programów wzbudzają  u mnie, w znakomitej większości,  niesmak.


Po pierwszych wyśpiewanych przez Beverly wersach - oniemiałam. Co za głos! Siła, barwa, jego świadomość i tak rzadko spotykana - wyobraźnia muzyczna, rzuciły mnie na kolana. Publiczność przywitała Beverly bardzo gorąco i szybko nawiązała się między nami nie tylko nić porozumienia, ale cała wiązka pozytywnych emocji. Jeśli ktoś wszedł dopiero w czasie pierwszego utworu - mógł odnieść wrażenie, że trafił już na połowę koncertu - publiczność rozgrzana i rozśpiewana, wspaniale bawiła się w takt sążnistego bluesa McClellan.

Beverly, choć widziała, że rozkołysała na dobre publiczność, po kilku utworach zeszła i nie dała okazji, by prosić o bis. Wokalistka wiedziała, kiedy zejść ze sceny i kto tu jest gwiazdą wieczoru. Brawa za takt i wspaniały, energetyczny występ - choć przyszłam sceptycznie nastawiona, to już przy drugim utworze w głowie powstała mi myśl nawet, gdyby to był wyłącznie jej występ - warto było tu przyjechać!


Dobry kwadrans trwały przygotowania do występu Vaia, a potem na zadymioną specjalnie scenę wkroczył w kapeluszu Steve. Przywitany został ogłuszającą owacją! I tak po każdym utworze, a nieraz i przerywając  w dobrej wierze trochę artyście, zgromadzeni w "Stodole" widzowie oklaskiwali Mistrza.
Vai zagrał trochę z najnowszej płyty, ale też uraczył nas swoimi hitami. Jak to on: bawił się z publicznością i bez końca ją uwodził. Prezentował nam swoje umiejętności i kolejne gitary. Pięknie prezentowało się przy przygaszonych światłach srebrnego Ibaneza z podświetlanymi markerami. Pierwszy raz widziałam takiego na żywo w akcji i dopiero mogłam się przekonać jak mocnym światłem świecą markery i jaka bije od nich łuna! Bardzo ładny efekt:)

Tak, wywołać dobry efekt, to jest to co przyświeca Vaiowi od lat. Na szczęście to, czego się obawiałam na ten koncert - nie wystąpiło, a mianowicie: przerost formy nad treścią. Wszyscy wiemy, że Steve przykłada dużą wagę do swoich ubiorów (zmieniał je i tym razem kilka razy), nie tylko do jakości, ale i do kolorów swojego sprzętu i do całego show. Jednak to wszystko nie przesłoniło tego co najważniejsze - muzyki.

Oczywiście były małe wpadki, ale zarówno Vai, któremu sprzęt wpierw się opierał, czy dźwiękowcy, którzy bardzo się starali, ale czasem coś wymykało się spod kontroli, dawali sobie radę:)
A co to ma wspólnego z Rosją? bo w końcu do tego bloga to ma się nijak...choć nie do końca! Jeśli szukać połączeń, to choćby ostatnia płyta Vaia zaczyna się rosyjskim monologiem o historii światła:)

czwartek, 25 października 2012

Czelabińsk. Rock

Jak już wczoraj wspominałam - kupiłam sobie książkę rodem z Czelabińska. Nakład: 500 egzemplarzy, czyli mam swego rodzaju rarytas, bo jak się spodziewam, prócz mnie w Polsce to raczej jej nikt nie posiada. Ale mogę się mylić...

Wracając do Czelabińska - od razu przyznam się z ręką na sercu, że dotychczas nie znałam stamtąd ani pół grupy. Skąd więc taki nagły przypływ uczuć?:) Potraktowałam tę lekturę jako część układanki, która tworzy obraz muzyki radzieckiej i rosyjskiej. Okazało się, że znalazłam w niej także wiele interesujących rzeczy, odnoszących się do całej rockowej sceny ze Wschodu. 

To, co jednak wyróżnia pracę Romana Gribanowa, od innych tego typu publikacji - to dołączona płyta. Na krążku znalazły się archiwalne nagrania, których nie można znaleźć na oficjalnych wydaniach. Rozmawiałam ze znajomym autora, który powiedział mi, że część z tego, co trafiło na płytę, autor znajdował rozsiane na amatorskich kasetach i potem skompilował w całość. 
51 utworów daje pewne pojęcie o powstającej od lat 60. muzyce rockowej. Oczywiście gros z nagrań należałoby oznaczyć podpisem - tylko dla zagorzałych fanów - bo zarówno jakość nagrań i to, co same sobą przedstawiały, dalekie jest od standardów.


Praca Gribanowa miała na celu, według słów samego Autora, przybliżyć ludziom nawet nie samą muzykę, ale Czelabińsk. Cóż, nie powiem, żeby w moim przypadku ta misja się powiodła. Dla mnie muzyka zostanie zawsze najważniejszym czynnikiem przyciągającym, a Czelabińsk...stał się dla mnie przynamniej mniej anonimowy niż dotychczas.

Do książki, którą po duzych perypetiach udało mi się ściągnąć do Polski, będę zapewne jeszcze nieraz sięgała, tak jak i do nagrań. Wśró tych ostatnich najbardziej robawiły mnie rosyjskie covery The Beatles. Z oryginału zostawiano melodię, a słowa, muzycy układali sami. Stąd zamiast "Can't Buy Me Love" możemy usłyszeć "С веселой песней"[S wiesołoj piesniej]:)

środa, 24 października 2012

Kipiełow i the freshmaker!

Kupiłam ostatnio książkę w Czalebińsku...ale napiszę o niej jutro, bo pewnie do tego czasu już ją przeczytam, ponieważ jest niezwykle wciagająca - a dziś coś, co podpatrzyłam u znajomego gitarzysty z Rosji.

Pamiętacie taką rekalmę, na początku lat 90., cukierków Mentos, gdzie chłopak wkręcił się na wesele, bo mu tam wpadała piłka? To był jeden z pierwszych spotów tej firmy, która zawitała zarówno do nas, jak i do Rosji. Otóż w rosyjskiej wersji tą pioseneczkę w tle śpiewał....Walery Kipiełow! Tak ten sam, który śpiewał w ARII, a potem założył zespół pod własnym nazwiskiem. Jak dla mnie, ujmy mu to nie przyniosło, a dziś możemy chociaż z sentymentem wrócić do takiej niecodziennej roli, w jaką wcielił się najbardziej rockowy głos z Rosji:)


poniedziałek, 22 października 2012

Petersburski świat podziemnej muzyki

Nie dalej jak w kwietniu pisałam o filmie "UNDERGROUND - jak nie zostać gwiazdą". Wtedy pojawiły się wyłącznie zajawki tego dwugodzinnego dokumentu o petersubruskiej "podziemnej" scenie. Ostatnio, dzięki Youtube, można obejrzeć już całość!

Ja wczoraj pokusiłam się o taki seans i szczerze nie żałuję. Fakt, że gdzieś po godzinie następuje przydługa wstawka, ale ze względu na to, że film został poświęcony pamięci muzyka, którego zdjęcia dotyczą -powody jej umieszczenia są więc jak najbardziej zrozumiałe. 
Ponieważ dokument zawiera wypowiedzi różnych ludzi, to też różna jest ich wartość. Bardzo in plus wybijają się, jak dla mnie, wypowiedzi dziennikarki Natalii "Miotły" Duszyny (Małyżenkowy). Pełne ciekawych spostrzeżeń, podane z dużą dozą ekspresji, ale i kultury. 

Po obejrzeniu "UNDERGROUND..." powstało mi w głowie kilka pytań - stąd nowy impuls do poszukiwań i pogłębiania wiedzy o, skądinąd trochę zaniedbywanej przeze mnie, petersburskiej scenie. 
Poszukiwanie w niszach staje się ostatnimi czasy moją obsesją. Oczywiście staram się nie zaniedbywać i wiem, co dzieje się aktualnie wśród zespołów z najwyższej półki. Ich historie jednak są znane i dostępne, tak jak ich muzyka. A ci, którym nie było dane zaistnieć na dużej scenie, muszą czekać na szczęście...albo taką maniaczkę jak ja:)

To co ja tu jeszcze robię? Zostawiam Was z filmem i lecę włóczyć się po sieci, jak to mówią Rosjanie:)


piątek, 19 października 2012

Taki smutny piątek

"Wiking" 1970-2012

Choć pogoda za oknem nastraja jak najbardziej wesoło, to jednak sprawy toczą się swoją koleją. Dziś o godzinie jedenastej odbył się w Moskwie pogrzeb basisty zespołu FAKTOR STRACHU. "Wiking", bo pod takim pseudonimem wielu znało Dmitrija Skopina-Paniukowa, zginął we wtorek wieczorem w wypadku samochodowym. 

Zespół po raz drugi stanął w obliczu śmierci jednego ze swoich członków. W 2010 roku na zawał serca zmarł wokalista zespołu - Ilja Aleksandrow. 

Są takie grupy, które śmierć odwiedza częściej niż inne i podbiera im kolejnych muzyków. Jednak nie dzieliłabym według tego kryterium, ja patrzę ze zrozumieniem na te zespoły, które dają sobie spokój z graniem i podziwem na te, które potrafią się podnieść po stracie i iść dalej. Jak będzie z FAKTOREM STRACHU? Mam nadzieję, że uda im się przetrwać. Ilja i "Wiking" pewnie też by im tego życzyli...

środa, 17 października 2012

O prawidłowościach

Chyba ze wzglądu na trwająca jesień dopadają mnie przemyślenia, które nieraz nie mają optymistycznego wydźwięku. Dotyczą się głównie rosyjskiej muzyki, ale myślę, że po części są swego rodzaju "prawdami uniwersalnymi".

Pierwsza z myśli dotyczy muzyków i ich klasy. Pewną regułą, od której na szczęście są chwalebne wyjątki, jest to, że im mniej znany zespół, tym bardziej zaściankowe poglądy. Proszę z góry wybaczyć, że tak uogólniam, ale jednak coś w tym jest. Wielokrotnie miałam przyjemność rozmawiać z ludźmi, którzy mogą poszczycić się prawdziwym sukcesem i za każdym razem byłam mile zdziwiona ich normalnością, tym, że ludzie, o których w Rosji można spokojnie mówić "gwiazdy" w rozmowie czy to prywatnej, czy w wywiadzie są bardzo mili, zdystansowani wobec swojego dorobku i samych siebie. Co innego, kiedy mówimy o lokalnych sławach z przykładowego Zagubinowa. Zdaża się, iż kiedy zgłaszam sie do takich muzyków, ci od razu zaczynają pokazywać mi gdzie jest moje miejsce i, że oni teraz będą mnie uczyć czego powinnam słuchać, o czym napisać, jak to się po rosyjsku poprawnie nazywa.... Brak klasy idący w parze z nieraz gorzej niż średnim poziomem władania instrumentem - odstrasza. Wtedy najlepsze na odtrutkę są rozmowy ze starymi, dobrymi znajomymi. Oni wracają mi wiarę w ludzi i muzykę.

Druga z myśli , też nie najweselsza, dotyczy tego, jak często przyobleka się w ciało stwierdzenie "cudze chwalicie - swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie". Sama, choć jestem mocno zaangażowana w eksplorowanie rosyjskiego rynku muzycznego, staram sie nie tracić z oczu nie tylko zachodnich nowinek, ale i rodzimych. Oczywiście, że lepiej orientuję się w rosyjskich zespołach i polskie produkcje zajmują u mnie dalsze miejsca. 
Brak jakiegokolwiek zainteresowania ojczystym rynkiem muzycznym, przedkładanie zachodnich zespołów ponad własne, bo z założenia są lepsze - to coś, co dotyka wielu, zwłaszcza młodych Rosjan. Nie chcą znać dokonań własnych zespołów i przez to, że są bardziej skłonni kupić bilet na koncert zachodniej gwiazdy, niż rodzimej bardziej lub mniej świadomie podkopują ojczysty rynek. A szkoda.

Jednak, żeby nie kończyć dziś ponurym akcentem - podam przykład na bardzo miłą prawidłowość, której doświadczyłam niejednokrotnie. Dotyczy ona szczególnie wykonawców, którzy jeszcze nie zdobyli wielkiej sławy, ale już się o nią otarli. To najczęściej zaczepiana przeze mnie grupa ludzi, a ich reakcje są bardzo pozytywne. Rosyjscy muzycy są bardzo pomocni, chętni do rozmów, a serce mają na dłoni:) Łatwo przechodzą na "ty", ale nie będą cię nazywali "przyjacielem", a jeśli tak -  to w przenośni. Żeby ich naprawdę poznać trzeba nieraz dużo czasu, a co najważniejsze - uczciwości. Rosjanie mają jako szósty zmysł "genetyczny wykrywacz kłamstw" - dla nich słowo jeszcze bardzo dużo znaczy. I to jest wspaniałe!

A kiedy już zrobiło się tak miło - to posłuchajmy na dobrą noc zespołu KIPIEŁOW i koncertowego wykonania ballady z ich ostatniego albumu.

sobota, 13 października 2012

Wszyscy tutaj są tacy poważni...- wywiad z zespołem TRZECI RZYM



Trochę to trwało, ale w końcu udało mi się przeprowadzić wywiad z Michaiłem Rupczewem (gitarzystą) i Jurijem Łankinem (perkusistą) zespołu TRZECI RZYM. I choć był to jeden z bardziej pracochłonych tekstów - nie przez jakieś językowe problemy, a raczej natury ludzkiej... - to jednocześnie była to najbardziej wesoła rozmowa jaką dotychczas prowadziłam. Muzycy przerzucali się zartami, które częściowo musialam wyciąć, bo były nie na temat, a tłumaczenie ich sensu wybiło by zupełnie Czytelnika z rytmu rozmowy.

Całkiem niedawno miałam przyjemność rozmawiać z Waszymi kolegami z TRZECIEGO RZYMU. Żeby dopełnić obrazu chcę zadać i wam kilka pytań.
  • Michaił, zacznijmy od Ciebie, muzyka na waszych albumach zawsze ma 4 autorów. Każdy przynosi swoją partię dla swojego instrumentu, czy podpowiada innym?
Michaił: Ja głównie zajumuję się w planie aranżacji – dopełniam muzykę swoją gitarą. Rzadko przynoszę coś tam wcześniej przygotowanego. Głównie – dodaję swoich barw.

Jurij: Krótko mówiąc, wszystkie nowe utwory robimy już z Siergiejem. On przynosi pomysły, i razem z nim je dorabiamy i tak to wszystko się toczy.
  • Powiedzcie, jak długo trwały nagrania pierwszego i drugiego albumu?
Michaił: Już nie pamiętam, ale pierwszy album był nagrywany szybko. Już muzyka była gotowa, wszystko było gotowe. Przede wszystkim dopracowywaliśmy studio, dokupowaliśmy sprzęt, żeby je ulepszyć.

Jurij: Nagrywanie drugiego przeciągnęło się na ok. 9 miesięcy. Przyszedłem do zespołu, przygotowali mnie, podszkolili. Potem w studiu perkusję nagraliśmy w ciągu dwóch dni. Przede wszystkim, bardzo długo czekaliśmy na reslizację partii perkusji, nie mogliśmy zacząć nagrywać gitar.
Gdzieś w maju/czerwcu proces poszedł szybciej. Już gdzieś po dwóch miesiącach, po trzech, wszystko pozostałe nagraliśmy. Wszystko się udało. Jesienią oddaliśmy płytę do tłoczenia, a późną jesienią, w listopadzie, album wyszedł nakładem CD-MAXIMUM.

Michaił: Były pewne techniczne problemy...

Jurij: Jakie? Nie pamiętam?

Michaił: Moja „głowa” MESA spaliła się.

Jurij: A tak, nagrywaliśmy na procesorze ZOOM 505! (śmiech)
  • Jurij, przyszedłeś do zespołu kiedy TRZECI RZYM nagrywał drugi album. Powiedz proszę, czy trudno było wpisać się w skład grupy?
Jurij: Tak, ponieważ wszyscy tutaj są tacy poważni, a ja taki maleńki głuptasek (śmiech). A prawdę mówiąc, chłopaków znam od dawna i jakiegoś szczególnego problemu to nie sprawiło. To tak według mnie, nie wiem jak pozostali (śmiech).

Michaił Rupczew
  • TRZECI RZYM był na wspólnym tournée po Ukrainie z CZARNYM OBELISKIEM. I teraz na koncertach prezentujących ich nowy album występujecie w charakterze supportu. Jak was znaleźli?
Jurij: Z OBELISKIEM nas skontaktował Nikołaj Wiengrżanowicz – reżyser dźwięku, on realizował nasze albumy, u niego w studiu nagrywaliśmy perkusję na drugi album. I on dał nam namiary...

Michaił: Dał numer do Mitiaja [wokalisty CZ.O – przyp. KP], uprzedził go...

Jurij: Zadzwoniliśmy i dogadaliśmy się.

Michaił: Wysłaliśmy mu nasze utwory.

Jurij: Spodobała mu się nasza muzyka. Zaproponowali nam, żebyś pojechali z nimi na Ukrainę w mini-trasę. Wyszło bardzo dobrze. Według mnie wyjazd w ogóle był fantastyczny, wielu nawet się spodobaliśmy. A co do Moskwy, myślałem, prawdę mówiąc, że mimo wszystko będzie gorzej. Myślałem, że Moskwa to przekarmione miasto i myślałem, że nikogo tutaj nie zadziwimy. Jednak ludzie, którzy przyszli na koncert OBELISKU bardzo pozytywnie odnieśli się do nas i w ogóle wszystko było super.

Michaił: Wyjazd na Ukrainę był dla nas pierwszym doświadczeniem pracy z poważnymi zespołami. A ponieważ były to występy w „bliskiej zagranicy” - zobaczyli nas inni ludzie. Trzy dni bez przerwy, ciężko było, ale mim wszystko wróciliśmy z pozytywnymi emocjami. Co zaś tyczy się Moskwy, ja także oczekiwałem, że będzie trochę gorzej. Mamy oczywiście do czego dążyć, myślę, że trzeba kontynuować współpracę z CZARNYM OBELISKIEM i rozwijać się, żeby grać na dobrych scenach, z dobrym dźwiękiem i przy pełnych salach.
  • Według mnie to bardzo znaczące, kiedy kultowy zespół zwraca uwagę na młodych muzyków. A wy na jakiej muzyce dorastaliście, słuchaliście CZARNEGO OBELISKU?
Michaił: Ja zaczynałem od razu od zagranicznego rocka. Pierwsza grupa, która na mnie wpłynęła to AC/DC. Teraz słucham więcej muzyki metalowej. CZARNY OBELISK oczywiście podoba mi się – wszystko jest tu tak jak trzeba.

Jurij: Ja słuchałem OBELISKU mniej więcej pięć lat temu, kiedy „Zielony album” dopiero co się ukazał. Mnie nawet bardziej podobały się te utwory, które nagrali od „Popiołu”, od 2002 r. Potem był okres, kiedy ich w ogóle nie słuchałem i dopiero kiedy pojechaliśmy z nimi w trasę ocknąłem się – a co, nowy album, że niby wyszedł?

Michaił: Tak, u nich też była zmiana składu...

Jurij: No tak, perkusista od nich odszedł...

Michaił: Tak w sensie muzyki – to oni potrafią rozkołysać salę.

Jurij Łankin

  • Prócz muzyki, jakie są wasze pasje?
Michaił: Rower, zdrowy styl życia.

Jurij: Nie mam żadnej. Siedzę w internecie, kiedy nie mam się czym zająć.
  • Ile czasu poświęcacie na muzykę? Ile go upływa kiedy zbieracie się razem?
Jurij: Jak się udaje – to spotykamy się codziennie. Często przesiadujemy tutaj na bazie. Dwie-trzy godziny próbujemy, dogrywamy jakieś demo nowych pomysłów. W końcu trzeba ćwiczyć.

Michaił: Mogę powiedzieć, że wcześniej robiliśmy zbyt długie próby w ciągu dnia, ale to było nie prawidłowe wykorzystanie czasu.

Jurij: Priorytety też się zmieniły.

Michaił: A teraz pojawia się więcej pytań, dotyczących na przykład organizacji, trzeba o nich kiedyś porozmawiać albo po prostu odetchnąć, zapalić (śmiech).
  • Każdy muzyk dąży, aby osiągnąć jakiś cel w swoim rozwoju a także karierze. Co w waszych oczach jawi się jako szczyt sławy, który chcielibyście osiągnąć?
Jurij: Lars Ulrich! (śmiech)

Michaił: Sądząc po tym w jakim kraju żyjemy, jakie mamy możliwości, w jakim mieście gramy to chciałbym powiedzieć, że dla zespołu rzecz jasna jest ważny stabilny skład, niezachwiana chęć zajmowania się tym, posiadanie bazy, możliwość nagrania albumu, grania, staranie się coś robić. Prywatnie to, za co lubię naszą muzykę, to to, że nie jest ona zepsuta, robimy ją w pierwszej kolejności dla siebie.

Jurij: W naszym kraju szczytem jest to kiedy nikt z muzyków nie pracuje, a dostaje honorarium za swoją twórczość, wszyscy jeżdżą regularnie po Rosji. Po Rosji przykładowo, bo jeśli ktoś powie: a weźcie, przyjedźcie, na przykład do Polski zagrać. Będzie zajebiście fajnie!

Dziękuję za odpowiedzi.

Autor zdjęć - Эдалиана dla Darkside.ru

Выражаю свою благодарность Автору фото за предоставление своих работ для моего блога - Ксения Пшибысь

wtorek, 9 października 2012

Trzy Marie - radzieckie gitary ze styropianu!


Tak, to coś niebywałego, ale w radzieckiej Rosji od połowy lat 70. produkowano w Leningradzkiej Fabryce Smyczkowych Ludowych Instrumentów Muzycznych im. A.W. Łunaczarskiego MUZA półakustyczne gitary, których korpus był wykonany ze styropianu:) 

Te gitary to trzy "Marie", 12-strunowy "Ритм"/"Rytm"/, 4-strunowy bas o prostej nazwie "Бас"/"Bas"/ oraz 6-strunowa gitara "Лидер"/"Lider"/. Wszystkie były bardzo do siebie podobne w swej konstrukcji, więc opowiem o nich na przykładzie jednej z nich.

Swoim wyglądem przypominały coś na kształt dalekiego echa Gibsona ES-335, któremu ktoś poszerzył do trochę karykaturalnych rozmiarów wycięcia w kształcie litery "f" na górnej dece. Fakt, że otwory dzięki swym gabarytom ułatwiały zamontowanie wewnątrz elektroniki, a Rosjanie to był zawsze naród bardzo praktyczny!


Pozostając przy pudle i jego wyglądzie - ciekawostką jest też biały binding wokół całej deki. Wykonano go w bardzo prosty i tani sposób, otóż na krawędzi pudła zeszlifowano lakier i farbę do cna, tak, że wyszedł spod spodu biały kolor styropianu. Ganialne w swej prostocie:)

Mostek nie został w ogóle przymocowany, a trzymał się dzięki naprężeniu strun, tak samo jak oba single, które w części modeli nie były niczym przymocowane, a w części trzymały je śruby.

Co do mniej pomysłowych rozwiązań, to były nimi m.in. śruby, w które wpina się pasek do gitary. Zostały wykonane przy wykorzystaniu części z mechanizmu kalwiszowego fortepianu, które MUZA również produkowała. Niestety były one na tyle cienkie, że gitary na żadnym pasku dłużej nie powisiały.

Gryf przyczepiono do korpusu za pomocą pięciu śrub, a wykonano go z trzech kawałków drewna bukowego.

Klucze nie wyróżniały się spośród innych radzieckich produkcji - był to typowy produkt krajowy przeznaczony dla basów.

Jak mówią użytkownicy: dziś te gitary nadają się raczej do grania muzyki w stylu retro, na przykład big beatu, ale najbardziej będą z nich zadowoleni kolekcjonerzy, bo "Marie" miały pewną wadę...nie trzymały stroju. Podobno najlepiej było tu z basami, ale po latach trzeba je średnio dwa razy na dzień stroić...

poniedziałek, 8 października 2012

Koncerty pod silnym wezwaniem


W ostatni piątek w Moskwa Hall odbył się koncert, który powiększony o zespół ДЕКАБРЬ odbędzie się ponownie w Sankt Petersburgu. Wpierw jako support wystąpił TRZECI RZYM, którego ostatnio dość często wspominam (tak a propos, ich drugi album można łatwo nabyć na ebayu:)). Ale o nich jeszcze napiszę później.

Gwiazdą wieczoru był CZARNY OBELISK, który wydał pierwszą część płyty typu "the best of", z tą różnicą, że każdy kawałek był nagrany od nowa, z nowym pomysłem i w lepszej jakości.
Prócz członków zespołu byli także zaproszeni goście, którzy wystąpili także na nagraniach. Wśród nich znany w Polsce i lubiany - Artur Bierkut!

Aż żal, że nie miałam aktualnej wizy!

Tej jesieni to jednak nie jedyny koncert, który mnie niestety ominie (nie narzekam, bo pojadę na inny, który oczywiście Wam zrelacjonuję, choć akurat nie będzie dotyczył rosyjskiej muzyki). 4 listopada na jednej scenie z okazji dwudziestych piątych urodzin grupy МАСТЕР wystąpią prócz szanownych Jubilatów АРИЯ, ЭПИДЕМИЯ  i wspomniany już dziś ЧЁРНЫЙ ОБЕЛИСК.

Powiedzmy sobie szczerze - takie występy są w 90% po prostu przeciętne. Bardzo rzadko bywa, żeby przy takim, co by nie powiedzieć o "wyjadaczach scen" i  ich profesjonalizmie, organizacyjnym spięciu udał się koncert ponad przeciętny. Oczywiście "przeciętny" występ takich tuzów to też wielkie wydarzenie i dlatego jeśli ktoś będzie w pobliżu to proszę wybrać. Koniecznie! 


A wracając do zespołu ТРЕТИЙ РИМ. Dziś dostałam od grupy paczkę! Nie dość, że dzięki temu powiększyła mi się kolekcja płyt (a te trafiły do mnie z imiennymi autografami!), to jeszcze dostałam coś do mojego zbioru gadżetów! A mianowicie kwaadratowy magnes ze zdjęciem okładki drugiego albumu. I niech mi ktoś powie, że to nie jest fajny zespół;)

piątek, 5 października 2012

Wywiad z zespołem NAVARA

Ostatnio prezentowałam Wam muzykę zespołu NAVARA. Ja w niej słyszę duży potencjał: wokalista ma mocny, zadziorny głos, a reszta zespołu tworzy niepospolitą mieszankę ciężkiego rocka. Jak każdy - gdy coś mi sie spodoba, to próbuję zdobyć o tym jak najwięcej informacji. Poszukiwania jednak nie zaspokoiły mojej ciekawości, więc postanowiłam spytać u źródła:)
I tak na moje pytania odpowiedział wokalista - Andriej Kosołapow, a i jedną wypowiedź dorzucił basista - Dmitrij Gołoszczapow. 

Andriej Kosołapow - wokal

- Zacznijmy od początków grupy. Opowiedz, proszę, jak zaczęła się wasza historia.

W 1996 roku w Ust'-Kamienogorsku pojawiła się grupa FORREST GUMP. Czterech jej uczestników do tamtego czasu wchodziło w skład innej lokalnej grupy o nazwie Krzyż Południa. Zmieniliśmy nazwę i przystąpiliśmy do prób. W "złoty" skład, od 1997 do 2000 roku, wchodzili: Andriej Kosołapow - wokal, Dmitrij Gołoszczapow - bas, Maks Kiczigin - gitara, Jewgienij Tien - klawisze i Sławik Jemiec - perkusja. Pod koniec 1998 roku przeprowadziliśmy się do Ałma-Aty i zaczęliśmy nagrywać album "Po Tamtej stronie rzeki". Wzięliśmy udział w kazachstańskiej "Piosence Roku". Dużą popularność uzyskaliśmy dzięki twórczemu związkowi ze skrzypaczką Żamilji Sierkiebajewej, i staliśmy się swego rodzaju "gwiazdami kazachstańskiej sceny" (śmiech).

- Wyjechaliście do Ałma-Aty w 1998 roku, a potem do Moskwy. Decyzja, żeby przenieść się do stolicy zapewne miała różne skutki. Które z nich były najgorszymi, a które - najlepszymi?

No tak, przyszedł czas, że zrobić kolejny krok i w listopadzie 2000 roku pojechaliśmy do Moskwy. Klawiszowiec w ostatnim momencie przed wyjazdem odszedł z zespołu. Pięć moskiewskich koncertów pomógł nam zagrać Paweł Anikin, który przyłączył się do naszej trupy, wyjeżdżającej z Kazachstanu. 
Moskwa przywitała nas mokrym śniegiem, rorazstającymi się korkami na drogach i innymi wspaniałościami życia gastarbeiterów (śmiech). ...i gitarzysta uciekł do ojczyzny... W ciągu roku udało się nam znaleźć  nowego gitarzystę, ale staliśmy się już bardziej coverową grupą. Z Siergiejem Zamkowym zrobiliśmy nagranie demo w 2002 roku...Ludzi z podobnymi upodobaniami w tamtym czasie nie udało nam się znaleźć i podjęliśmy decyzję, żeby poczekać na lepsze czasy (śmiech) W sumie straciliśmy zespół, ale mogliśmy, każdy na swoją rękę, jakoś odnaleźć się w Moskwie.

Dmitrij Gołoszczapow - bas

W 2002 roku zespół poszedł na dziesięcioletni urlop. Dlaczego zdecydowaliście się odpocząć i dlaczego to aż tyle trwało? I najważniejsze dlaczego, co oczywiście bardzo cieszy, zdecydowaliście się wrócić na scenę?

Dmitrij: W tym czasie grałem w kilku zespołach ...ULYTAU, Biały Orzeł (to a propos upojnych wieczorów w Rosji), Magnat, Siergiej Lubawin (szansonista)...Ale zawsze pamiętałem po co wziąłem bas do rąk, i o swoim marzeniu...Jedyną słuszną decyzją wydawało mi się - być sobą. A to było możliwe tylko w zespole FORREST GUMP. Do tego czasu Andriej także wiele rzeczy pozmieniał w swoim życiu...i logiczną kontynuacją było zebranie zespołu od nowa.

Muzycy, grający jeszcze pod nazwą FORREST GUMP, nie raz zmieniali się. Przedstaw, proszę dzisiejszy skład. Całkiem niedawno znów się zmienił.

W wrześniu wrócilismy do pracy (po 10 letniej przerwie) nad albumem "Книга Айрис - Пока шёл дождь"/"Księga Iris - Póki padał deszcz"/. Miejsce za perkusją zajął Wiaczesław Sierdiukow, za gitarę złapał Siergiej Roszczupkin. Rok później w nasze szeregi, powiedziałbym, przedarł się, młody i utalentowany gitarzysta Maks Kartaszow. I już 7 października mamy w planach zagrać pierwszy wspólny koncert.

Wiaczesław Sierdiukow - bębny

- A teraz porozmawiajmy o najważniejszym - o muzyce. Wasza muzyka jest bardzo energiczna - szczerze mówiąc: odkąd ją poznałam, używam jej zamiast porannej kawy (jest zdrowsza, a pobudza nie gorzej niż kawa!). Wymyśliliście dla swojego stylu dokładną nazwę, czy też nie chcecie się szufladkować?

Miło słyszeć! Po pewnym czasie i pewnej dozie przemyśleń, zrozumieliśmy, że określanie muzycznych stylów - to nie nasz konik (śmiech).

- Na swoim koncie zespół NAVARA ma kilka nagrań, a o ile wiem teraz nagrywacie od nowa to, co wcześniej już się ukazało. Czy to będzie część nowego albumu?

Tak, jak już mówiliśmy, wróciliśmy do pracy...Na album "Księga  Iris - póki padał deszcz" wejdzie dziesięć utworów. Dwie z nich wcześniej trafiły na album w 1999 roku. Warianty jeszcze czterech można było usłyszeć na demo wydanym dziesięć lat temu. Pozostałe będą po raz pierwsze przedstawione słuchaczom. Album jest poświęcony ryzykownej przygodzie młodej dziewczyny...

Wiaczesław Sierdiukow - gitara

- Zauważyłam, że korzystasz z pomocy nauczyciela śpiewu, prawda? (to tak a propos bardzo mi się podoba, bo mam wrażenie, że w Polsce wszyscy wszystko wiedzą i uważają się za profesjonalistów od "a" do "z", a efekt, niestety, każdy słyszy...).

Nam pomaga w nagraniach nasz druh Matwiej Bułatow. Myślę, że punktem wyjściowym, po przejściu którego można uważać się za profesjonalistę, jest gdzieś tak pięć platynowych albumów (śmiech). Póki co mamy czego się uczyć i do czego dążyć.

- A co do muzyki - jakiej sam słuchasz?

Lubię słuchać różnych kierunków muzycznych popu, rocka, muzyki klasycznej. Najważniejsze, żeby była ładna w sensie harmonii i ciekawa, w dobrym jakościowo wykonaniu.

W poszukiwaniu informacji o grupie NAVARA znalazłam także taką, że znacie się z zespołem, z którym całkiem niedawno prowadziłam wywiad - a dokładniej z TRZECIM RZYMEM. Jak zaczęła się wasza znajomość?

Tak, znamy się bardzo dobrze z wokalistą TRZECIEGO RZYMU, Siergiejem. Poznaliśmy się w 2007 roku na wspólnym występie w Moskwie. To interesujący zespół, bliski swoim duchom i muzyką.

Maks Kartaszow - gitara

- Wracajac do NAVARY - jakie są wasze plany na najbliższą przyszłość?

Teraz mamy rzeczywiście mocny skład i jesteśmy w świetnej twórczej formie. Będziemy pokazywać światu to wszystkimi dostępnymi sposobami (śmiech). W tym, dzięki takim aktywistom jak ty (спасибо за комплимент:)) z naszą muzyką może zaznajomić się jeszcze większa liczba ludzi.

- I ostatnie pytanie: gdybym spytała o polską muzykę, jakie skojarzenia by się u Ciebie pojawiły?

Anna German i składanki Metalmanii na winylach. W ZSRR to się sprzedawało. Słuchaliśmy także płyt jazzowych polskich muzyków, kiedy uczyliśmy się w szkole muzycznej.

Dziękuję za wywiad.

I na tym skończyła się nasza rozmowa. Pierwsza - ale mam nadzieję nie ostatnia:)

środa, 3 października 2012

Płyty drogowskazy i zakazy

Kiedyś pisałam, o tym, jak to muzycy metalowi lubią fotografować się na tle muru. Do dziś znajduję na potwierdzenie tej tezy nowe przykłady. Jednak dzisiaj nie o tym chcę pisać. 
Chcę pokazać tym razem dowody na inną tezę, która brzmi: znaki drogowe to fajny pomysł na okładkę.
Jak to znaki - choć w tym wypadku jednoznaczne - są symboliczne i chyba za to lubią je projektanci.

Oto kilka klasycznych przykładów:

PEARL JAM "Yield" - może nie najlepsza ich płyta, ale stoi u mnie na półce, to skojarzyła mi się jako pierwsza.

HEY "Hey" - tym razem coś z naszego podwórka i do tego bardzo klasycznie!

RUSH "Snakes & Arrows" (live) - u mnie jeszcze nie przyszedł na nich czas, ale nigdy nie mów nigdy.

COVERDALE PAGE "Coverdale Page" - z tym krążkiem wiąże się u mnie długa historia, zaczynająca się, dawno temu, gdy leżąc chora w łóżku słuchałam radia i usłyszałam "Why Don't You Take Me for a Little While", aż do jej zamówienia w sklepie i słuchania aż do dziś.

TRZECI RZYM "Ruch naprzód" - oto cały sprawca zamieszania:) kiedy album trafił do moich rąk wywołał szereg skojarzeń z innymi znakowymi okładkami.

Może pięć okładek to jeszcze nie dowód, ale już jakaś teza się z nich wyłania. Nie, nie myślę tu o tym, że choć mamy takie same znaki w różnych krajach, to jednak w pewien sposób się różnią od siebie (np. niemieckie wyglądają jak po kuracji odchudzającej). Bardziej mnie intryguje dlaczego tak mało "romantyczny" artefakt ma takie powodzenie. Co innego czarno-białe zdjęcia trakcji kolejowych czy ulic, które narzucają myśl o podróży. 

A właśnie, co do tego ostatniego - proszę zobaczyć jak temat został potraktowany na płycie MR.BIG, której to grupy posiadam prawie całą dyskografię (każdy miał w dzieciństwie jakieś dziwne sympatie;)). 

MR.BIG "Bump Ahead" - moim zdaniem jedna z lepszych płyt kalifornijskiego kwartetu

Ale MR.BIG to w ogóle inna bajka - ich płyty zawsze (a dokładniej - "prawie" zawsze) miały dobre okładki, które silnie były osadzone w przestrzeni miejskiej.

Jeśli ktoś z Czytelników przypomni sobie jakąś okładkę ze znakiem drogowym - proszę napisać, chętnie podbuduję swoją teorię nowymi przykładami:)

poniedziałek, 1 października 2012

1 urodziny "Rosyjskiego Metalu" :)


Tempus fugit...i to BARDZO szybko! 
Dziś mija rok od kiedy pojawił się pierwszy wpis na tym blogu, a ile rzeczy od tamtego czasu sie zdarzyło, ile muzyki przepłynęło przez moje uszy, ile stron odwiedziłam - tego nikt nie jest w stanie policzyć. Są jednak rzeczy zmierzalne i policzalne, które podpowiada mi statystyka bloggera.

Oto roczne podsumowanie. 
Najczęściej czytane wpisy: 1. "Martwy sezon - album roku"
                                         2. "O wyższości rosyjskiego metalu nad metalem z reszty świata"
                                         3. "Trzeci Rzym" (поздравляю!)

Miło mi, że chciało Wam się mnie odwiedzić, skomentować, napisać na maila, wysłać gadżet (!). Każde wejście jest dla mnie dowodem na to, że to co robię, kogoś jeszcze prócz mnie interesuje! A to miłe i bardzo porządane uczucie:) 
Dziękuję także tym, którzy trafili do mnie przypadkowo szukając po haśle "jak łyka młody pelikan", czy "koncert w Laskach". Szkoda, że nie znaleźli tu intersująccej ich informacji, ale może i odnaleziona przypadkowo tematyka ich wciągnęła? Kto wie?

Muszę przyznać, że z czasem hasła, po których wchydzili internauci, były coraz bardziej "na temat" i to niesamowicie mnie cieszy. Dużą satysfakcję czerpie także z tego, że część zespołów - patrząc po ilości wejść na dany wpis - zaczęła się cieszyć popularnością wśród Czytelników. Prócz oczywistych tuzów jak ARIA, MASTIER, ALISA, które mają w naszym kraju już pewne grono fanów, ku mojej nieskrywanej uciesze powoli swoje grono słuchaczy zdobywają m.in. CZARNY OBELISK, PIKNIK czy TRZECI RZYM. 

A teraz, ponieważ 1/3 wyswietleń mojego bloga pochodzi od rosyjskich użytkowników sieci - pozwolę sobie zwrócić do nich w ich ojczystym języku.


Здрасте!
Так как русскоязычные посетители моего блога составляют 1/3 всех читателей я хочу обратиться Вам на вашем языке:) 
Мне очень приятно, что посещаете мой сайт - надеюсь google translate Вас не подвергает. Спасибо всем, кто зашел, кто написал мне в личку, кто поинтересовался.

Мою особенную благодарность приношу всем Музыкантам, с которыми мне удалось пообщаться - я знаю, что многих оставила в недоумении и они до сих пор задумываются над тем "зачем ей все это?".

Не смотря на то, что иногда Вам было непонятно, что это просто мое увлечение, я встретилась с Вашей стороны лишь с одобрительными откликами. 

Хотелось бы еще поблагодарить всех, кто помогает мне собирать коллекцию пластинок: в том числе и Музыкантов, и Продавцов, которые ищут для меня теоретически не добываемые записи - всем Вам ОГРОМНОЕ СПАСИБО!

 A na koniec ROZWIĄZANIE KONKURSU!
Bardzo dziękuję Wszystkim za udział w konkursie, którego zwycięzcą okazał się Piotr z Zielonej Góry. Ze zwyciezcą, w celu ustalenia wysłania nagrody, skontaktuję się osobnym mailem. GARTULUJĘ!