poniedziałek, 10 września 2012

Obecna!

Długo tu nie zaglądałam, a powodem była wycieczka do fabryki produkującej basy Warwick w Markneukirchen w Niemczech. Zaczęłam od planowania i zbierania ekipy, której skład co chwilę się zmieniał. W końcu pojechałam z trzema kolegami, którzy niedość, że okazali się bardzo dobrymi i wytrzymałymi kierowcami (!), w końcu w trójkę przejechali ponad 1800 km bez snu pomiędzy drogą tam i powrotną, to jeszcze, zgodnie z przypuszczeniami, okazali się doborowym towarzystwem na tak męczącą wyprawę!

Zaraz będziemy zwiedzać

Na miejsce dojechaliśmy po 12h jazdy i od razu ruszyliśmy na zwiedzanie fabryki. Jak tam ciekawie i wszystkiego właściwie można było dotknąć, wziąć do ręki! Czułam się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Do wyboru mieliśmy przewodnika niemieckiego lub angielskiego. Jednak zrezygnowaliśmy z nich, bo Grzegorz w końcu nie pierwszy raz znalazł się w takim miejscu i sam nam wszystko interesująco opowiadał i zwracał naszą uwagę na ciekawsze aspekty ciągu produkcyjnego - za co serdecznie dziękujemy!

W drugiej od lewej (typu Vampyre) jestem zakochana!

Próba zamknięcia wrażeń w obiektywie aparatu

Naoglądałam się tylu pięknych gitar, że kiedy mieliśmy jechać do muzeum Framusa, które znajduje się w tym samym miasteczku, zastanawiałam się, czy jest jeszcze coś w stanie mnie zaskoczyć. Jednak było warto pojechać i zobaczyć nie tylko gitary, ale i inne instrumenty, które wytwarzał ojciec właściciela Warwicka.

Dobrze, że było się czego złapać, bo już ledwo chodzę;)


Prócz gitar były kostki,

perkusja z takim miłym akcentem:)

a także taki pluszowy akcent:)

Kiedy wrócicliśmy na teren fabryki zaczynał się właśnie koncert TM Stevensa. Ile ten człowiek ma energii! A jak świetnie gra! Na początku pomyślalam, że obejrzę wystep z daleka, bo ledwo już stałam na nogach, ale nie usiedziałam i dwóch minut. Entuzjazm jakim tryskał basista udzielił się także mi i wraz z całą publicznością powtarzałam za Stevensem Ain't no party, like a Warwick's party, 'cos the Warwick's party don't stops!

TM Stevens rozgrzewa publiczność!

Po koncercie udało mi się zdobyć autograf basisty i uścisnąć mu dloń. A potem złapałam Gandalfa basistów Lee Sklara. Ten ujmujący dżentelmen był najbardziej oblegany przez kobiety - każda chciała mieć zdjęcie z tak czarująco miłym i ciepłym człowiekiem, który na swoim koncie ma tak imponującą dyskografię!

Leland Slkar & Я

Atmosfera imprezy, pomimo obecności tylu ważnych gości w postaci znzanych basistów krążących wśród zwiedzających, była naprawdę sielska. Zrobił się z tego taki piknik, w czasie którego spokojnie można było w każdej chwili zaczepić gwiazdy, poprosić o autograf, wspólne zdjęcie, zamienić kilka słów.

Trzeba było wracać do domu i odespać, bo w końcu nie spałam 50 godzin pod rząd. Ale warto było! Dziękuję Grzogorzowi, Mikołajowi i Łukaszowi, ktorzy sprawili, że ten wyjazd doszedł do skutku i był fanastyczną przygodą!

2 komentarze:

  1. Oj... wyprawy zazdraszczam (jak to mówią u mnie na dzielni). 50 godzin bez snu - Ksenia, Ty to nie jesteś Metal, Ty jesteś Hardcore!

    OdpowiedzUsuń