poniedziałek, 13 sierpnia 2012

The Beatles x 2, albo muzyczne gadżety (5)

Po powrocie z przepięknej leśnej głuszy, gdzie przez parę dni nie spotkałam żywej duszy - pojechałam na gdański Jarmark św.Dominika.

Można zapytać: po co? Tam są przecież głównie starocie, wyroby pseudo artystyczne oraz tani kicz, który nawet nie próbuje pretendować do miana rzemiosła. 

Jako rodowita gdańszczanka odwiedzam jednak jarmark co roku. Kiedyś kupowałam tam ciężko dostępne płyty kompaktowe. Jednak od momentu rozpowszechnienia się sklepów internetowych i portali aukcyjnych właściciele kramików z płytami nie mieli już czym zaskoczyć klienta i w tym roku minęłam ze dwa takie stoiska, czyli kilkakrotnie mniej niż w ubiegłych latach. 
Faktem jest, że ja sama już od kilku lat nic nie kupiłam na takim stoisku. Po pierwsze przez internet jest łatwiej, a po drugie z muzyki rosyjskiej to sprzedawcy mogli mi zaoferować Żannę Biczewską lub Bułata Okudżawę...

Tym razem, mając do dyspozycji nieograniczony niczym czas spaceru, powoli przeglądałam towar na stoiskach. Zaczęłam od staroci, bo jakoś tak zawsze zaczynam od tej strony.
Nagle wśród miedzianych figurek, porcelanowej zastawy, wszelkiej maści scyzoryków, które bardzo chciały uchodzić za wyrób Victorinoxa, znalazłam talię kart. Stan pudełka był całkiem przyzwoity, cena wręcz śmieszna, a gdy okazało się, że karty są jeszcze fabrycznie zafoliowane - wzięłam je od ręki! (W końcu trzeba dbać, żeby kolekcja muzycznych gadżetów powiększała się :) ).


To było pierwsze spotkanie z liverpoolczykami tego dnia, następne czekało na mnie kilka stolików dalej. Zatrzymałam się bowiem przy takim instrumencie:

Magnus Chord Organ model 391 z ok.1970 r.

Zachęcony moim zaintrygowaniem sprzedawca zaczął snuć opowieść. Zresztą, nie wiem, czy już pisałam, ale ja tak mam, idę do sklepu po jedną rzecz i wychodzę po kilkunastu minutach, bo pani sprzedawczyni musi opowiedzieć mi swoją historię. Bardzo to miłe, choć czasem męczące. Jak sama z siebie się śmieję, mam chyba wypisane na czole: mów do mnie, bo wielu napotkanych, zupełnie obcych mi ludzi, obdarza mnie swoimi  opowieściami. 
Wracając do pana sprzedawcy. Pan w wieku mojego dziadka, gdybym go miała, mówił, że na swoją historię nie ma dowodu, bo opowiedział mu ją chłopak, który namierza sie na kupno tego instrumentu. A było to tak: ten egzemplarz, pochodzący ze Stanów Zjednoczonych, miał swojego niemieckiego odpowiednika i jego wykorzystali w którymś ze swoich utworów The Beatles.


Instrument był wówczas podłączony do wzmacniacza i nieznacznie studyjnie podrasowany, ale podobno nadal da się rozponać w tym utworze charakterystyczne dla akordeonu brzmienie. No właśnie, bo te organy wydawały dźwięki bliskie wspomnianemu akordeonowi. 
Cały problem w tym, że nie wiadomo, który to był utwór? Wielka Czwórka często eksperymentowała z nowym instrumentarium, a ja nie czuję się ich znawcą - gdyby ktoś chciał coś podpowiedzieć - proszę skrobnąć.

I tak, na Jarmarku św.Dominika można zobaczyć sam kicz grajaco-błyszczące zabawki, tandetne podróki antyków, oraz usłyszeć disco polo niemiłosiernie puszczane ze stoisk z płytami z takim chłamem.

Jednak można znaleźć też garść historii, świetnych opowieści (im bardziej fantastycznych i mijających się z prawdą, tym bardziej frapujących) a także ciekawą muzykę. Mnie udało się trochę posłuchać zespołu KaHoN z Tarnowskich Gór - byli bardzo miłą alternatywą dla ulicznych grajków zabijających "Nad pięknym modrym Dunajem" i "Ave Maria" na zmianę.

A wracając do domu w tłumie spotkałam jeszcze takiego gościa:

:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz