sobota, 21 kwietnia 2012

ARIA "Live in Studio" - recenzja



Płyty typu koncert zagrany w studiu, które trafiają na rynek, są produktem przeważnie skierowanym do zagorzałych fanów. Wierni słuchacze kupią krążek choćby dlatego, żeby mieć pełną kolekcję i posiadać każdą możliwą wersję wszystkich utworów. 
ARIA miała jednak nieco inne założenia. 

W czerwcu 2011 roku zaszła w grupie zmiana personalna w wyniku której trafił do zespołu nowy, młody wokalista. Kapela, która Michaił opuścił dla śpiewania w ARII nie cieszyła się wielka sławą, stąd dla wielu osób jego głos był nieznany. Prócz rodzimego Гран-Кураж, Michaiła można było wcześniej usłyszeć na nagraniach projektu MARGENTA. Tu, zwłaszcza dzięki utworowi „Цветок майорана”/„Kwiatek majeranku”/, można było mieć nadzieję, na to, że wokalista poradzi sobie w ARII.

I tu zbliżamy się do sedna: płyta „Live in Studio” ma za zadanie udowodnić niedowiarkom, że wybór nowego solisty nie był przypadkowy. Wybór utworów aż za dobrze o takim zamiarze świadczy. Wśród dwunastu kompozycji znalazły się największe hity od lat bliskie sercom fanów zespołu. Zadanie, które stanęło przed Michaiłem było potrójnie trudne. Problem stanowiło nie tylko to, że musiał zmierzyć się z utworami, których kanoniczne wykonania od lat wszyscy doskonale znają i są do nich przyzwyczajeni. Wokalista musiał do tego pokazać w nich siebie, bo nikt z jednej strony nie chciałby słuchać nuty w nutę tego samego, a z drugiej strony ARIA to grupa stricte heavy metalowa, w której nie ma wiele miejsca na improwizację.

Trzecia rzecz, ze repertuar, który przyszło zaśpiewać Żytniakowowi, jest, delikatnie mówiąc, niełatwy. Utwory z czasów wczesnej twórczości zespołu śpiewane były przez Walerego Kipiełowa – niekłamanego mistrza swojej profesji, do dziś uważanego za jeden z największych talentów muzycznych. Późniejsze kompozycje, zaśpiewane pierwotnie przez Artura Bierkuta, który posiada bardzo mocny, zadziorny głos, również nie były „bułką z masłem”.

„Live in Studio” moim zdaniem świetnie spełnia swoje zadanie – usłyszeliśmy, że wybór solisty jest jak najbardziej usprawiedliwiony i ze wszech miar słuszny. Michaił bardzo dobrze poradził sobie ze wszystkimi kompozycjami, choć oczywiście słychać, że lepiej czuje się w repertuarze śpiewanym wcześniej przez Kipiełowa, który jest bliższy jego lirycznemu wokalowi. Jasne, że zawsze można znaleźć jakieś „ale” i pomarudzić, a to „Krew za krew” zaśpiewał nie tak wysoko jak Kipiełow, a to w utworach, które ożywił swoim głosem Bierkut, nowemu wokaliście brakuje siły i „pazura” w głosie. Narzekać można – tylko po co? Według mnie Żytniakow wyszedł obronną ręką ze wszystkich muzycznych pułapek.

A co zresztą zespołu?
ARIA to była zawsze dobrze naoliwiona maszyna. Panowie grają z dużą swobodą i słychać, że dla nich to materiał wielokrotnie ograny, ale wciąż przynoszący im radość wykonywania. 
Warto też dodać kilka słów a propos produkcji. Mamy tu to, co tygrysy lubią najbardziej: każdy z instrumentów jest świetnie słyszalny. 
„Live in Studio” to płyta może nie odkrywcza, ale ze względu na swoje walory niezbitego dowodu – ważna i bardzo dobra.

2 komentarze:

  1. Zobaczymy, zobaczymy. Nowy gardłowy jak na razie mnie nie przekonuje, ale po przesłuchu Live In Studio to może się szybko zmienić...

    OdpowiedzUsuń
  2. @Hell Sing: No to życzę szybkiego spotkania z "Live..." i przekonania się do głosu Żytniakowa, bo bez tego trudno będzie polubić nową ARIĘ:)

    OdpowiedzUsuń